Lechosław Trubicki - Skafander

Lokal ten w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku mieścił się u zbiegu średniej wielkości ulic rodzinnego miasta Tadeusza. Wchodziło się do niego prosto z ulicy, po niewysokich schodkach. Cechą znamienną owego lokalu było to, że już przed wejściem czuło się nieprzyjemny, charakterystyczny wręcz fetor.

Mieściły się w nim dwie sale. W pierwszej, około dwudziesto-parometrowej, znajdował przy ścianie  bufet, za kontuarem którego stała barmanka, czyli jak to się wtedy mówiło kelnerka. Rozciągał się on na długość ściany, około pięć metrów, ale w przeciwieństwie do barów jakie znamy współcześnie nie były tutaj wystawione na pokaz trunki.

Ściany były brudne. Stoliki ustawiano po drugiej stronie pierwszej sali pod ścianą. Ludzie siedzieli za stolikami lub stali zaraz obok bezpośrednio przylegającego do drzwi krótkiego przedsionka. Na sali panował zawsze półmrok.

W lokalu tym z reguły rozbrzmiewał gwar, zewsząd dobiegały głosy rozmów. Całość spowijał zaduch, a także swąd palonych nagminnie papierosów.

Można by powiedzieć, że była to bardzo podrzędna knajpa, wręcz spelunka spod znaku takich, które jakże licznie występowały w owym czasie w PRL-u. Sprzedawano tam piwo i wódkę, a także posiłki, ale właściwie nikt ich nie jadł, tylko pito. Kupowano najczęściej samą wódkę, bez jakichkolwiek zakąsek lub piwo.

Druga sala, do której przechodziło się przez otwarty próg bezpośrednio z pierwszej, miała kształt mniej więcej kwadratowy, o podobnej wielkości co poprzednia. Obydwie sale były wysokie na pięć metrów, jako że lokal ten mieścił się w starym, przedwojennym budownictwie. Ściany były złowieszczo puste, nie wisiały na nich żadne obrazki czy też inne ozdoby.

Do restauracji przychodzili głównie robotnicy, sami mężczyźni, z kobiet jedynie niekiedy panie lekkich obyczajów. Czasem spotkać można tu było pojedynczych, sfrustrowanych, czego można było się domyślić po stylu rozmów, inteligentów.

Bywalcy odwiedzali lokal najczęściej w niedużych grupach, wypijając zamówione  przy kontuarze piwo siedząc najczęściej grupami przy stolikach. Wówczas pito piwo lub wódkę, przy czym często miały miejsce burzliwe, gwałtowne awantury, dochodziło nawet do rękoczynów, kiedy to ktoś kogoś popchnął specjalnie czy też niechcący.

Jeden z bywalców był około dwudziestoletni, głuchoniemy, drobny chłopak. Jak się zdenerwował, to bywało, że rzucał kieliszkami o przeciwległą ścianę, na co wcale nie zwracały już uwagi kelnerki przebywające w drugiej sali, choć z oddali słychać było wyraźnie brzęk rozbijanego szkła.

Pomiędzy obydwoma salami, na ich przecięciu, znajdowała się mała, zaledwie kilkumetrowa, ubikacja.

W niej, wzdłuż wysmołowanej ściany, ciągnęła się wysmołowana rynienka pełna nieczystości, które odkładały się na niej warstwami. Na końcu pomieszczenia znajdowała się kabina z klozetem.

Babcia klozetowa siedziała przy drzwiach i zbierała na talerzyk złotówki i jak trzeba było wydawała resztę. Pomimo tego, że ubikacja istniała, to nie wszyscy z niej korzystali. Bywało, że z braku pieniędzy wychodzili na zewnątrz i sikali na korytarzu lub w bramie.

Mimo tych  przeróżnych niedogodności do tego lokalu przychodzili czasem również, pojedynczo, tzw. orbisowcy, czyli tacy stali bywalcy eleganckiego hotelu „Orbis”. Można domniemywać, że zjawiali się tutaj, by za tanie pieniądze się napić, by potem już w stanie wskazującym iść do „Orbisu”, by nie wydać tam za dużo na alkohol. Dopóki dochodziło do tych ekscesów jedynie pomiędzy klientami, to dwie pracujące tu kelnerki, nie zwracały wcale na to uwagi.

Gorzej, gdy dochodziło do zwady pomiędzy konsumentami a pracowniczkami lokalu.

Pijący twierdzili często, że kelnerki były żonami milicjantów i dlatego nie awanturowali się z nimi. Jednak czasem miały miejsce wyjątki od tej reguły. Wówczas można było przeczytać w miejscowej gazecie artykuł, że ukarano –  tu podane były dane winowajcy – bywalca lokalu, który załatwił potrzebę fizjologiczną na talerzyk klozetowej.

Tadeusz, liczący wówczas około dwudziestu lat, też czasami przychodził tutaj na piwo, chociaż był już po maturze.

Kupował je i popijając stawał sam gdzieś z boku. Najczęściej poprzestawał na jednym i wtedy był prawie całkiem trzeźwy. Pewnego razu w weekend zdarzyło mu się, że wypił więcej. Miało to miejsce zimą. Tadeusz miał na sobie zupełnie nowy, elegancki jak na ówczesne czasy, ocieplany płócienny jasnobeżowy skafander.

Któryś z pijących będący w towarzystwie swoich znajomych, którego znał jedynie z widzenia, gdyż uczęszczali do tej samej podstawówki, stojący na przeciwległym krańcu pierwszej sali odezwał się nagle do Tadeusza.

W niewybredny sposób rozpoczął ni z tego, ni z owego prowokować Tadeusza, który w ogóle nic do niego nie powiedział. Wysunął się z kąta sali do przodu przed swoich kompanów, którzy stali obok niego w zwartej grupie.

- Ty zobaczysz, nie wyjdziesz stąd żywy - w pewnej chwili do niego powiedział.

Tadeusz jednak nie zwracał na te groźby uwagi i nie dając po sobie poznać, że jest zdenerwowany, powoli dopijał swoje piwo. Tamten przesuwał się coraz bliżej niego odgrażając się, ale w tłoku, który tu panował, jakoś nie mógł się przedrzeć, a potrącanie innych konsumentów, stojących naprzeciwko, groziło awanturą. Poza tym zagadywali go niektórzy z jego znajomych, kontynuując swoje pijackie rozmowy. Tak więc w końcu nie dotarł jednak do Tadeusza, który po wypiciu piwa spokojnie opuścił lokal.

Uratował skafander, ale z dziurą po papierosie na samych plecach.

A jego niedoszły przeciwnik. Cóż. Los jednak czasem bywa sprawiedliwy. Po kilku dniach wylądował w szpitalnej izbie przyjęć bez dokumentów, ze złamaną ręką i 3 promilami alkoholu w wydychanym powietrzu. Po powrocie do domu czekała go kolejna niespodzianka. Jego narzeczona w końcu zdecydowała się raz na zawsze zakończyć ten rozdział w życiu. Spakowała walizki i wyjechała do rodziców pod Kielce. Srebrny pierścionek zaręczynowy sprzedała w najbliższym lombardzie przekazując cały „dochód” pobliskiemu sierocińcowi.

Lokal, a raczej kamienica, w której się dawniej mieścił, do dziś jest przedmiotem rozmów miejscowych. Losy jej bywalców stały się częścią folkloru miejskiego. Po przełomie 1989 roku stała się lokalnym symbolem minionych czasów, które już nie wrócą.

W czasach, gdy alkohol dostępny jest 24 godziny na dobę, nikt już nie czeka niecierpliwie przed knajpą w oczekiwaniu na jej otwarcie. Wystarczy podejść do najbliższej żabki, biedronki stokrotki czy jakiejkolwiek innego sklepiku z –ki w końcówce nazwy – trunków do wyboru do koloru. Eldorado…, chyba jednak nie do końca.

Niby to czasy mamy nowe, lecz problemy te same, tyle tylko, że w nowym opakowaniu.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież