Stefan Pastuszewski - Słowa i ulice

Ukształtowani jesteśmy, bo przecież gdzieś ukształtowani, na literaturze szkolnej, ale też przypadkowej, czytanej z nudów i chęci poznania świata, bo takie jest przecież prawo młodości. Ukształtowani w polskim, romantyczno-pozytywistycznym kulcie poety jako inżyniera dusz, a kiedyś oczywiście wieszcza, zderzamy się na co dzień z aliteracką, aczytelniczą wręcz rzeczywistością, w której nie opowiada się, nie mówi, a przekazuje się jedynie krótkie komunikaty między jednym obrazem telewizyjnym a drugim, pracą i innymi czynnościami fizjologicznymi.

Ze zderzenia tego powstaje kolejne przekonanie o chaosie  tego świata, jego ogłupiającej schizofrenii, znacznie gorszej od realnego socjalizmu, bo tam wszystko dzieliło się na legalne i nielegalne, a tu dzieli się na tysiące przeróżnych drobin i odcieni, legalnych ale też mało znaczących albo też znaczących tak wiele jak sosnowa szpilka znaczy dla dźwigającej ją mrówki. Ze zderzenia tego rodzi się również tęsknota za porządkiem, wartościami, słowem które jest czymś więcej niż komunikatorem oraz pisarzem, który jest wieszczem, a w najgorszym przypadku inżynierem dusz. Bo zaszczepione w szkole przekonania są jednak jakąś wskazówką, drogą do wytęsknionego  świata, który nie jest tylko śmietnikiem bądź dyskotekową imprezą, w którym osobowość pęka ma miliony drobin światła odbitego od lustrzanej kuli obracającej się u sufitu, oraz drobin, zmieszanych z kakofonią wwiercających się w mózg dźwięków. Tu dyskotekowa ekstaza kończy się w końcu, nawet gdy kilka uchwyconych drobin rozsadza czaszkę, no bo życie, ach to życie, wyrasta niczym trawa na ruinach. Trzeba w końcu wyjść na ulicę, zmierzyć się z chłodem wieczoru i zwykłym zwierzęcym zmęczeniem, które przecież tak zbliża do ciepełka rodzinnego domu, nawet gdy matka patrzy ulokowanych w dziecku, z wyrzutem a ojciec, nie mogąc zdzierżyć załamania się jego niespełnionych marzeń, wali w pysk słowem…

Bohaterka liryczna wierszy Lucyny Siemińskiej wychodzi na ulicę. Wychodzi i wraca. Tylko do kogo?

Wiersze Lucyny Siemińskiej są urokliwymi notatkami z jej wędrówek po świecie. Trochę przypadkowych, trochę z wątpliwym sensem. W istocie są więc ucieczką przed pustką i samotnością. Zapełniacze czasu…

Pisze się i pisze. „Bezsenną nocą niepostrzeżenie wyrastają stosy książek na parapecie” (s. 5), „łączą się słowa w wierszu” (s.51) „dzięki nim wszystko staje się możliwe” (s.45).

Nie podobają mi się takie motywy, ale przecież w tomie Ulice miasta są też całkiem udane spotkania w poezji z „mężczyzną może czterdziestoletnim” (s.6) i anonimową kobietą, z którą „wszystko być mogło”. Właśnie ten utwór Fantasmagorie oderwane  (s.51), taki współczulny, taki wizyjny może być otwarciem nowego etapu twórczości autorki Pryzmatów myśli.

Bo chodzenie po ulicach i notowanie czegoś co na nich się dzieje to stanowczo za mało, kiedy już tyle lat, i to z sukcesem, pracuje się w słowie.

 


 

Lucyna Siemińska, Ulice miasta, Bydgoszcz 217, Wydawnictwo Pejzaż, ss. 96.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora