Mirosław Kulisz - Dziecko kukurydzy

- Oczy czarne, życie marne – wołały za nią ciotki.
- Patrzaj to, latawica jaka – wzdychała babka.
- Oczajdusza – pojękiwał dziadek.

Bo oni wszyscy by chcieli Liwkę zatrzymać. Zamknąć. Zakneblować. Uczesać by ją chcieli w jakieś warkocze durne. Jakieś kłosy czy inne przekładańce. W sukieneczkę błękitną przyoblec. Jak do zdjęcia usadzić na zydelku. I siedź mi tu. Ani mrumru!
Takiego wała!

Bo Liwki w życiu nie dogonią. Bo Liwka biegnie. Liwka tak, jakby stale na rowerze jechała – nie wolnoza bardzo zwalniać, żeby się nagle nie wywrócić.

Lipiec pachniał rozgrzaną karoserią zielonego fiata. Na stacji benzynowej mieli lizaki o smaku coca-coli. Parę kropel benzyny rozprysnęło się wokół wlewu paliwa. Ojciec starł plamę wierzchem dłoni. Potem gdzie nie dotknął to znaczył benzynowym śladem.  

Co roku ta sama droga. Mokre, Hubale, Wychody. Liwka znała to na pamięć. Powtarzała sobie pod nosem. Mokre Hubale. Mokre Hubale.

- Co tam znowu dziamolisz? – ojciec odwrócił się zza kierownicy i próbował potargać jej włosy. Ale ona uchyliła się zręcznie.
- Dzikus!

Paula spała z policzkiem rozpłaszczonym na szybie.

Za Kosobudami zjazd w dziurawkę i dalej już telepali się powoli, prosto na Czarny Wygon.

Po obu stron drogi ciągnął się nieprzebyty gąszcz kukurydzy. Grube, strzeliste łodygi stały zbite ciasno, jedna w drugą, wyprężone niczym kukurydziane wojsko. Wietrzyk smyrał leciutko jasnozielone liście.

Dom stał pod samym lasem. Fiat doturlał się, zadygotał i ucichł.

- No! – sapnął ojciec przeciągając się, aż trzasnęły kości.

Liwka otworzyła drzwi i krzywiąc się ruszyła w swoich granatowych baletkach przez rozjeżdżone traktorem podwórko. Środkiem płynęła cienka strużka gnojówki. Liwka zawsze potrzebowała paru dni, żeby przywyknąć do tych wszystkich smrodów. „Panienka z gówienka” – śmiała się w tamto lato Ceśka od sąsiadów.

- Ale to wyrosła! – dziadek wylazł z obory i szedł wycierając ręce w sztywną od brudu, kraciastą koszulę. – Chodźże no dziadka uściskaj!
Podeszła z oporem uchylając się od krowiastego buziaka.

Jedyne, z czego się cieszyła to to, że od starych się uwolni na te trzy tygodnie. To było na plus. Bez dwóch zdań. Jasne, że wolałaby wakacje spędzać z najlepszymi przyjaciółkami. Liwka, Gunia i Misia w szkole trzymały się razem. Na przerwie chodziły we trzy pod rękę, a jako wyraz najwyższego zaufania zdradziły sobie nawzajem tajemne kody do swoich zamykanych na szyfr pamiętników.  Co nie przeszkadzało im pisać do siebie jedna na drugą oskarżycielskich listów.

„L do G: zauważyłam, że spacerujesz z Miśką już drugą przerwę beze mnie. Smuci mnie to ogromnie”.

„M do L: Czy to prawda, żeś jej wszystko o Maćku wypaplała, paplo jedna niemyta? To był nas dwóch największy sekret!”.

To wszystko nic. I tak wolałaby z nimi, a nie tu. Ech!

Co innego Paula. Starsza siostra ruszyła pędem przez błocko. Dziadek, babka. Cmok, cmok. Kury, kaczki – taś, taś. Już do obórki z wujem zaglądała. Już mleko ciepłe z cebra podpijała i z wąsem białym hycnęła do dzieciarów w pole.

„Wieśniara!” – podsumowała ją Liwka z niekłamaną wyższością.

- Gonić ją trochę do roboty! – ojciec mrugał okiem do dziadka wskazując na Liwkę. – Niech zobaczy, co to prawdziwe życie.

* * *

Wyjechał następnego ranka. Jakaś krowa ryczała w oborze tak głośno, jakby ją zarzynali. Liwka przycisnęła głowę poduszką.

Kiedy wstała, Pauli już nie było. Izba stała pusta. Na kaflowej kuchni stygł rondelek z mlekiem. Liwka wlała sobie trochę do białego garnuszka i podniosła do ust. Błe, kożuch! Próbowała przez chwilę zdjąć go widelcem. W końcu dała za wygraną. Wylała wszystko z powrotem do garnka.

Najpierw, jak co roku, zrobiła przegląd w izbie. Plastikowe maki kurzyły się w ciężkim kryształowym wazonie. Żółty dmuchany łabędź przysiadł cicho na szafie i wyginał smukłą szyję.

Obejrzała jeden po drugim. Delikatne kieliszki Bohemia z barwionego szkła, od zawsze stojące bezczynnie w babcinym kredensie. Jeden był trochę uszczerbiony. To Liwka go kiedyś uszczerbiła. Zdaje się, że nikt prócz niej po te szkiełka nie sięgał. Kiedy się spojrzało pod słońce przez grubą powierzchnię szkła, można było zobaczyć cuda. Obracała, powoli podziwiając migocące, wężowe pałace.Połyskliwe mury zapadały się naraz w siebie i odradzały po chwili – nowe, piękniejsze – wystarczył drobny ruch jej nadgarstka. Wyobrażała sobie, jak tańczy w tych wielkich, kryształowych salach. W anielsko kryształowej sukni. Ach, walc. Co za walc! Książę w ciemnozielonym wojskowym mundurze wita się z nią skinieniem głowy. Zaraz poprosi ją do tańca. Wtemw sieni rozległo sięciężkie człapanie. Odstawiła kieliszek pośpiesznie na miejsce. Zasunęła szybkę. „Po co im w ogóle pałacowe kieliszki?!” – żachnęła się Liwka – „Na bal i tak by ich nie zaprosili”.
Do izby zajrzała babcia w nieśmiertelnym stilonowym fartuchu. Nalała sobie mleka.

- No? Wstałaś to już, dziewucha? – zadudniła do Liwki z wnętrza obtłuczonego metalowego kubka.

Zaprowadziła ją do ogródka za domem i kazała pielić grządki z marchwią. Perz, perz, perz. Nuda. Jeszcze słońce takie. Szła jej ta robota byle jak.

Wtem Liwka aż podskoczyła. Pecyna ziemi, niczym nieduży granat rozprysnęła się tuż przed nią, aż garść drobinek sypnęła jej w oczy.

Odruchowo zasłoniła twarz.

- Odwaliło ci?! – wrzasnęła do Pauli, której czubek głowy wyłonił się naraz zza grządki kapusty.

Paula rżała przez chwilę. Liwka zdusiła w sobie chęć zemsty. Jeszcze załatwi tę kretynkę. Jeszcze jej pokaże!

Ruszyła w kucki przez grządkę ze wściekłą dokładnością wyrywając każdy najmniejszy zielony chwostek, co rwał się z ziemi na ten świat. Stop! Gdzie mi tu. Tu Liwka porządku pilnuje. I tu też. Paszoł stąd!

Na złości tej grządkę całą w try miga przeleciała. Na koniec wyciągnęła się wreszcie na miedzy i, sapiąc, patrzyła na chmurki. Takie o, mgiełki-srełki. Bo niebo jak dzwon. Aż dudniły te błękity.

Liwka sięgnęła do majtek. Pogrzebała chwilę. Był!

Zapałki zwędziła z kuchni. Pomiędliła w palcach wygniecionego fajka. Cholera, jedna zapałka tylko? Dobra, w imię ojca! Trzask. Nabrała dymu w usta. Na chwilę wstrzymała dech. Przymknęła oczy. Świerszcze dudniły jak oszalałe. Spod lasu traktor terkał sennie. Z ust wyfrunęła jej chmura.

- Skąd masz, gówniaro? – Paula przyczołgała się nie wiadomo kiedy i wyjęła jej z ust szluga. Sama zaciągnęła się jak stara.
- Nie twój interes! – warknęła Liwka – Oddawaj!

Paula zrobiła zeza. Zaczęła sztachać się szybko, raz za razem, dychając i kopcąc jak stary parowóz.

Liwka zacisnęła pięści i ruszyła w jej stronę. Naraz ta małpa zielona przechyliła w tył głowę,puściła z dymu koślawe kółko i wyszczerzyła się od ucha do ucha. Liwka odwróciła się na pięcie. Na ścieżce stał chłopak z mokrymi włosami. Wituś? Witek od Drybałów. Tak. To był on. Ale wyrósł! Musiał mieć już ze trzynaście lat. Albo i lepiej.

- Cześć, dziewczyny! Dacie zapalić? – szparą między zębami po cwaniacku błysnął. A oczy mu się śmiały.
- Może i damy… - wykrzywiła się Paula.

Ruszyła ku niemu nieśpiesznie. Zdmuchnęła z oczu grzywkę. Zerkając spod oka na Witka podała mu żarzącego się fajka.

- Twój, że się tak rządzisz? – mruknęła rozzłoszczona Liwka.

Witek zaciągnął się z lubością, aż do dna, po czym uśmiechnął się szeroko. Cienka wstążeczka dymu wyfrunęła przez szczelinę w jego białych zębach i zakołysała się w gęstym od upału powietrzu.

- Zawsze tak po pływaniu chce się zaraz palić.

Wziął jeszcze dwa szybkie machy. Paula wyciągnęła rękę. Ale Witek zrobił krok, ominął ją zręcznie i podał szluga Liwce.

- Dzięki, młoda.
- Liwka!
- Dzięki, Liwka.

Liwka zmrużyła oczy jak mała Chinka.

- Co jutro robicie? – spytał Witek.
- Jutro? Niech pomyślę… - Paula włożyła palec do ust. – Jutro idziemy na szoping, potem solarka i pazury…
- Wpadnijcie na stawy na żwirownię. Popływamy, popalimy… - Witek mrugnął do Liwki porozumiewawczo. I już go nie było.

Zjawiła się za to babka. Liwka ledwie zdążyła ćmikana w ziemię cisnąć i bucikiem przydusić. Babka rzuciła okiem na grządki i z miejsca zaczęła pomstować.

- Jezu, co za psiajucha! Coś ty wzięła i narobiła! Gdzie ty oczy masz, dziewczyno!

Babka chwastów stertę wertowała i ręce tylko załamywała.

Okazało się, że te małe zielone knypki to była właśnie marchew. Liwka wyrwała prawie wszystko. Trochę perzu tylko zostało. Jezu, mój Jezu.

„W sumie może i dobrze się stało” - pomyślała Liwka.

Babka przegnała ją precz. Może teraz da jej spokój. I do roboty już gonić nie będzie.

* * *

No to siup. Cały dzień przed nią. Cztery światy. Ene, due… baks! Wypadło na las.

Ruszyła za miedzę, na przełaj.

- A gdzie to się nasza panienka wypuszcza?

Przyturlała się do niej Ceśka. Rozdęta i na oko tępawa. Gdzie jej tam do Guni czy Misi! Świdrowała Liwkę tym swoim bezczelnym, zatłuszczonym, pasztetowym spojrzeniem.

- Nigdzie – wzruszyła ramionami Liwka.
- To niech ze mną pójdzie!
- Gdzie i po co?
- Tam, gdzie psy dupami wodę piją! – zapluła się Ceśka aż po pachy.

Babka zabraniała Liwce z Ceśką się bawić. Że to ladaco. Na złą drogę za uszy pociągnie.

Liwka niby jej unikała, ale jakoś tak zawsze się ta Ceśka napatoczyła. Jakby ją samo co pchało do tej baloniary.

Wiedziało się, że z Ceśką lepiej nie zadzierać. Bo zostaniesz sam, jak ten palec na betonie.

A z palcem tak było:

Chłopaczysków stado dnia jednego na furtce się bujało. Cetniaki, Bojarskie, Chabały… W te i we w te. Furtka otwarta. Rozbieg. Hop. I już jedziesz z piskiem przed siebie. Bam. Furtka z ciężkim kłapnięciem się domyka, aż brama cała dygoce. I następny. I zabawa taka.

Naraz Ceśka idzie.

- Daj się pyrgnąć – woła i do furtki się ciśnie.

Ale Darek – bo Chabałów to furtka była – drogę jej zasłania.

- Ty Ceśka nie! Tyś za gruba. Ty furtkę nam rozpiździsz!

Rechot się poniósł. A Ceśka nic. Po niej jak woda. Śmieje się ze wszystkimi.

I dalej - czeski film. Znaczy: nikt nic nie wie. Wszyscy stali. Nikt nie widział. Jak i co. Popchnęła, nie popchnęła?

Dość, że Darek na tej furtce frunie. Hopajsiupaj! Wiatr we włosy. Jazda, panie gwiazda! I naraz przyśpieszenia dostaje. I łubudu! Wali furtka z całych sił.

I cisza.

W sekundę się wszyscy rozpierzchli.

I tylko ten palec. Leży na betonie. Krwią ciurka. Nie wiadomo czyj.

Dopiero za czas jakiś Darek wraca. Że to jednak jego. Palec w łapę chwyta. W chustkę zawija. I tą drugą łapą, w szmatę obwiązaną, zawiniątko podtrzymuje. A szmata cała czarna. I kap. I kap. Krwią czarną przesiąka.  

Darek z tym palcem lata. Palec w ręce ściska. Matki po polu szuka. A wołać nie woła. Nic a nic nie gada. Jakby go zatkało. Jakby to język, a nie palec, mu obcięli.

Dopiero matka za niego krzyczy. Oj, to krzyczy, że krzyczy!

Rower! Na bagażnik. I biegiem! Jezu, mój jezu!

Nie przyszyli.

Zanim się na tym składaczku na pogotowie dotelepali, palec już był czarny.

- Za gorąco, pani. Do lodu trza było.

Nikt nie widział. Nikt nic nie wie. Rok już cały minął. Darek do kikuta przywyknął.

Wylazły obie z Ceśką wysoko na drzewo. Ceśka garść słonecznika wyjęła.

- Na – podsunęła Liwce.

Pluły, która dalej.

- Ty? Pauli to już cycki nieźle wywaliło, co nie? – plunęła Ceśka podwójnie, raz za razem.

Liwka wzruszyła ramionami.

- A ty z którym byś się całowała? Z Bojarskim? A może z Edkiem Kowalikiem? – zachrumkała Ceśka.
- Weź, bo się porzygam – Liwka udała, że wkłada w gardło dwa palce.
- Ja to bym Witka brała.
- Drybałę?
- Mmm – Ceśka wydęła swoje grube wargi, podobne do dżdżownicy drgającej na haczyku.
- Aleś ty jest głupia - Liwka wzdrygnęła się leciutko.

Od rechotania Ceśki trzęsły się gałęzie topoli.

W nocy śniło się Liwce, że księgę grubą czyta. Co i raz palec ślini i kartkę przewraca.Strony cienkie, żółtawe. Książka jakby telefoniczna.

Czegoś Liwka szuka. Wertuje. Ślup! I Dalej. I dalej. I znowuż palec ślini. I nagle… Co też to! Fuja!

Palec odkleić się nie chce. Do jęzora przyległ. I ani go rusz. Szarpie Liwka z całych sił. E, e!

Prędzej język wyrwie, niż palec odlepi. Dławi się. Krztusi. Charczy.

Aż się z tego wszystkiego zbudziła.

- Do miednicy idź rzygać, rzygulo! – Paula szarpała ją za piżamę. – Czereśniami się pewnie przeżarłaś.

Noc jeszcze czarna. Poduszka cała mokra. Liwka cisnąła ją na ziemię. Palce czarne oglądała. Mrówki niewidoczne strzepywała z dłoni.

* * *

A z tej całej wolności jak zwykle wyszły nici. Wszystko zabronione!

Na drzewko Liwka weszła, czereśnie skubała. Zaraz Dziad z batem przyleciał.

„Już cię ręce świerzbią? Zostaw! To na przetwory!”

Do krów – nie! Bo ją jeszcze rozdepczą.

Prosiątka wuj z targu przywiózł. Ojejcia! Świnki wy moje! Kulgały się jeden przez drugiego po betonowej posadzce chlewika. Jak małe różowe pieski. Chce Liwka wejść, pogłaskać – a gdzie tam! Toż zaraz jej pouciekają.

I tak w koło Macieju. Tego nie, tamtego nie. Nie rusz. Nie gadaj. Nie oddychaj. Co za ludzie!

Paula miała humorki. Raz dobra siostrunia, tulunia, kiedy indziej tylko czekała, żeby Liwce nawiać. Chłopaki już jej w głowie. Znalazła się, dorosła. Phi.

Tęskniła Liwka za Tadzikiem. Jaki był, taki był, ale zawsze to braciszek.

Pierwszy raz go ujrzała, jak miała dwa lata. Pod kościołem to było, w jakąś letnią niedzielę. Pojechali wszyscy dziadkowym wozem. Była też i matka. Korsun szedł sobie nieśpiesznie. Kto wie? Może i dał Dziadek Liwce lejce na chwilę potrzymać?

W kościele gorąco, kwękała. Wyszły więc z matką na powietrze. Matka papieroska cyk. A Liwka dalejże biegać wokół tego drzewa, co jedyne przed kościołem wyrastało. Nie biegaj tak, bo się zganiasz – wołała matka. Ale gdzie tam. Liwka hyc hyc. Jedno kółko, drugie.

Za którymś razem zza drzewka – chłopiec na nią wygląda. Roześmiany, a cały jakby czerwony. To Liwka za nim. Ona hyc. On hyc. I tak się ganiają wesoło. Wreszcie Liwka zziajana przystaje. A chłopczyk – niezziajany ani troszeczkę – stoi i do niej mruga.

- Kto ty jesteś? – Liwka pyta.

Chłopczyk nic. Tylko się śmieje.

- Będziesz moim braciszkiem?

Chłopczyk nie odpowiada. Ale się zgadza. Od razu to widać.

Ksiądz niepotrzebny. Liwka sama chrzest mu dała.

- Nadaję tobie imię: braciszek Tadzik!
- Z kim ty tam gadasz, Liwka?
- Z braciszkiem.

Matka pod brodę ją wzięła. W oczka surowo zajrzała.

- Z jakim znowu braciszkiem?
- Z czerwonym!
- Matce kłamać będziesz?!

Liwka długo mamusi tego klapsa wybaczyć nie mogła. No bo co ona winna, że matka Tadzika nie widzi?

Odtąd nikomu pary z ust.

Całe lata się razem trzymali. Z tym, że Liwka rosła, a Tadzik – jaki był, taki został.

Mały, czerwony braciszek do psot był zawsze skory. Zawsze pierwszy. A jak on- to i Liwka za nim. Nie gorsza przecież!

Z Tadzikiem nie było nudy.

To on raz wujkowy adapter na stryszku wygrzebał. Pocztówki dźwiękowe sobie z Liwką wysyłali. Kalifornia mon amour -  śmieszne niebo, co nie zna chmur!

To Tadzik dziadkowe mundury z szafy powyciągał. Z Liwką się poprzebierali. Tratata. Generały dwa. Wojsko ustanowili. Marsz, marsz! Trąby grają, na wojenkę zapraszają!

Ach, jak to dziadek zobaczył! Wściekł się jak stado os. Biegał po całym podwórku i wrzeszczał, że Liwce dupę spierze, ale to spierze! Mundur splugawiła!

Siedzieli cicho z Tadzikiem skryci w koronie topoli i patrzyli z góry, jak dziadkowie pół dnia Liwki szukają. Jak strach ich brać zaczyna. Jak wieczór już idzie, a oni z lustrem na kiju wokół studni tańcują. Liwki w ciemnej wodzie wypatrują. Tak długo jej kazał tam Tadzik siedzieć, aż po zejściu już nie lanie, ale szloch babki tylko, ciepłe mleko i do łóżka niesienie.

Głupio się wszystko skończyło. I to z Liwki winy.

Zła była o coś na Paulę. Ośmieszyła ją ta małpa przy wszystkich. Liwka aż gulgotała.

Jak się Tadzik zjawił, Liwka tapczan otwarła i mówi mu:

Właź do kopalni! Skarbu mi poszukaj!

Tadzik latarki nie miał. Nosem zaczął kręcić. Bał się. Ale go siłą zamknęła. Ona już lat sześć pannica, on ciągle taki maluch. Klapą go przytrzasnęła i na niej usiadła.

Z początku stukał. Wypuść, siostra!

Potem już nic.

Po co to zrobiła? Z durnoty.

Leżała tak, aż zasnęła.

Naraz pobudka! Skacze, tapczan otwiera, w ciemność woła.

- To żarty takie. Wyłaź już, Tadzik!

Nikt nie odpowiedział. Cisza głucha.

Braciszka już tam nie było.

Dwa lata. Co zrobisz, głupia? Nic nie zrobisz.

* * *

To Paula gdzieś na strychu ten namiot wygrzebała. Brązowy, wypłowiały, podjeżdżał trochę mokrym psem, szczynami, wilgotnym mchem, grzybem jakimś może. Sam wyglądał trochę jak koślawy grzyb, kiedy rozbiły go w cieniu spsiałych jabłonek tuż za płotem.

- Mało to w chacie izb? – wuj Stefan kręcił trochę nosem.

Ale wuja się dało uprosić.

- Chrzestny pozwoli! – przymiliła się Paula.

Leżały sobie we dwie w tym swoim grzybie. Tam gorąc, a tu u nich cień, chłodek, przytulnie.

- Dzisiaj tu będę spała – zawyrokowała Paula.
- I ja też…
- Ty?! – Paula spojrzała na siostrę zezem – Ty jesteś za mała.
- A ty to co? Tak sama tu będziesz spać? Nie strach?
- Pff – zbyła ją prychnięciem Paula.

Liwka przytknęła czoło do stalowego masztu, na którym rozpinał się namiot i patrzyła w górę spod przymkniętych powiek.

Maszt się wydłużał powoli, powoli, sunął w górę, daleko, coraz dalej. Aż do chmur już sięgał. Jakby w cyrku podniebnym leżała. Gdzieś tam wysoko, wysoko rozpięta była cienka lina. Smukła baletnica o wyniosłej twarzy i długich białych palcach, nie zważając na oklaski zsunęła się z podestu na linę. A tak była leciuteńka, że lina wcale się pod nią nie ugięła. Zajęczała tylko podrażniona szorstkim bucikiem baletnicy, całkiem jakby to struna była. Zyg, zzyggg. Zzzyyy…

Sunęła sobie baletnica po tej strunie srebrnej, jakby na łyżwach się ślizgała. Ani na chwilę nie otwierała oczu. Tylko lód jęczał cicho.
Ocknęła się Liwka. Palce u stóp zgrabiałe. Pomacała za skarpetkami. Nie było. Nogi bose z namiotu na dwór wystawiła. Do słoneczka, do ciepełka!

Otworzyła oczy. Paulę oczywiście gdzieś wcięło.

Liwka ruszyła przed siebie. Jeszcze ze snu cała. Słyszała jakieś głosy. Śmiechy, nawoływania.

No, oczywiście! Wszyscy już nad stawy pobiegli. Pluskają się tam w najlepsze. A jej jak zwykle nikt nie powiedział.  Łaski bez!
Wiatr zaszeleścił w kukurydzy. Liwka chwyciła grubą łodygę i szarpnęła gniewnie. Weszła w kukurydziany las gęsty i odłamanym badylem drogę sobie torowała. Waliła na oślep na lewo i prawo. A masz. A masz!

Naraz ktoś złapał za koniec badyla. Przytrzymał niemocno. Ręka chuda, żylasta.

- Witek?
- Ćśśś…
Witek wynurzył się bezszelestniespomiędzy badyli. W koszuli rozpiętej, trawa w jasną czuprynę zaplątana, po brzuchu opalonym się czochrał, spojrzenie jakby nieobecne, blisko, ale daleko. Nachylił się do Liwki, jakby jej chciał coś szepnąć na ucho. Choć nikogo tu przecież nie było.

Pachniał stawami, rżyskiem, tytoniem. I czymś jeszcze. Czego Liwka nie umiała nazwać.

- Dzieciątko chcesz mieć, Liwka? – mrugnął do niejWitek i szparką w zębach zaświecił.
- Dzieciątko? – spłoszyła się Liwka.
- Córunię. A może syneczka?
- Bo ja wiem…
- Chodź – pociągnął ją za ramię. Ruszyła posłusznie.

Szli nie mówiąc nic do siebie między długimi rzędami sterczących, rozgrzanych łodyg. Kukurydziane liście muskały odsłonięte ramiona Liwki łaskocząc ją leciutko. Słońce stało wysoko. Żar lał się z nieba. Liwka czuła pod pachami wilgoć. Pociła się i znów jej się chciało spać.

Ale Witek nie pozwolił jej się kłaść.

Stanęli.

- O! Tutaj się rodzą…

Słońce raziło. Mrużyła oczy przez chwilę, zanim je zobaczyła.

Włosy.

Z niektórych kolb kukurydzy sterczały gęste pukle włosów. Jak głowy laleczek.

Jedne zwyczajne, blond. Uczesane równo, z przedziałkiem przez środek. Opadały miękko, jakby dziewczyna przed lustrem siedziała i włosów swych szal rozczesywała długimi pociągnięciami kościanego grzebienia. Puszyste. Ach. Zielonkawe.

- To córeczka jest.

Ale były i czarne, obleśne, jakby wąsy gęste z końca badyla wyrastały.

- A to chłop.

Były też włosy ciemno fioletowe. Jakby farbą farbowane. Dorosłe. Maleńkie damy o smutnym spojrzeniu.

Ale Liwce najbardziej się podobały włosy całkiem różowe. Falujące pukle najmiększego na świecie różu. Jakby znużona upałem Barbie zasnęła sobie słodko w wannie pełnej różowej piany.

- Ta? – Witek zerknął na nią.

Spoważniał nagle.

- Bo wolno ci wziąć tylko jedną.

Liwka kiwnęła głową.

Witek zrobił pół kroku wprzód, po czym jednym wprawnym ruchem wyrwał z objęć kukurydzy różową laleczkę i podał ją Liwce.

- Masz ci córunię!

Różowe włosy córeczki zmierzwiły się trochę i musiała teraz Liwka gładzić je i układać palcami skołtunione pasemka. Kołysała laleczkę na rękach, żeby się mała zaraz nie rozpłakała. A-a-a. A-a-a!

Odwróciła się, żeby Witka jeszcze o coś spytać. Ale jego już wcale nie było. Zniknął tak samo cicho, jak się pojawił. I znów tylko wietrzyk w kukurydzy szeleścił.

* * *

Następnego ranka zbudziły Liwkę głosy mężczyzn dobiegające z podwórza. Jeza, która to godzina. Ziewnęła. Szarówka jeszcze.
Słychać było strzępki rozmów.

- Znaleźli go?
- Nie znaleźli. Szukają…
- Halina niech do niej idzie.
- …Żeby sama tera nie była…
- Trzeba bosakami…

Liwka próbowała przez dłuższą chwilę zbudzić Paulę, ale siostra mamrocząc coś nakryła się kołdrą aż po same uszy.

Głosy z dworu ucichły. Liwka upewniła się, że w chałupie nie ma nikogo, po czym ubrała się i wymknęła na pole. Żeby nie iść sama, wzięła ze sobą różową laleczkę.

Niebo błękitniało. Skowronek w górze podzwaniał. Liwka zamknęła oczy i słuchała. Zza miedzy, od strony stawów słychać było miarowy plusk. Jakby kto czółnem pływał. Ale o tej porze? Ruszyła w tamtą stronę.

Mgła nad stawami wciąż jeszcze gęsta była. Nad wodą zebrało się kupa luda. Był dziadek i babka, Grzebalscy, Steleblaki i różni inni. Pośrodku tego zgromadzenia stała niewysoka, zgarbiona kobiecina i głośno wydmuchiwała nos w chusteczkę. Liwka poznała ją nie od razu. Hanka Drybała, matka Wicia. Oczy miała czerwone. Któraś sąsiadka, Bojarska chyba, pod rękę ją trzymałai coś jej półgłosem klarowała. Hanka kiwała głową, ale jakby wcale jej nie słuchała.

Faceci palili, popluwali.

Wszyscy stali w milczeniu wpatrzeni w zieloną pychówkę, która wolno sunęła po wodzie. W niej wuj Stefan i Kaziu Drybała. Długimi czarnymi drągami nakłuwali raz za razem zieloną wodę. W toń zaglądali. Wypatrywali. Czółno trzeszczało co i rusz.

- Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze… - zaintonowała przeciągle któraś z kobiet, jakby nie mogąc już znieść ciężaru tej ciszy.

Kula słońca wyturlała się wreszcie zza łąk i szybko bardzo pięła się do góry.

A Liwkę naraz dreszcz przeszedł. Witek. Ścisnęła mocno różową laleczkę.

- Módl się córeczko najsłodsza, żeby twój tatuś cało do domu wrócił!

A córeczkanic, tylko wystawiała ku słońcu swoje śliczne, różowe loki.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież