Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - Przesyłka z zaświatów (4)

Pani sprzedawczyni jednakże nieco się zmieszała, jakby od możliwości kupna przez PANIĄ EGUCKĄ tego obrazu się odgradzała – widać, że nawet za każdą cenę.
Chwilę milczała, a potem… potem śpiesznie rzuciła:

– Muszę pani coś wyjawić; no bo my nie wiemy czyj ten obraz. Któregoś dnia, przyszła tu do pracowni jakaś starsza kobieta, położyła nam te dwa obrazy, o tam, w tamtym kącie, powiedziała, że zaraz wróci zamówić firanki, a na dodatek – tak powiedziała – gdyby co! my do dziś nie wiemy, co to miało być to CO! to swój numer telefonu zostawiła. Nigdy już po te obrazy nie przyszła, a telefon do niej? telefonowałyśmy – odpowiadał: NIE MA TAKIEGO NUMERU.

Widząc zrozpaczoną minę PANI EGUCKIEJ po chwili dodała: – A może by pani przyszła za tydzień? zasłony będą gotowe, a my się zastanowimy...

Zaledwie minął tydzień, PANI EGUCKA znów kroczyła ulicą Mickiewicza, znowu po schodkach – pełna niepokoju o losy konterfektu – do pracowni wkroczyła.

Tym razem wyszły jej naprzeciw dwie młode damy – bo właścicielka pracowni też.

– Przedziwne te pani OPOWIEŚCI o PANI EGUCKIEJ – powiedziała właścicielka pracowni z podziwem – polubiłyśmy ją, prawda? – zwróciła się do swej pracownicy, potem wyjąwszy ogromną torbę papierową spod lady – portret był duży przeszklony, w ramę ART-DECO oprawny, wsunęła go tam i podając PANI EGUCKIEJ, powiedziała:
– Póki co, jest pani, chyba że właścicielka się znajdzie – dodała, podając torbę PANI EGUCKIEJ.
– Zatem zostawię kaucję, dobrze? Ile! Już płacę – uszczęśliwiona PANI EGUCKA nie posiadała się z radości.
– Pani jest człowiekiem honoru – żadnej kaucji, póki co, obraz teraz jest pani – uśmiechem skwitowała propozycję PANI EGUCKIEJ właścicielka.

PANI EGUCKA właśnie idąc tu, na RYNKU JEŻYCKIM kupiła ogromny bukiet pierwszych jesiennych astrów – ulubionych kwiatów, teraz wydobyła je z torby i podała właścicielce dodając: to chociaż TYLE.

Powróciwszy do swego mieszkania, natychmiast wydobyła obraz, ułożyła pośrodku siemmlerowskiego stołu, wyjęła z torebki LUPĘ, by doszukać się podpisu artysty, tego wysoce artystycznego dzieła... odczytała – zbladła – na fotel opadłszy, ciężko oddychała.... bo ten podpis na passe-partout ją z nóg wręcz zwalił:

Dla PANI EGUCKIEJ – KIELCZASTY

WZNIOSŁY DUCH MOŻE PATRZEĆ POZA GRÓB Z NADZIEJĄ… wyszeptała.

PANI EGUCKA teraz za głowę się brała – KTOŚ – KTO?! odsłonił jej rąbek TAJEMNICY ISTNIENIA, której jeszcze nikt nie odkrył!!! Dostała przesyłkę z zaświatów.

 


EPILOG

Szóstego dnia, ale już nocą – było przed północą – PANI EGUCKA z pomocą BOSKĄ i ludzką porządkowanie swego apartamentu ukończyła i nareszcie w swej błękitno-białej łazience... w tej trójkątnej wannie... w tę pachnącą lawendowymi solami wodę swoje utrudzone ciało zanurzyła, a potem w koronkowym oczywiście – już nie CZARNYM! NIEE!!! – błękitnym peniuarze ku swemu, atłasową pościelą o obleczonemu łożu CHIPPENDALLE podążyła była; atlasowa pościel... żadna IKEA – raczej ZARA, jednakże jak zwykle, z tym jasieczkiem w dziewiętnastowieczną poszeweczkę z bielizny wyprawowej ciotki Helenki odzianą, z tym tajnym monogramem H.R. bo to R znaczyło – znaczyć miało, że ciotka Helenka, żadna tam Helena, ale najprawdziwsza JELENA ROMANOW.

Takie wytworne łoże – bo CHIPPENDALLE – potomkini księżnej Twerskiej przystało – przystawało; królowa angielska Elżbieta II, w swych prywatnych apartamentach meblami CHIPPENDALLE się otaczała, to PANI EGUCKA też! Nareszcie będzie w tych urokliwych warunkach spokojnie zasypiała? Naraz WSZYSTKIE ZEGARY – nawet ten stary, alpejski, z kukułką, który tylko z rzadka ton chrapliwy wydobywał – jednym głosem PÓŁNOC wydzwaniać poczęły, gdy do tego WYDZWANIANIA dołączył także nikły DZWONYSZEK!

To PANI EGUCKIEJ maszyna do pisania – WCZESNA EPOKA GIERKA HEBROS 1300 T przecież w ten sposób ogłaszała, że karta papieru ZAPISANA... ZAPISANA?!!! KI CZORT?! PANI EGUCKA przecież ową maszynę – ponownie przyjacielską, bo już tego OOOOoooo nie wystawiała – nim powiewała (na kawę do PANI EGUCKIEJ łazarski MISTRZ – miłośnik starych maszyn do pisania przybył, wszystkie literki wyrychtował, wnętrze maszyny olejami namaścił!), jedynie odkurzyła i na stoliku do pisania... przerobionym z maszyny do szycia – żadnej SINGERKI, ale marki PHENIX… postawiła. Ale mogła przysiąc! Żadnej nowej OPOWIEŚCI CHIŃSKIEGO MANDARYNA jeszcze nie pisała – spisywała, jedynie pustą kartę w nią wkręciła była.

Teraz się zdumiewała!!! bo gdy do stolika podeszła, wkręcona uprzednio w maszynę pusta karta zapisana była i lekko powiewała – wachlowała – PANIĄ EGUCKĄ przywoływała.... INFORMOWAŁA:

PANI EGUCKA!!! QRNA MAGDEBURSKA! Aleś nas urządziła!!! Z naszych łap tego KIELCZASTEGO wyrwałaś!!! Piszemy to na twojej głupkowatej maszynie, choć ta taśma w niej jest – jest WYRUPOTANA… karta się MIĘDLI... klawiatura jest QWERTZ, a nie QWERY, no i trzeba MASZINKU lepiej naregulować… ciekawe jaki stary jest ten twój KLEZMENCIK, ale trzy dychy ma jak nic.

A tero słuchaj PANI EGUCKA – ty chyba za ANIELICĘ robisz, bo zaledwie my KIELCZASTEGO za te jego obiecanki – cacanki diabelskie nasze, że cosik PANI EGUCKIEJ namaluje w DEPRECHĘ wpędzili, by swą NIEMOC TWÓRCZĄ czując, sam po stryczek sięgnął i DUSZĘ nam oddał... tego huraganowego KSAWEREGO nawet do pomocy my wezwali nim go omotali, to zaro ta Stasia od św. ZYTY przylazła się pałętała, zaro za łapę tego pracusia ANIOŁA STRÓŻA przytachała; zaro tyż tym przyobiecanym do tej pory nie danym, malunkiem akuratnie przez KIELCZASTEGO wykonanym (ta PANI EGUCKA na nim! znowu!!!), przed ślepiami nam wymachiwała.

Myśleli my, że już go mamy – niby to CHCIAŁ namalować, ale tylko udawał – ZAKŁAMANY TYP! A dobrymi chęciami droga do naszego piekła wybrukowana – WYBRUKOWANA! Czyż nie?!! A tu! namalowane? NAMALOWANE! Jedynie co, to w porę PANI EGUCKIEJ nie przekazane...

Zatem: ten ratunek KIELCZASTEMU zesłany – Stasia od św. ZYTY się zań zabrała; spryciara jedna – ten remont umyśliła... kręciła jak jasny gwint: że niby PANI EGUCKA MAŁPIEGO ROZUMU dostawszy, wszystko w apartamencisku wyrąbywała... a potem – koniec końców – ten niby porządeczek sobie zafundowawszy, taftowych zasłon jej się do EUROKUCHNI zachciało, po nie (przez Stasię popychana) na ulicę Mickiewicza powędrowała – zawędrowała, w tamtejszej pracowni firan, w fatałachach grzebiąc, te podrzucone przez spryciulę Stasię obrazy odszukała niechcący?– odkryła.

OBIECANKI – diabelskie CACANKI? SKĄD! Obraz KIELCZASTEGO spokojnie w tej jakiejś takiej EUROKUCHNI zawisł – nie ma zatem o co go oskarżać; a o to, co ze swym życiem zrobił przez nas do strasznego czynu swego podbechtany, nie nam oceniać – prawda jest taka, że w piekle go nie odszukaliśmy – reszta, to TAJEMNICA JEGO ISTNIENIA, której nikt nie odkrył... VIS MAJOR o tym decyduje... Jak obraz namalowany, to on – być może i do tego UNIWERSUM powoli wciągany, a my – biedne REPTOIDA – na pustym żerowisku cierpimy, a przecież cierpieniami KIELCZASTEGO w otchłani piekła, byśmy się dłuuugo karmić mogli – karmili. A teraz – szkoda gadać: Stasia od św. ZYTY nam popalić dała. No, ale! REPTOIDY odwieczne

CIP – PIC na muchy! Jeszczyk się spotkamy. Hi! Hi!

Przeczytawszy ten odrażający wywód, PANI EGUCKA ze zgrozą głową pokiwawszy ubolewała: no dobrze, ten ratunek... ale żeby ją, potomkinie księżnej Twerskiej Qrną MAGDEBURSKĄ (dlaczego?!) nazwać? chyba miarka się przebrała.

– DLACZEGO? no to ja ci zaro powiem – zagadała – oburzała się tam z GÓRY Stasia od św. ZYTY – ŁÓNI, te REPTOIDY? REPTILIANIE? Jak zwał, tak zwał, ale wiadomo: że anioły upadłe – przeklęte, przez PANA BOGA z NIEBIOS WYWALONE, żeby mieć nas ludzi w garści, wiedzę o nas gromadzą – nieustannie nas podsłuchując, wymyślają potem sposoby, jak nam przyłożyć, byśmy cierpieli, bo one naszymi CIERPIENIAMI się karmią! Jak to robią? Podsłuchy zakładają w taki sposób, że każdego dnia KURZ!!! te KOTY do chaty nam wwalają, bo to nie KURZ, my każdego dnia wymiatamy – lub nie (BŁĄD!), ale ICHNIA ELEKTRONIKA – wiedzy o nas im dostarczająca.. Dlatego takie ważne odkurzanie... Sprzątanie…
– Stasiu, ta walka z KURZEM w naszych domach, to wręcz walka z WIATRAKAMI, więc, jeśli jest, jak mówisz, to ONI wiedząc o nas wszystko, w garści nas mają!
– Ano! Według ichniej wiedzy o tobie, ichniej złośliwej terminologii, to ty PANI EGUCKA w młodości studiując, CHEMII FIZYCZNEJ… CHA.! CHA! CHA! się ODDAWAŁAŚ? Oddawałaś – toteż, by ci dokuczyć, KURNĄ – to ODDAWANIE – cię nazwali...
– Ale dlaczego MAGDEBURSKĄ? Nie rozumiem?!
– To przypomnij sobie PANI EGUCKA, jak pisząc to swoje MAGISTERIUM je nazywałaś – się chyba wychwalałaś – na ulicę LIBELTA w naszym POZNANIU do profesorstwa ANTONIOSTWA GAŁECKICH biegałaś? Biegałaś! Herbatki w gabinecie pełnym starych KSIĄG zakurzonych jak jasny gwint spijałaś – wypijałaś, bo z rozdziawioną gębusią tych naukowych wywodów profesorskich wysłuchiwałaś…
– Oczywiście! Bo to był uczeń EINSTEINA, SMOLUCHOWSKIEGO przecież! A do tego naukowymi, wręcz groteskowymi niejednokrotnie, anegdotami sypał jak z rękawa… pamiętam, że raz też, próbując się wymądrzać, palnęłam, że MATURA PRÓŹNI NIE ZNOSI… Na takie głupkowate przecież dictum, profesor w swej dobroci… był okrągły jak kuleczka, a piknicy zawsze dobrotliwi… wyjaśniał cierpliwie, że ta sentencja już od wieków nic wspólnego z prawdą nie ma, jako że już w roku pańskim 1654 fizyk niemiecki Otto von GUERICKE z Magdeburga dowiódł, że powietrze wywiera ciśnienie, toteż ciągnął swą opowieść dalej, jak to OTTO wydrążone, szczelnie dopasowane półkule zademonstrował, OZDOBNYM – podkreślił profesor – pierścieniem przykutym do kuli opasał PIĘKNO dawniej ludziom w każdej podniosłej sytuacji towarzyszyć musiało – miało, bo duszę uwznioślało – i jak się okazało było, po usunięciu powietrza ze środka półkul, siła ośmiu koni rozerwać ich nie mogła.

Obalił tym sposobem prastary pogląd, którym ludziska jeszcze nieraz i dziś się posługują, że MATURA NIE ZNOSI PRÓŻNI; nie może jednakże tego robić osoba, która z chemii fizycznej MAGISTERIUM wypisuje… – dodał i swą serdecznie życzliwą pulchną łapką po dłoni PANI EGUCKIEJ poklepał – bo przecież nowe wiadomości w jej głowę wklepał...

TACY bywali w on czas profesorowie... pogadali z adeptem wiedzy, z laptopów swych mądrości nie wyczytywali... ale cóż! DZIŚ PRAWDZIWYCH CYGANÓW? PROFESORÓW też! Już nie ma.

– Teraz rozumiem! REPTOIDY tę moja młodzieńczą głupotę wyśledziwszy, mi o niej przypominały – zawstydzać próbowały… bo ta KURNA MAGDEBURSKA stąd się brała…
– Z tego KURZU, PANI EGUCKA, z tego KURZU, dlatego cię zawdy do porządeczku byde przymuszała – przywoływała…
– Jak zwykle Stasiu masz rację, stale zatem ENTROPIĘ będę zmniejszała, aby nie JAKAŚ TAKA, ale LŚNIĄCA – żadnym pyłkiem nie spostponowana EUROKUCHNIA… przyozdobiona portretem PANI EGUCKIEJ autorstwa KIELCZASTEGO REPTILIAN prześladowała… Bo co z KIELCZASTYM, REPTILIANIE się nie dowiedzą – bo na pokoje UNIWERSUM KURZU NIE WNIOSĄ…

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora