Agnieszka Dębek - Logos

Oczywiście, że chciałem żyć. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero, gdy dwóch młodych chłopaków w kapturach na głowach, stanęło naprzeciw mnie z kijami basebolowymi. Pamiętam myśl z tamtej chwili, że nie w taki sposób powinienem odejść, nie z roztrzaskaną głową, porzucony jak rozjechany bezpański pies. Przede wszystkim nie chciałem, by o końcu mojego życia zadecydował wybryk odurzonych nastolatków.  

To prawda, wiedziałem, że moje życie nie toczy się we właściwym kierunku, wciąż podążałem w poszukiwaniu CZEGOŚ, czego zarys widoczny jest na horyzoncie, do którego nie można dotrzeć. Nie pływałem statkami ani jachtami, więc nigdy nawet nie zbliżyłem się do horyzontu na tyle, żeby to COŚ spróbować uchwycić. To oczywiście wielka przenośnia mojego poszukiwania, ale Ty o tym wiesz lepiej niż ktokolwiek. Nawet niż ja sam. Gdybyś chciał mojego przyznania, to przyznaję się, bywało, że chciałem, aby moje życie się skończyło.
Dawno się nie spowiadałem, jeżeli pozwolisz, zrobię to teraz.  

Ludzie zawsze byli dla mnie ważni na tyle, że zamierzałem ratować im życie. Odkąd pamiętam, chciałem robić coś ambitnego. Jako dziecko bardzo dużo czytałem, co najmniej dwa razy w tygodniu chodziłem do biblioteki, żeby wymienić książki. W wakacje czytanie również stawało się moim głównym zajęciem. Byłem grzecznym synem, nawet za grzecznym.

W wieku piętnastu lat, gdy leżałem w szpitalu, zdecydowałem, że zostanę lekarzem. Na studiach nie zrobiłem zbyt wielu głupstw. Uczyłem się, naprawdę. Chciałem dostać się na staż, szybko zrobić specjalizację i być bardzo dobrym. Może to właśnie mój główny grzech, że we wszystkim co robiłem, zawsze chciałem być perfekcyjny, a osiągając wyniki i tak nie byłem z nich zadowolony, ani wdzięczny. Nie miałem w sobie wdzięczności. Zazdrościłem kolegom, że biorą życie pełnymi garściami, pijają alkohol bez umiaru, łapią dziewczyny na słodkie, nieprawdziwe komplementy, a potem na trzeźwo szybko powracają do codzienności. Nie gonili za nie wiadomo czym. A ja wciąż goniłem.

Miałem wpojone zasady co wypada, a czego nie, że szacunek do drugiego człowieka to podstawa i starałem się o tym pamiętać. Ale będąc na stażu zacząłem się trochę zmieniać, wyzwalać. Nauczyłem się pić tak, żeby choć na chwilę zapomnieć o tym, co mnie ogranicza. Odkryłem, jaką przyjemność sprawia dotykanie kobiety i jak jest miło, gdy reaguje uśmiechem na komplementy. Starałem się być szczerym, ale wiedziałem, że nie ma zabawy bez ryzyka, ważyłem to ryzyko, aby stracić jak najmniej.

Przyznaję, że zepchnąłem nauki wyniesione z katechezy na trochę dalszy plan, nie uznając seksu jako cel jedynie do prokreacji. Przecież takich nas stworzono. Jedni mają ku temu większe predyspozycje i potrzeby, inni mniejsze, ale to już fizjologia. To ludzkie. Ale ludzkie bywa też przyzwyczajanie się do drugiego człowieka. I ja wpadałem w pułapkę przyzwyczajeń do kobiet, z którymi się spotykałem. W tej sferze życia moja gonitwa była najdokuczliwsza. Przyzwyczajenie, a poszukiwanie.  

W latach licealnych dużo czytałem o mitologii. Pamiętam klątwę biednego Edypa, którego rodzicom przepowiedziano, że syn zamorduje ojca  i ożeni się z własną matką. Zapewne zganisz mnie, że klątwa to pojęcie z zakresu magii, ale los, przeznaczenie, w zakresie zdarzeń wyznaczających nam główny tor życia, czy to nie domena boska ? Edypa porzucono jako niemowlę i choć starano się zapobiec tragedii, zabił człowieka, który okazał się jego ojcem, rozwiązał zagadkę Sfinksa i w nagrodę pojął za żonę Jokastę. Został królem Teb. Tylko, że Jokasta była jego matką. Gdy oboje dowiedzieli się o przepowiedni, ona się zabiła, a Edyp wykuł sobie oczy i wkrótce również zmarł. Żałowałem również Orfeusza, ale tak naprawdę sam zawsze marzyłem o swojej Eurydyce. Nie chciałem dzielić losu Orfeusza, który musiał ją uwalniać z podziemi, żeby potem znowu stracić, chciałem Eurydykę do normalnego życia. Czy to tak dużo?

Gdy po raz pierwszy zmarł mój pacjent, nie miałem ochoty wracać do Anny, nie potrzebowałem jej obecności, nie chciałem z nią rozmawiać. Wszedłem do domu i poczułem, że to COŚ, umyka mi jeszcze bardziej. Później brałem dyżury w święta, Sylwestra, w każde ważniejsze uroczystości. Chciałem być sam.

Gdy zachorowałem na tyle poważnie, że musiałem zostać w szpitalu, na miesiąc świat zamienił się w monotonię jaką przeżywają moi pacjenci.  Byłem już trzeci rok z Magdą i przez ten czas czułem się jej opiekunem, wiedziałem, że jestem jej potrzebny i nagle straciłem nić, która to wszystko ze sobą zszywała. Nie chciałem dodatkowej monotonii we dwoje. Zdałem sobie sprawę, że zawsze czuję się jakbym był sam. Próbowałem to jej wytłumaczyć, że jestem jak bohater jednego z moich ulubionych filmów, gdy kobieta powtarza mu, że go kocha, a on z bólem wyrzuca z siebie, że nie umiałby tak siedem dni przez dwadzieścia cztery godziny. Ale tego nie powiedziałem, uważałem, że nie ma sensu. Nie chciałem nikogo krzywdzić. Niczyja wina, prawda?

Ona przyszła do mojego gabinetu któregoś lipca, pół roku temu. Trochę trwało zanim ją sobie przypomniałem. Widywaliśmy się na podwórku jako dzieci, mając może dziesięć, jedenaście lat. Nie bawiliśmy się razem. Zapamiętałem ją bo złapała mojego psa, który uciekł  kiedy grałem w piłkę. Podziękowałem, jak dobrze wychowany chłopiec, ale ona nie odpowiedziała, spojrzała na mnie z wyrzutem, jakbym zrobił coś bardzo złego, a do tego mój pies wcale nie zamierzał od niej odejść. Wstydziłem się jej później i starałem unikać. Lipcowe spotkanie po latach, przebiegało zupełnie inaczej. Chwilę pożartowaliśmy i nagle rozmowa sama się tworzyła, z ogólników do szczegółów. Miałem śmiałość mówić jej o swoich poglądach na życie, bez obawy, że mnie skrytykuje, o tym jak bardzo chciałem zostać lekarzem, o tym, że nie wszystko układa się zgodnie z planem i że żałuję, że nie zaprzyjaźniliśmy się w dzieciństwie. Naprawdę tego żałowałem, bo chciałbym ją znać lepiej.

Spotkaliśmy się jeszcze trzy razy i nawet, gdy rozmawialiśmy o jej dolegliwościach, patrzyła na mnie tak, że jej wzrok przewiercał się przeze mnie, trafiał w jakieś czułe miejsce. Nie przeszkadzało mi to wcale. Na ostatniej wizycie już nie żartowałem, wiedziałem, że skoczy się coś, co było wartościowe, coś czego nigdy wcześniej nie poznałem. Rozmowa z nią sprawiała mi ogromną przyjemność, graniczącą z pożądaniem. To COŚ za czym goniłem, znajdowałem  w każdej wymianie zdania i w spojrzeniu. Nigdy jednak nie zapytałem o szczegóły jej życia takie jak rodzina, mąż, dzieci, bo bałem się odpowiedzi potwierdzającej to, co podświadomie wiedziałem. Przekazałem jej swój numer telefonu, jako lekarz, żeby w razie czego i tak dalej.

Na wczorajszym poświątecznym dyżurze, zobaczyłem przy jednej z sal rodzinę – ojca, matkę i dwójkę dzieci. Pacjentem był ojciec. Patrzyłem jak całą czwórką przytulają się. W tym geście wydawali mi się prawdziwi i szczerzy, w szczerości, która dla mnie nigdy nie istniała, poza wspomnieniami z dzieciństwa. I wtedy otrzymałem od niej wiadomość. Złożyła mi życzenia, które pominąłem, bo w wiadomości było coś znacznie ważniejszego. Napisała, że ma wrażenie, jakby dobrze mnie znała, i że to bardzo miłe spotkać kogoś podobnego do siebie. Chciałem odpisać, że z nią mógłbym nawet te siedem dni przez dwadzieścia cztery godziny, ale rozumiałem co mi przekazała. I stało się ze mną tak jak z Orfeuszem, „rozszalały orszak bakchniczy i obłąkane menady rozerwały moje ciało na sztuki”.  Otworzyłem szafkę z lekami i przez chwile zastanawiałem się czy nie wsypać czegoś w siebie. Przeraźliwa pustka i nieznany dotąd smutek zawładnęły moim rozsądkiem. W tym momencie naprawdę nie chciałem żyć. Uznaj to za mój kolejny grzech. Byłby większy gdybym posunął się dalej.

Czy należałem do kategorii „porządny człowiek”? Leczyłem ludzi, robiłem to z pasją, nie sypiałem po dwadzieścia godzin na dobę i nie chodziło mi akurat o pieniądze, pamiętałem o wpojonym szacunku, nawet dla zawszawionych alkoholików, których inni omijali z obrzydzeniem. Nie wiem jednak czy robiłem to dla nich, czy dla siebie. Nie znam odpowiedzi. Każdy człowiek  jest przecież egoistą. I ten egoizm podpowiedział mi, że mogę zrobić  coś więcej, coś naprawdę dla siebie. Mogę zbliżyć się do niej, oswoić ze sobą i czekać na rezultat. Skoro miałem żyć, chciałem pełni życia, nie namiastki.  Czy to zachłanność?

Ale nie dałeś mi na to czasu.

Gdy podniosłem się, po tym jak potężny drewniany kij przetrącił moją głowę, myślałem, że jakimś cudem udało mi się przeżyć. Przecież jutro rano pacjent z piątki miał mieć zabieg, umówiłem mnóstwo wizyt, byłem potrzebny,  nie mogło się stać nic, co przekreśliłoby bieg tych planów.
A jednak stało się.

Szedłem, a nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wróciłem do człowieka leżącego tuż przed moim garażem. Były przy nim dwie osoby, obok siedział pies -  owczarek alzacki. Tylko on na mnie spojrzał zlęknionymi oczami. Starszy mężczyzna trzymał przy uchu telefon komórkowy, wzywał kratkę. Kobieta klęczała, w jednej dłoni trzymała smycz psa, w drugiej dłoń leżącego. Nachyliłem się i zobaczyłem, że to moja dłoń.

Wtedy pozwoliłeś mi jeszcze raz na nią spojrzeć, tak po ludzku. Widziałem przerażenie w jej oczach. Powtarzała, że karetka zaraz przyjedzie, żebym wytrzymał. Miałem roztrzaskaną czaszkę i wiedziałem co to oznacza, myślę, że ona również. Pochyliła się i wyszeptała, żebym się nie bał.

I nie bałem się.

Dalsze zamieszanie było nieistotne. Kiedyś jeździłem w karetce, ale teraz po raz pierwszy byłem w niej jako pacjent i to taki, którego nie mogli już uratować. Słyszałem jak krzyczeli, panie doktorze niech pan nam tego nie robi. To cios, nie móc uratować kolegi po fachu.

Oczywiście, że chciałem żyć. Najpierw bez zastanawiania się nad tym, później bardziej świadomie, patrząc na śmierć pacjentów i rozpacz ich rodzin, w końcu trochę z bólem, że moja pogoń za tym CZYMŚ trwa za długo. Kiedy nagle poczułem, że dopływam do horyzontu, nieruchomego, bo w tajemniczy sposób przestał się oddalać, mój jacht roztrzaskał się o nieistniejące skały. Czy tak miało być, że nigdy do niego nie dopłynę? Może nikt nie dopływa, tylko większość nie zastanawia się nad tym, a ci którzy się zastanawiają mają po prostu trudniej.

Byłem zmęczony, a teraz mam w sobie spokój, uczucie, do jakiego zawsze dążyłem. Do jakiego chyba każdy dąży.  I słyszę Cię jak mówisz do mnie: logos. 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież