Lesław Czapliński - Neorealizm po polsku

W siedemdziesiąt lat po jego włoskiej świetności i interwencyjnym zaangażowaniu. „Pewnego razu w listopadzie”, najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego, poniekąd połączył w sobie wątki z trylogii Vittorio DeSiki. A więc syn i matka, która zastąpiła ojca ze „Złodziei rowerów”, mieszkańcy squatu (nie wiem dlaczego używa się angielskiego określenia zamiast komuny, skoro tak nazywane wspólnoty istnieją od dziesięcioleci w opuszczonych przez wojsko koszarach w kopenhaskiej dzielnicy Christiania) niczym bezdomni ze slumsów w „Cudzie w Mediolanie”, pies Koleś, mogący kojarzyć się z tym towarzyszącym spauperyzowanemu emerytowi z „Umberta D.”.

Z tymi pierwszymi łączy go ponadto motyw wędrówki, tam w poszukiwaniu skradzionego roweru jako narzędzia pracy, tutaj dachu nad głową jako elementarnej potrzeby i prawa człowieka, co staje się pretekstem do ukazania socjalnego krajobrazu współczesnej Polski. Tyle że w przeciwieństwie do finału „Cudu w Mediolanie” wykluczeni z tego filmu nie mają dokąd odlecieć, bo chyba raczej nie do Korei Północnej, skoro dziś nie istnieją już utopie, w których „Dzień dobry” mogłoby znaczyć „Dzień dobry”?

Wtedy problemy z tamtych filmów wydawały się nam egzotyczne i zatrącające o komunistyczną (dziś powiedziałoby się populistyczną) propagandę. Film Jakimowskiego oglądałem akurat w stulecie Rewolucji Październikowej i zastanawiałem się, dlaczego nikt, a zwłaszcza wykorzystujący pracę innych, nie wyciągną wniosków z historii, tak że wszelkie zmiany muszą być potem znów okupione rozlewem krwi? Albo utorować drogę do władzy faszyzmowi i to temu prawdziwemu, a nie urojonemu, służącemu do szantażowania i wyzywania politycznych przeciwników?

Jak w przypadku włoskiego neorealizmu oraz jego pomysłodawcy i scenarzysty Cesare Zavattiniego, podkreśla się oparcie fabuły na autentycznych zdarzeniach.

Osią akcji jest natomiast marsz niepodległości z 11 listopada 2013 roku, do którego odnosi się tytuł, a z którego pochodzą archiwalne zdjęcia, które włączono w obręb kulminacyjnych wypadków.

Diagnozy nie do końca wydają mi się słuszne, ponieważ reżyser jako największe zagrożenie upatruje środowiska narodowe. A przecież one poniekąd również są pochodną problemów, o których mowa w filmie Jakimowskiego, przejmując wynikające z nich frustracje, że przeobrażona po 1989 roku Rzeczpospolita dla wielu nie okazała się ojczyzną. Przemawia za tym spotkanie bohatera oko w oko ze wspierającym go wcześniej kolegą z kamienicy, z której został eksmitowany, podczas gdy tamten jest teraz w tłumie napastników, atakujących  budynek zasiedlony przez komunę. Na marginesie trzeba też odnotować, że to właśnie prawica zajęła się choć częściowym rozwiązywaniem narastających problemów społecznych, które środowiska liberalne z założenia eliminowały z pola swego widzenia, a lewicowe po prostu zaniedbały (jak na ironię to wywodząca się z tych ostatnich Barbara Blida wprowadziła niekorzystne dla lokatorów prawo, w tym eksmisję na bruk, czemu przeciwstawiał się w swoim czasie Piotr Ikonowicz, jedyny sprawiedliwy, częściowo ratując reputację tychże). A więc dziką reprywatyzacją, której jedną z konsekwencji jest sytuacja ukazana w filmie, a ofiarami jego bohaterowie, choć czyni to prawdopodobnie w celu rozładowania wzbierających napięć społecznych, rozbrojenia związanych z nimi rewindykacji.

Jeden z wykładowców bohatera zwraca uwagę na zalegalizowane niewolnictwo, o którym sam wielokrotnie pisałem, choć gdzie indziej go upatrywałem.

W filmie zresztą wszyscy na ogół zawodzą, w mniej lub bardziej instytucjonalny sposób zobligowani do świadczenia „miłosierdzia”. Członkowie wspomnianej komuny, od których zaczyna swą „odyseję” w poszukiwaniu pomocy para bohaterów, nie są szczególnie chętni do ich przyjęcia, także i potem, i dopiero spotkanie z należąca do nich dawną uczennicą bohaterki zmienia ich nastawienie. Podobnie rzecz się ma ze schroniskami prowadzonymi przez zakonnice czy tak zwane organizacje pozarządowe, faktycznie też należące do systemu. Także stojąca na jego straży policja stosuje pozaprawne środki perswazji, dokonując w podziemnych kazamatach komendy brutalnego pobicia bohatera, przerwanego dopiero, gdy tenże zaintonuje Mazurek Dąbrowskiego.

Trzeba przy tym podkreślić, że bohaterowie nie są wcale ludźmi z marginesu, skoro matka jest nauczycielką na rencie (może więc kojarzyć się z rzeczywiście istniejącą Joanną Brzeską, choć ta historia nie zakończy się tak tragicznie), a syn studiuje prawo, poza tym wywodzą się z rdzennej rodziny warszawskiej (kobieta wspomina o swoim dziadku-powstańcu), a nie napływowych arywistów, potrafiących się urządzić i do których prawdopodobnie zalicza się bezwzględna i bezduszna komorniczka?

Przydanie im psa i historia jego zagubienia służy dodatkowo wywołaniu współczucia dla postaci i ich losu, skoro i dla niego nigdzie nie może znaleźć się miejsce poza salą wykładową wspomnianego już profesora.

Jako utwór artystyczny „Pewnego razu w listopadzie” do pewnego stopnia rozczarowuje. Na przykład przeciągnięta sekwencja z finałowych rozruchów wokół marszu niepodległości, kiedy rzeczywiście doszło do podpalenia siedziby wspólnoty „Przychodnia”.

Wielokrotnie powracają w nim tory i przejeżdżające pociągi, symbolizujące niedostępne dla postaci perspektywy i już wcześniej występujące w filmach tego autora, niekiedy rozgrywających się zgoła na dworcach.

Na szczególne uznanie zasługuje powściągliwe aktorstwo Agaty Kuleszy w głównej roli (w „Idzie” przesłaniała mi ją nieobecność Krystyny Jandy, dla której tamta rola wydawała się jakby skrojona), tu wreszcie w pełni odnajdującej odpowiednie środki wyrazu dla powołania do życia granej przez siebie postaci, a także Grzegorza Polakowskiego jako jej ekranowego syna, że o psie Kolesiu nie wspomnę…

 


„Pewnego razu w listopadzie” (2017).
Scen. i reż. Andrzej Jakimowski.
Zdj. Adam Bajewski.  
Muz. Tomasz Gąsowski.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora