Andrzej Katzenmark - W dorzeczu twórczości literackiej (3)

Druga katarakta: WSPÓŁCZESNOŚĆ

Współczesność jest pisarskim brzemieniem, kulą u ręki piszącego. Nolens, volens, autor wlecze ją ze sobą. Toporna, niezgrabna i śliska. Nigdy go jednak nie opuszcza. Siła jej grawitacji oddziaływuje nawet na tych, którzy zagrzebani w przeszłości lub fantastyce, zdają się żeglować innymi rzekami, jakby wiedli życie równoległe. Zarówno powieść historyczna jak i science-fiction czy inny odległy, zdawałoby się, od współczesności gatunek nasiąka aktualnością z powodu wektora oceny.

Punktem początkowym, punktem odniesienia, w którym spoczywa wspomniana kula, a tym samym przykuty do tego miejsca pisarz, pozostanie zawsze teraźniejszość. Przenieść się całkowicie do owych odległych światów znaczyłoby odejść, umrzeć lub oszaleć. Można wyobrazić sobie tę nienaturalną secesję: pisarz zamyka się w bastionie historii. Nie obchodzi go to, co wokół niego się dzieje. Odtwarza z detalami minioną epokę, miasto z tamtego czasu i myśli ówczesnych mieszkańców. W tym właśnie tkwi szkopuł; myślom mieszkańców autor musi przydać cechy ogólnoludzkie, oparte na nieprzemijających wartościach. A wyławia je z teraźniejszej obserwacji i oczytania, otrząsając co najwyżej z cywilizacyjnych naleciałości. Wykonuje te czynności intuicyjnie. Ecce homo ex antiquis temporibus. Prawdziwie najgłębsi wędrowcy, bezpowrotni eksploratorzy czasu minionego, znikają w nim. Usuwa się pod nimi ziemia współczesności. To próg szaleństwa lub zgoła śmierci, z których autor nie potrafi już wyjść poza siebie, żeby powrócić i napisać choć jedno piękne zdanie.

Wlecze się z nami owa współczesność, choć wolelibyśmy ponadczasową rzekę świadomości. Wielu koncyliacyjnych pisarzy zaprzyjaźnia się z nią. Wolę przyjaźń z człowiekiem; nie ufam zmienności czasu teraźniejszego, owym cywilizacyjnym skokom, technicznym nowinkom i modnym blaskom gadżetów. Aliści nie sposób nie odnieść się do współczesności. Na obojętność stać tylko wspomnianych szaleńców i uciekinierów. Oczywiście afirmacja życia nie jest tożsama z bezkrytycznym uwielbieniem współczesności. Historia uczy, że teraźniejszość też stanie się przeszłością. Uświadomienie sobie jednak tej prostej prawdy wymaga autoempirii, którą zasila upływ czasu. Zanurzenie wioseł w kipieli tej katarakty przymusza do ruchów już to wyważonych, już to gwałtownych, do ostrożnej oceny wód współczesności lub krytycznego ataku. Punktem oparcia pozostają stanice przeszłości, obecne życie tudzież mgły futurum. Zarysowane granice nie są wyraźne. Dlatego tak niezbędny dla żeglugi wydaje się aksjologiczny żagiel.

Zachłystywanie się modą, bogactwem, samochodami, domami i wycieczkami wypacza obraz współczesności. Lecz siły tego prymitywnego ulegania współczesnym pokusom nie powstrzyma żadna tama. Jak powiada Bauman, u źródeł szeroko pojmowanej mody, od wykwintnego stroju czy samochodu po studium odchudzania i poszukiwanie duchowego przewodnika, leży nieugaszone niczym pragnienie, którego zagraniczną ekstrawagancją, forpocztą satysfakcji staje się zachcianka. Pisarz wznosi się ponad modę, to znaczy, widzi całą sieć ludzkich uzależnień, całe dorzecze wpływów na nurt rzeki życia. To, czy ktoś nosi fontaź, czy fular, czy zwyczajną apaszkę, nie przesądza o jego poddańczej postawie wobec mody. Nawet to, że wygłasza kategoryczne sądy na temat tego, co najnowsze i najlepsze dla innych, nie pogrąża go całkiem w bezmyślności dopóty, dopóki nie ugrzęźnie w swym pragnieniu bycia modnym i nie pogrzebie tym samym reszty swojego życia.
Modny pisarz bowiem to ten, który schlebia tłumom. Nie należy atoli interpretować owej postawy zbyt wąsko, opierając ją na bezpośredniej wiwisekcji czytelniczego serca. To raczej subtelny suplement do upodobań, pragnień i tęsknot odbiorcy, coś w rodzaju lizusowskiej dysputy, która nigdy nie odwołuje się do argumentów:

P: Krew jest czerwona.
C: Nie. Krew jest pomarańczowa.
P (z uporem): Nie, krew jest czerwona.
C: Bzdura. Krew jest pomarańczowa.
P (po dłuższej chwili namysłu): Ma pan rację. Zaiste krew jest pomarańczowa.
P nie jest pisarzem. On tylko sprytnie podchwycił pragnienia większości. Nadał im wektor literackiego spełnienia. Umieścił je w księdze, od której gęsto w księgarniach. Wypełnił ekonomiczne hasło wykorzystania mody. Nie stworzył, a zrobił. Czy go napiętnuję? Nie. Była Rodziwiczówna i był Sienkiewicz. Lud oboje nazywa pisarzami, ja – tylko Henryka. Jak uczniowie w szkolnym świecie bywają literaci lepsi i gorsi, lecz każdy z nich choć raz poczuł wiew skrzydeł geniusza miejsca, a nie tylko narratorski popęd. Przypominam, że genius loci jest duchem oczekiwania na pisarskie spełnienie, a narrator jego poszukiwaczem. Tak wygląda pasowanie na pisarza.

Pisałem już o polityce. Dodam ponadto, że literacką zbrodnią jest milczenie, wykalkulowana omertà: „nie będę o tym pisał, bo nie wypada”; „nie wypowiem się na ten temat, bo może mi zaszkodzić”. Podziwiam sztukę dyplomacji w sporach o krój garnituru lub o miejsce audiencji ambasadorów. Aliści tylko napiętnowania godne wydaje się kunktatorstwo rozumiejące i chytrze wykorzystujące szczeble aksjologicznej drabiny. „Bądź wierny” – pisał poeta. Trzymaj pion, literacie-człowieku, mówię ja. I literacko, i publicystycznie.

Różnicę między publicystyką i literaturą wyznacza stosunek narracji do miejsca. W publicystyce nie objawia się bowiem genius loci, a jedynie narrator, świadek życia pisarskiego pomysłu. Przeto publicystyka dotyczy przekonania o prawdzie, a literatura – prawdy, czyli łączności z wiekami. Niemniej jednak pisarz powinien (w swoich esejach staram się nie nadużywać tego czasownika) opowiedzieć się głośno za fundamentalnymi wartościami, a przede wszystkim za wolnością i sprawiedliwością. Jeśli czuje, że są łamane, nich krzyczy! Jeśli czuje, że dzięki nim wygodniej mu się żyje, i postanowi, że lepiej milczeć, niech będzie przeklęty! Ten publicystyczny akapit nie mógł inaczej wybrzmieć, nawet w spokojnym eseju.

„Bądź wierny”, znów przywołuję poetę, który in extremo libro próbował nagiąć rzeczywistość do wiersza. W dziele literackim rodzi się świat przedstawiony, który na zawsze pozostanie in excelsis, a nie in re. Wywoływanie atoli obrazów z dzieła istnieje realnie, albowiem człowiek je odbiera. Kto mądry, czyta między wierszami. Kto mniej dociekliwy, czyta dosłownie. Kto lizusowski, też czyta między wierszami. Ten ostatni jednak wybiera wiersze. To najgorszy typ czytelnika.

Pierwsza katarakta: ZWĄTPIENIE

Pojawia się kropka na końcu ostatniego zdania dzieła. Pisarz zmieszany zdaje się widzieć w rozmarzeniu falujące morze satysfakcji. Jak blisko, jak daleko… Spienione wody pierwszej katarakty ciągną jego łódź na zatracenie w euforii. Dostrzega to niebezpieczeństwo. Dzieło zamknięte. Ocenę jego nosi pisarz w sobie. Nikt nie zna dzieła. Być może nikt nie zna pisarza. Twórca wspomina niebezpieczeństwa mijanych katarakt. Pamięta wytyczane wśród skalnych progów drogi. Nie zawsze szło gładko. Tak, tam łódź otarła się o niekonsekwencję, gdzie indziej łatał autor jej wyszczerbiony awangardą dziób, a potem urwał za wcześnie rzuconą cumę pewnego wątku. Rodzi się w twórcy zwątpienie. Rozlewa się na całą szerokość katarakty. Pisarz odczuwa silne zawirowania łodzi, jakby osiadł na podwodnej skale niewiary w sens tworzenia.

Jak pokonać porohy zwątpienia? Zwątpienie jest granicą, krętą linią owych podwodnych skał, które mieszają wody zniechęcenia z wodami nadziei. Rozbicie łodzi na tej ostatniej przed ujściem rzeki katarakcie może wywołać rozżalenie i niechęć. Trudno nawet zapisać adres tej cichej dezynwoltury dla sztuki. Z pewnością jednak cofa się ona w przeszłość, w gardziele przebytych katarakt. To tam sięga żal i lekceważenie. Pisarz więc dotyka samego siebie. I nie jest to sanacyjna akupresura ciała lub duszy. To zadawane sobie męki ze świadomością cierpienia, to wzbierający z każdą wspomnianą kataraktą ból, to śmiertelna walka z niedoskonałością. Te katusze są wieczne jak Mojry. Nie zapominajmy o tym, że ostatnie zdanie dzieła kończy się zawsze, w każdej chwili tworzenia. Wszystkie katarakty wyznaczają granice pozbawione chronologii. Dlatego uważane są za tak niebezpieczne.

Nawarstwienie się tych skalistych progów w wielką zaporę, której żaden przełom nie naruszy, co najwyżej pojedyncze strumyki, grozi ukłuciem gęsiego pióra w serce twórcy i tworzenia. A wtedy żadnych wzlotów, żadnego pisania, tylko poczucie, że to wszystko nie ma sensu. Łzy bezsilności. Owo zawsze ostatnie zdanie niczego nie zamyka. Łypie na pisarza kaprawym okiem gangstera. Wywalimy tę zaporę, powiada. Woda wali się z hukiem wprowadzającym rozstrój myślenia. Wszystko zmieniać? Nie. Poprawki! Tylko regulacja jazu  może zapanować nad żywiołem słów.

Jaz gotowego tekstu, regulowany śluzą poprawek. Pisarz przystaje na tę nadzieję. Niczym czepiający się figowca Odyseusz, unika połknięcia przez Charybdę literackiej astenii. Twórca pragnie Homerowej wieczności. Wreszcie odetchnął możliwością autokorekty. Wszak wody płyną większe niż te pod Asuanem. Ecce homo. Nikt z zewnątrz nie zauważa ani twórczych katarakt, ani twórcy, ani tworzenia. Granice i przełomy istnieją tylko w jego wyobraźni. Rzec można, że zgoła ich nie ma, skoro tylko jedna persona je dostrzega. Pisarz zostaje sam. To pozytywne dla jego przemyśleń i ich niezależności. Wody atoli owej tamy wciąż napierają.

Wreszcie nadchodzi wstydliwa autorska konstatacja, że należałoby udostępnić tekst komukolwiek innemu. Komu? Bywa różnie. Jaz uspokaja się. Nie napływają już tragiczne wody załamania i obojętności. Wiosna nadziei gości przy stole pisarza i jego rodziny. Każde zdanie może być okupione rozterką, rozstrojem i poczuciem bezsensu. Dlatego koniec dzieła czai się we wszystkich zakątkach świata przedstawionego albo sytuacji lirycznej. To moment, w którym narrator zasnął na dnie łodzi albo tępo wpatruje się w zbliżającą się skałę niemocy twórczej, a genius loci nie może się go dowołać. Nie tworzą owej wklęsło-wypukłej jedności. Ten rozbrat najsilniej odczuwa autor. Chce odrzucić wiosła i zejść na ląd. Nie chce odrzucić wioseł. Mentalna rysa schizofrenii. Takim pęknięciem zarysowuje się wewnętrzna antynomia prowadząca do zwątpienia w sens twórczości i sztuki.

W owym zwątpieniu zamieszkuje też żal znacznie głębszy, ufundowany na antytezie pisania. Przypomina swą ogólnością rozterki egzystencjalne, ból istnienia, cierpienie za grzech pierworodny Adama i Ewy. To żal do świata niezapisanych nigdy zdań. Ileż to myśli odzianych przez Muzy w piękno wybrzmiało głucho pustką dzwonu bez duszy, zdaniami rzuconymi na wiatr. Małe genialne całości zamknięte od zarania w trumnie, której nie sposób otworzyć, a tym bardziej wydobyć zaklęty między wierszami geniusz. Autor cierpi za miliony przysypanych piaskiem czasu myśli. Jak archeolog próbuje restaurować tamte ogrody generatim, ale obraz kwiatów jest zamazany. Tamten ogród pozostanie zasnuty szarością nocy.

Skąd u pisarza ten eksploratorski zapał? Pisarz twierdzi bowiem, że prawdziwy geniusz tkwi między niezapisanymi wierszami. Idealizuje nie tylko przeszłość, ale też to, co niewydobyte na światło dzienne. Wiersze są niewidoczne, co oczywiste, ale istniały, choć nikt ich nie spisał. Zostały przecież pomyślane. Autor czuje mistyczną obecność tamtych genialnych myśli. Cóż? Przepadły. Pozornie konstatacja ta prowadzić powinna do zapału i działania, nie do rozterek. Jednakże każda myśl twórcza i nienaśladowcza bierze pod uwagę możliwość facsimile nienarodzonego lub zaginionego dzieła. Rodzi się żal do przeszłości, że nie zostawiła dróg dotarcia do tamtych stanic myślenia i pisania. Te rozterki przelatują przez nas jak puszczyki między drzewami nocy. Nie chcemy ich, ale jesteśmy wobec nich bezsilni jak wobec istnienia.

Ocean niezapisanych myśli. Jego wielkość przeraża, oszałamia i niepokoi. Skłania do konkluzji, że to, co piszemy jest kroplą. Nie uzdrawia poczucia minimalizacji świadomość paradoksu sorytu. A trawestując pewną sentencję łacińską, możemy śmiało stwierdzić (nawet jeśli pojawia się jakaś dwuznaczność): Quod scribimus, gutta est, quod non scribimus – mare. Wszystko już było, czy napisane, czy nienapisane, sens pisania zrównany może zostać z naśladownictwem. Znów atakuje nas ból bezsensu i zwątpienie w sens sztuki. Rozgoryczenie własną małością jest najsilniejsze i wszędzie nas doścignie.

Gutta mieści w sobie naszą pisarską indywidualność. A dookoła rozszalałe morze sztuki tej zapisanej, a zwłaszcza tej zaginionej i tej niezapisanej. Jakże to niewiele. Przeliczamy. Ile to stron? Pisarz przyłapuje sam siebie na niematematycznej konfrontacji z liczbami. Atakuje. Po wariacku żąda przeprowadzenia w humanistyce rachunku Bernoulliego, ale matematyk odpowiada jasno: wielkim jak morze liczbom przyznaję miażdżącą przewagę. I znów gorycz, humanistyczna niepewność samego siebie. Czy to oznacza, że ta katarakta wyrzuca na skały tych, którzy sprzyjają innym dziedzinom nauki? Skąd znalazł się w humanistycznym gronie Bernoulli? Humanistyka jest z pewnością szersza niż prawo wielkich liczb, a stąd wniosek, że i ono do niej się zalicza.

Pisać czy czytać, oto jest pytanie. Niewielu zdołało pogodzić te dwa rozbieżne kierunki intelektualnej aktywności. To niezwykle bolesna konstatacja: pisarz nie jest erudytą. Sprawnie myśli, ale jego lektury czasu minionego wykonały już swoją lekcję, a na nowe nie ma czasu. Zapoznaje się pobieżnie z literacką współczesnością. A przede wszystkim pisze. Owa granica między pisaniem i czytaniem jest niewidzialna, jakby niczym zwierciadło odbijała promień pisania i przemieniała w promień czytania. Oba procesy stoją wobec siebie à rebours. Działają w przeciwną stronę, choć istnieją równolegle. Pisarz musi umieć czytać; niektórzy twórcy twierdzą, że to ważniejsze od pisania. Czytelnik zaś nie musi wcale chwytać za pióro; może na zawsze pozostać tylko czytelnikiem.

Prawdziwie bolesnym efektem zwątpienia może stać się chęć odegnania historii, po której wędruje każda opowieść, i refleksji, na której stokach wygrzewa się liryka. Ba, w ferworze rozżalenia gotowi jesteśmy odrzucić piękno i porwać dzieło na strzępy. A wszystko po to, by się nie bać śmierci i nicości. Jak powiada Cioran, droga porzucenia historii zmierza ku wieczności. Lecz jedyną zaletą obrania tego kursu jest zapomnienie o śmierci.

Delta – OCZEKIWANIE

Łódź twórcza wpływa w pożyłkowaną i bagnistą krainę ujścia rzeki. Wody płyną leniwie, pewne swojej wielkości i rychłego spotkania z morzem. Pisarz nie podziela tej pewności, nawet jeśli istnieją przesłanki nieodparcie dowodzące wielkości stworzonego dzieła, a zatem zakończenia podróży. Niestety, reszta jest oczekiwaniem. W tym letargicznym czuwaniu zdarza się niekiedy wpłynąć w jakąś ślepą odnogę delty albo tak zarośniętą sitowiem urzędowej niedorzeczności, że nieżeglowną.

Tymczasem łódź nasza chce wypłynąć na morze życia, na którym wieją wiatry uznania i dyskredytacji. Pisarz owiany podmuchami nadrzecznych zmagań oczekuje pasatów satysfakcji. Łowi każdy, najmniejszy nawet, podmuch. Toteż jego łódź dryfuje, zmieniając raz po raz kierunek. Jak pisał Arkady Fiedler, najpiękniejszy dzień w dżungli to dzień pierwszy i ostatni. Podobnie z tworzonym dziełem. I wreszcie jest morze. Thalatta, thalatta! – krzyczy pisarz w uniesieniu. To tylko okrzyk euforycznego wspomnienia, wybuch pamięci, paroksyzm nadziei na zwyczajne życie. Nie można jednak zawrócić łodzi ku rzece, by, płynąc pod prąd, cofnąć swoje pisanie, by stać się takim jak dawniej. O ile więcej zyskałoby życie? To ostatnia granica. Między sztuką i życiem. Niektórzy godzą się. Większość niepewnie patrzy w horyzont.

Zaczynają się upokarzające lansady korytarzami wydawnictw. Zostaw, pan. Wyślij, pan, w dwóch, trzech, czterech egzemplarzach. Czy był pan na dzisiaj umówiony? Nie mam czasu. Jutro. Nie, jutro nie. A konkursowe ambicje? Wyślij w ośmiu egzemplarzach, zaopatrz godłem, schowaj w kopercie… Brzmi jak szyfr tajnej misji. Kryptogramy powysyłane. Oczekiwanie. Pisanie to wieczne oczekiwanie. To zajęcie dla ludzi cierpliwych.

Rodzina zadowolona przedwcześnie: ojciec napisał dzieło; są dumni; nie potrafią przeliczyć tego zdarzenia na funty szczęścia; jawi im się ono szeroką beztroską. Festiwal radości. Pisarz, jeśli ma silne nerwy, udaje, że w tym uczestniczy. Pełen zwątpienia, które przyniosła pierwsza katarakta nie potrafi odnaleźć spokoju; utracił go na zawsze. Mógłby rzucić wszystko i jak Rimbaud wyruszyć na swoje ostatnie safari. Ucieczki zdarzają się, ale rzadko wieńczy je sukces. Wszak nie ma żadnego pościgu. Ucieczka bowiem usiłuje oddalić nas od nas samych. wydaje nam się, że wymkniemy się naszemu ego, zniekształcając tożsamościowy pejzaż zmiennej panoramy. Nikt przed sobą nie ucieknie. Jedyną skuteczną ucieczką jest śmierć lub szaleństwo, co szerzej objaśniam w innym miejscu.

Pisarz przypomina skazańca, któremu nie wolno opuszczać miejsca pisania. Tym miejscem jest fotel przy biurku, przystań, z której próbuje wypływać.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież