Stefan Pastuszewski - Rewolucji solidarnościowej ciąg dalszy

W 297 numerze z 2017 roku „Gazety Wyborczej” (s. 4) Marcin Król zamieścił rozmyślanie-pytanie pt. „Po co to wszystko?”

Aby wprowadzić w temat, przytoczę kilka istotnych fragmentów przywołanego tekstu. Nie będę ich omawiać, aby nie zniekształcić myśli autora.

Pesymizm mój sięgnął dna. Tyrania większości będzie – czas jakiś – jedynie się pogłębiła. Tylko jedna kwestia budzi moje zastanowienie. Po co? (…) Na wszystkich poziomach życia publicznego wprowadza liczne zmiany, które na razie, poza 500+, powodują straszny bałagan. Oczywiście, wszystkie te zmiany mają zapewnić większe poczucie bezpieczeństwa, ale tak nie jest. (…) Ludziom zaś myli się wszystko – uchodźcy z obcymi, nocne ceny energii elektrycznej z dziennymi, prokuratura z policją. (…) Słowem: zamiast bezpieczeństwa jest totalny bałagan. Może to jest jakiś tajny pomysł. Im więcej bałaganu, tym więcej ludzie zgłupieją i w ogóle przestaną protestować. Pomysł z późnego imperium otomańskiego. (…) Suweren rządzi krajem. A kto tego suwerena widział? (…) Bałagan jest pogłębiony przez nieustające kłamstwa. To jest chorobliwe, Każdy z nas czasem skłamie, ale żeby tak bez przerwy i bez ładu i składu? (…) Bezmyślność jest zaś ogromnie przydatną cechą, bo pozwala mówić sprzeczności bez śladu wewnętrznego niepokoju.(…) Bo przecież z wyjątkiem nielicznej grupy krewnych i znajomych, nikt na tym finansowo nie korzysta. Nie są realizowane też jakieś dalekosiężne ideowe cele, bo o nich nie słyszeliśmy. Władza nie ma żadnej ideologii (…) Czyżby zatem po prostu nie było odpowiedzi na pytanie, po co oni tak marnują naszą ojczyznę? Pozostaje tylko jedna, i to dość kiepska, odpowiedź: dla władzy.

Diagnoza Marcina Króla jest w znacznym stopniu celna, ale tylko na poziomie świadomości i to świadomości klerków, do których M. Król od dziesiątków lat należy (filozof i historyk idei). Rzeczywiście, z punktu widzenia myśliciela, który zawsze musi wszystko w myślach poukładać, po co to wszystko?

Kiedy jednak zbada się rzeczywistość (real), która nas otacza, czyli kursują według rozkładów komunikację miejską, dobrze zaopatrzone i mające klientów sklepy, co nie dowodzi bezdennej biedy, szkoły starające się uczyć mądrych i wychować dobrych, przyzwoitych ludzi, to widać, że  rzeczywistość się jednak nie rozprzęgła. Działa jak zawsze, to znaczy z problemami i oporami, ale działa. Nie tylko 500+ działa. Bałagan natomiast jest taki jak zawsze w środkowo-europejskim słowiańskim kraju, dotkniętym w swych dziejach prawie 200-letnią niewolą… Chyba jednak nie, bo trochę już mniejszy, gdyż po 1989 roku czegoś nauczyliśmy się – czy to sami przez się, czy ktoś nas (Unia Europejska, zachodni inwestorzy) nauczył. My może efektów tej nauki nie widzimy, ale widzą je robotnicy przyjeżdżający do Polski z Ukrainy i Mołdawii (po upadku komunizmu na Białorusi bałaganu z racji przyjęcia quasi-napoleońskiego autorytaryzmu w zasadzie nie było).
Ja też od pewnego czasu stawiam pytanie: Po co to wszystko?

I po pewnym, dość długim namyśle, ale w odróżnieniu od M. Króla, połączonym z obserwacją realu, doszedłem do wniosku, że pytanie o sens zachodzących zmian powinno brzmieć: Dlaczego tak się dzieje? Bo procesy, którym podlegamy, w znacznym stopniu nie zależą bezpośrednio bezpośrednio od woli rządzących, ani od tzw. suwerena. Są to procesy obiektywnych przemian, wynikłe z takich a nie innych warunków wyjściowych i takich, a nie innych procesów je poprzedzających. Warunki wyjściowe już określiłem: słowiański (silnie emocjonalny) kraj środkowo-europejski po 200-letniej niewoli. Kraj na dorobku. Kraj, który przeszedł z systemu socjalistycznego do kapitalistycznego bez żadnego przygotowania i okresu przejściowego, bo rozkradanie majątku narodowego przez PZPR-owskich cwaniaków w latach osiemdziesiątych XX wieku nie było żadnym okresem buforowym.

Proces poprzedzający obecne procesy, to rewolucja antykomunistyczna lat 1980-1981, zwana u nas solidarnościową, która objęła, choć w różnym stopniu, całą sferę postradziecką. Na rewolucję tę nałożył się jednak po kilku latach gorset neoliberalny, spreparowany głównie w interesie obcego kapitału, który potraktował wyzwolone z komunizmu kraje jako swój łup. To on spowodował światowy kryzys gospodarczy lat 2007-2009, którego główną przyczyną była niepohamowana żądza zysku. Gorset ten został utkany z perfidnego prawa, modelu życia bezmyślnego oraz wygodnego, pokus konsumpcyjnych związanych z inwazją przeróżnych towarów i usług. Tak więc rewolucja ku wolności i pomyślności przeciętnego człowieka nie została dokończona i obecnie mamy do czynienia z jej kolejną, przynajmniej na tym etapie dziejowym, fazą. Być może będzie to nawet (w tym zakresie) faza końcowa, o ile po dokonanych zmianach zanikną podstawowe przyczyny rewolucji.

Zmiana… Dobra czy nie dobra, ale zmiana. Zmiana, czyli w istocie moderowana przez wykonawców rewolucyjnego dzieła przemiana. Innymi słowy proces obiektywny, uchwycony w pewne ramy, w tym reguł (jednak) systemu demokratycznego. Bo w XXI wieku człowiek nie tylko ujarzmia przyrodę, ale też moderuje obiektywne procesy społeczne, głównie za sprawą rozbudowanych systemów. Mamy więc do czynienia nie z bezpośrednim rewolucyjnym ruchem niezadowolonych mas, ale z wykonawstwem pośrednim. Wykonawstwo takie nazywa się niezbyt precyzyjnie, a od pewnego czasu nawet pejoratywnie, populizmem.

W tym momencie jawi się pytanie, czy pośrednicy rewolucyjni właściwie odczytują oddolne oczekiwania i czy udaje im się realizować zamierzenia wynikłe z tych oczekiwań? A skoro są pośrednikami i mają w ręku środki społecznego oddziaływania, to czy przypadkiem nie wykorzystają tych środków do manipulowania masami?    

Skoro rewolucja, to bałagan. To kwestionowanie, zasadne czy nie zasadne, tego co jest. To piętnowanie pasożytniczych, w tym obcego pochodzenia, struktur i osób. To w efekcie znów jedni przeciw drugim. To dramatyczne próby reformy aparatu sprawiedliwości, którego według mnie bez przeobrażeń umysłów i dusz funkcjonariuszy tego aparatu, raczej na tym etapie przemian nie da się jeszcze zreformować.

„Kosmos liberalnego porządku powoli zmienia się w chaos, podając w wątpliwości największe osiągniecie polityczne ery nowoczesnej – syntezę społeczeństwa obywatelskiego” – celnie opisuje obecne procesy rewolucyjne w Polsce Agata Brelik-Robson, lecz wyciąga z tej diagnozy błędny, ba, nawet histeryczny wniosek, że cofa to nas do epoki przednowoczesnej. Błąd w analizie, bowiem w procesach społecznych, czy społeczno-politycznych nigdy nie ma cofania się, choć pozornie wydaje się, że mamy powtórkę z rozrywki. Historia nigdy się nie powtarza.

Ewa Siedlecka to przekształcanie liberalnego porządku nazywa metaforycznie i też historycznie „wysadzeniem państwa prawa dynamitem”. Nie dość, że prowincjonalizuje ten znacznie szerszy, ponadnarodowy ruch, choćby tylko częściowego demontażu liberalizmu w całej Europie, ale błędnie go diagnozuje. Państwo prawa wcale nie jest niszczone, gdyż dotychczasowe przepisy prawa są rygorystycznie, szczególnie na niższych szczeblach przestrzegane. Jedynie prawo jest przebudowywane.  

W czasie rewolucji nowe zderza się ze starym i nie zawsze nowe zwycięża, ale zawsze powstaje nowa jakość. Całe szczęście, że rewolucji ciąg dalszy jest bezkrwawy, choć są ofiary, czy to odsunięte od władzy, czy pozbawione czci, czy odcięte od „koryta”, lecz przy tym nie pozbawione jednak środków dalszej egzystencji, choćby tylko skromnej. Z subiektywnej perspektywy ofiary te cierpią, ale z punktu wiedzenia obiektywnego są one koniecznością. Nie, nie wcale wyższą koniecznością (od stanu wojennego lat 1981-1983 nie znoszę tego pojęcia), tylko wynikają z prób przeobrażenia struktur, w których owe osoby-ofiary odgrywały dotąd wiodące role. Bo struktury społeczne to przecież osoby. Ktoś, kto je wymyślił i ktoś, kto je realizował.

Nie wiem, czym ów ciąg dalszy rewolucji się zakończy, bo przecież trudno wróżyć z chaosu i bałaganu, ale póki co real, czyli nasza codzienność pokazuje, że zagrożeń dla ludzkiej egzystencji nie ma, a wiele jej pierwszych owoców jest raczej pozytywnych, choćby wskazać na 500+, konkretną pomoc osobom starszym i uszczelnienie systemów podatkowych. „Duża część społeczeństwa, która była marginalizowana, zyskała nie tylko poprawę bytu, ale też poczucie godności i podmiotowości”. Nie interesuje się zbytnio dokonującymi się procesami. Chce, aby jej nie było gorzej niż dotąd i aby nie żyła pod zagrożeniem, a takie przecież stwarza liberalny kapitalizm, utraty środków do życia.

Chaos, na który utyskuje M. Król zdaje się być nieodłącznym elementem owej rewolucji postsolidarnościowej, która zamiast terrorem wynikłym z wyznawania takiej czy innej ideologii, posługuje się metodą prób i błędów, próbując – czasem po omacku – to, co jest poprawić. Według oddolnych („populistycznych”) oczekiwań, ale też według ogólne przyjętych reguł moralności. Obserwuję bezpośrednich i to z różnych szczebli, wykonawców dokańczającej się rewolucji i choć widzę pewne niewłaściwości, czy niezgrabności w ich postępowaniu, to jednak zazwyczaj nie przekraczają oni granic moralnych. W przeważającej większości przypadków są wierni ideom i wartościom, najogólniej ujmując etosu zeświecczonego, praktycznego chrześcijaństwa. Choć działania ich nie zawsze są zbyt przyjemne, to jednak wydaje się, że są lepsze niż brutalne, a często krwawe wdrażanie zasad konkretnej ideologii, którą mimowolnie chce wywołać dla klerkowskiego porządku umysłowego M. Król. Takiej ideologii w tej rewolucji nie ma. Stwierdzenie to zresztą w wywiadzie z Justyną Pochanke przedstawił sam M. Król: „PiS nie ma żadnej ideologii”.

Dla owego historyka idei jest to zarzut, ale dla mnie jest to zjawisko pozytywne. Są idee i wartości zespolone delikatną siecią praktycznego dwudziestopierwszowiecznego chrześcijaństwa, a nie ma spójnej wizji idealnego stanu, która to wizja zazwyczaj prowokuje do siłowych prób jej realizowania. Jest metoda prób i błędów; coś się uda, coś się nie uda, ale zawsze pozostaje ów nadrzędny drogowskaz idei i wartości. Poza tym w obecnym czasie przy wysokiej dynamice procesów jakakolwiek ideologia bardzo szybko okazałaby się kagańcem dla tych, naturalnych, w znacznym stopniu, spontanicznych przecież procesów. Doświadczenia historyczne wykazały też, że ideologia rewolucyjna prowadzi zazwyczaj do tyranii.

Zresztą M. Król tego pojęcia używa, lecz nie jako tyranii jednostki czy grupy (oligarchii), jak to było w monarchiach i w państwach totalitarnych, tylko jako tyranii większości. Ma rację Ewa Siedlecka pisząc, że o ile konstytucja z 1997 roku opierała się „na jednostkowych prawach i wolnościach, o tyle Polska PiS odwołuje się do zbiorowości”, zwanej hasłowo i publicystycznie suwerenem.

9 stycznia 2018 roku podczas uroczystości wręczenia nowym ministrom nominacji w Pałacu Prezydenckim premier M. Morawiecki odciął się od ideologii. Zapewnił, że jego rząd „nie jest rządem dogmatycznym, doktrynalnym ani rządem jednych skrajności – socjalizmów – ani drugich – neoliberalizmów”.   

No cóż, rewolucja ma to do siebie, że masy, a więc większość dyktują swoje oczekiwania. Tak, oczekiwania, ale nie prawa, bo te w omawianym przypadku wykuwają pośrednicy rewolucyjni, miejmy nadzieję, że rozsądni. I że nie wprowadzą „rządów miękkiego autorytaryzmu”, którymi straszą socjalliberalni publicyści.

Także pośrednictwo w rewolucji wynika z niezaprzeczalnego faktu, ze po 2015 roku nie zdemontowano formalnych instytucji demokratycznych, zachowując cały system przedstawicielski, jednak w praktyce zrezygnowano z instytucji debaty publicznej, stosując w mechanizmach demokracji przedstawicielskiej metodę dyktatu większości.  A to już jest typowe rozwiązanie rewolucyjne.

O tym, że procesy, które mają miejsce w Polsce od 2015 roku można nazwać rewolucją przekonany jest nawet publicysta „Polityki” Jacek Żakowski, pisząc o „brnięciu w PiS-owską rewolucję”. Stanisław Skarżyński używa z kolei pojęcia „nacjonalistycznej kontrrewolucji”. Kontrrewolucja też jest rewolucją, tylko ma inny zwrot, zależny oczywiście od poglądów i wizji oczekującego. Rewolucja to po prostu gwałtowne i gruntowne przemiany mające szerokie poparcie mas.

Zresztą PiS ma świadomość, że przemiany w Polsce od 2015 roku to „solidarnościowa rewolucja przywracająca milionom Polaków (…) godne życie na co dzień”. I jakby zakreślał ramy pierwszej fazy tej rewolucji: do wyboru Mateusza Morawickiego na premiera RP.

S. Skarżyński w odróżnieniu od J. Żakowskiego precyzyjniej lokuje dzisiejszą rewolucję na osi historycznych  przemian, choć niepotrzebnie, ideologicznie wręcz nazywa ją „epilogiem historii” i przypisuje jej nacjonalistyczne cechy. Publicysta ten za sprawców ma „postsolidarnościowe elity”. W istocie owe „postsolidarnościowe elity” artykułują jedynie idee i wartości, które wychowały się w latach 1980-1981, a stłamszone przez liberalny kapitalizm i ruch dorobkiewiczowski, biednego i zniewolonego dotąd narodu, tliły się gdzieś w zakamarkach umysłów, podsycane przez trzeźwy ogląd rzeczywistości inspirowany „praktycznym chrześcijaństwem”. Opisany przez Pawła Sztompkę etos solidarności jest bowiem w znacznym stopniu zjawiskiem obiektywnym, coś jak prawo moralne we mnie Immanuela Kanta. „Siłą sprawczą ruchu „Solidarności” było jego etyczne nacechowanie. Ruch upominał się bowiem o takie wartości jak wolność, równość, prawa człowieka, sprawiedliwość, wspólnota. Demokracja stała się jakby polityczną wypadkową tych wartości, a zarazem instrumentem ich realizacji i kultywowania”.

Kategoria pisowskiej rewolucji, choć lokująca to wydarzenie w chronologii historycznej, nie jest jednak precyzyjna. Wprawdzie PiS artykułuje rewolucyjne dezyderaty, to jednak w większości powstają one oddolnie, będąc często niezbyt wyraźnie określone. Są bowiem przede wszystkim oczekiwaniami i pragnieniami. O tym, że tak jest świadczy chociażby wysoki wskaźnik  poparcia dla PiS w sondażach opinii. W 1980 roku większość Polaków, podobnie jak obecnie, nie interesowała się polityką, ale intuicyjnie stwierdziła, że rewolucja solidarnościowa jest czymś potrzebnym dla ich i kraju przyszłości. Skali poparcia wówczas nie zmierzono, ale wydarzenia późniejsze wykazały, że było ono bardzo wysokie. Obecnie tę skalę mierzy się, dość niezbyt precyzyjnie, sondażami opinii. To wyniki sondaży obok werdyktu wyborczego są owym terrorem większości.   

Rewolucja po 2015 roku jest buntem klas niższych przeciw dominacji klas wyższych, w tym nuworyszowskich. Po 1989 roku, ale już w zasadzie od połowy lat osiemdziesiątych XX wieku, w ramach rozpaczliwej próby wyciągania z kryzysu socjalistycznej gospodarki nakazowo-rozdzielczej, a przede wszystkim utrzymania władzy, rozpoczął się proces zawłaszczania, czy to przez pospolite oszustwa, czy różne machinacje formalno-prawne, znacznej części majątku narodowego. Mniej lub bardziej brutalne mechanizmy rynkowe dały szansę wzbogacenia się i zawładnięcia obszarami gospodarczymi przez ludzi operatywnych i bezwzględnych. Wytworzyła się warstwa nowych posiadaczy, która odpowiednio modelując system prawno-państwowy stała się w istocie decydentami, pośrednio wyzyskującymi i zniewalającymi inne warstwy.

Jednym z instrumentów owego wyzysku i zniewolenia stał się terror pieniądza. Przeciętny obywatel musi dziś płacić za wszystko, w tym za to, co tradycyjnie było dotąd bezpłatne, czyli za usługi urzędnicze i sądowe, posługę religijną i pomoc medyczno-opiekuńczą. Aby utrzymać się na powierzchni musi pozyskać dodatkowe środki finansowe, sam przez to stając się czynnym i po części też drapieżnym udziałowcem obłędnego łańcucha terroru pieniądza. Sytuacja taka dręczy większość społeczeństwa, ale realizatorzy dezyderatów rewolucyjnych (pośrednicy rewolucyjni) póki co nie reagują na to. Aparat państwowy nawet zwiększa swą opresyjność finansową, co na zasadzie łańcucha wzmaga terror pieniądza w innych dziedzinach. Bo na mandaty, opłaty sądowe i urzędowe, a nawet coraz droższą  komunikację, skądś trzeba wziąć pieniądze.

Przez 2 lata dodano mnóstwo nowych podatków lub quasi-podatków, opłat. Wprowadzono podatek handlowy, powstrzymany jednak przez Komisję Europejską. Wprowadzono podatek bankowy, za który zapłacili i wciąż płacą wszyscy klienci banków. Wprowadzono podatek od towarzystw ubezpieczeniowych, w rezultacie czego zapłacili ci, którzy kupują polisę na samochód, dom czy na jakąkolwiek nieruchomość. Wprowadzono podatek od wkładów pieniężnych wnoszonych do firm, podatek od fuzji i przejęć finansowych kredytem. Wprowadzono podatek od przychodów z majątku dziedziczonego lub otrzymanego jako darowizna. Wprowadzono nowe, nieznane dotąd opłaty, jak ostatnio opłatę przesyłową, przez co wszyscy zapłacimy w rachunkach za prąd znacznie większe kwoty. Wprowadzono nowe opłaty za przesył wody, za śmieci, nawet za torebki foliowe. Wprowadzono dodatkową składkę emerytalną i rentową dla najlepszych miejsc pracy i do zera obcięto koszty uzyskania przychodów. Rygorystycznie wzrosły różne kary, zapowiada się 5000 zł za brak dowodu osobistego. Uszczelniony system podatkowy dobija psychicznie drobnych przedsiębiorców i to nie dlatego, że dotąd oszukiwali, tylko dlatego, że obecnie toną w biurokracji.

Przeniesiony z UE terror biurokratyczny nie zmniejsza się, chyba dlatego, że pośrednikom rewolucyjnym, z których część sprawuje władzę, nie chce się ograniczać liczby miejsc pracy w biurokracji. Bo są one czyste, ciepłe i bezpieczne. Bo są dla rodziny i znajomych, ale też wiernych wykonawców, cóż że karierowiczów. W rezultacie powstają nowe instytucje budżetowe, różne agencje i ośrodki. Rewolucja zmienia ich strukturę i nazwy, a nie wolumen tego typu biurokratycznych przyssawek.

Czy mamy w tym właśnie przypadku do czynienia ze zdradą rewolucji? Po części tak, ale dla nas przyzwyczajonych już do terroru biurokratycznego (jedno z wielu „osiągnięć” Unii Europejskiej) jest ona jeszcze dopuszczalna. Poza tym gorset biurokratyczny jest mimo wszystko pewnym antidotum na rewolucyjny chaos. Stwarza pozory porządku. Rygor państwowy gwarantuje bezpieczeństwo, a jest to jedna z dwóch fundamentalnych (obok wspólnotowości) potrzeb człowieka. Dla zaspokojenia tej potrzeby przeciętny człowiek jest w stanie zapłacić każdą cenę, nawet cenę wolności. Pośrednicy rewolucyjni w pewnym, akceptowalnym stopniu, zdradzają w ten sposób rewolucyjne masy.

Gorzej, gdy zdrada ta przerodzi się w budowę prywatnych imperiów finansowo-prawnych, gdy państwo, będące póki co oczkiem w głowie rewolucjonistów (pośredników rewolucyjnych) stanie się, przynajmniej w niektórych zakresach, wasalem światowych czy krajowych korporacji. Raczej tych światowych. A. Bielik-Robson twierdzi bowiem, że „mamy dziś wielkie korporacje, wobec których demokratycznie wybrana władza polityczna coraz częściej okazuje się zupełnie bezsilna”.

Czy zatopionej w światowym globalizmie, małej polskiej kapsułce uda się zachować choć pewien stopień suwerenności w stosunku do globalistycznych korporacji?

O tym, że jesteśmy sprzedani zachodniemu biznesowi i podlegamy korporacyjnemu wyzyskowi świadczą wypowiedzi banksterskiego medium, jakim jest Bloomberg, który twierdzi już bez ogródek, że polska gospodarka została skolonizowana przez zachodni biznes. „Takie głosy dobiegające z samego centrum dowodzenia światowymi finansami, któremu przez lata na rękę było nie tylko konsekwentne przejmowanie polskiego przemysłu, ale wręcz jego tłamszenie – choć nam mogą wydawać się oczywiste – w szerokim świecie stanowią jednak nowość”. Wydaje się więc, że owi „finansowi władcy świata” idą jednak po rozum do głowy i chcą nam, a może też innym gospodarczym koloniom nieco pofolgować. Zapowiedział to nie kto inny, tylko M. Morawiecki, uczestnik (tak, tak) bankstersko-gangsterskich rozmów w restauracji „Sowa i Przyjaciele”, w latach 2013-2014 w Warszawie, kiedy to, choć knajackim językiem, trzeźwo oceniono sytuację w Polsce, choćby wspomnieć szyderczą kategorię „państwa teoretycznego” wprowadzoną przez Bartłomieja Sienkiewicza, A. Morawiecki, wówczas dzieląc świat na „ludzi”, czyli tych z pieniędzmi i (chyba) „robotów”, wyrzekł następujące słowa: „To dobrze, jeżeli my ludzie «we the people», prawda, a zwłaszcza «we the people» w Niemczech, w Hiszpanii, i tak dalej, we Francji, zrozumiemy, że musimy obniżyć nasze oczekiwania. Bo jak obniżymy, to w ślad za tym wszystko pójdzie dobrze, da się zreperować”.

Pytanie, tylko czy „ów człowiek”, obecnie w randze premiera średniego państwa na dorobku, rzeczywiście potrafi przełożyć swoje teorie i liczne, a nawet zbyt liczne jak dotąd deklaracje, na język praktyki? I czy na to pozwolą inni „ludzie”?

Przedstawiona w schemacie dynamika procesów dokańczającej się rewolucji solidarnościowej unaocznia wektory sił sprawczych, ale też siły zwrotne. Wprawdzie to masy rewolucyjne za sprawą pośredników rewolucyjnych tworzą nową jakość w sferach prawa, władzy, finansów i gospodarki, ale w efekcie zaczynają podlegać oddziaływaniu owych nowych jakości. Czasem są to jakości korzystne, choćby wspomnieć 500+, lecz czasem są one niezbyt korzystne, choćby wspomnieć ów gorset opresji finansowo-administracyjny nakładany od 2015 roku, na wcześniejsze nie zlikwidowane neoliberalne gorsety pieniądza i biurokracji.

Niewątpliwie owe dwa, a raczej trzy terrory częściowo nawzajem się redukują. Systemowy przecież terror pieniądza oraz cywilizacyjny terror biurokracji przyhamowują spontaniczny, nie zawsze samoograniczający się  terror większości.

W schemacie tym szczególną rolę pełnią pośrednicy rewolucyjni, którzy – jak widać – mogą przez pewien czas nie podlegać nowej jakości systemu państwowo-ekonomicznego. Pozostaje więc poleganie na ich wewnętrznych regulacjach ideowo-moralnych. Dobrze jest wierzyć, bowiem są oni obecnie przy władzy, tworzą prawo, częściowo opanowują finanse i biorą do ręki ster gospodarki uspołecznionej, że owi pośrednicy rewolucyjni cały czas wsłuchiwać się będę w oczekiwania mas i zaspokajać będą ich żywotne potrzeby, po części jednak – dla rozsądku i równowagi – moderując te oczekiwania, czyli w istocie będą służyć, a nie władać.  

Wkrótce jednak, gdy pierwsza faza dokończającej się rewolucji solidarnościowej dobiegnie finału, czyli zapanuje względna stabilizacja to i oni zostaną poddani terrorowi pieniądza i biurokracji. Chyba, że cynicznie nie dopuszczą do względnej stabilizacji i wciąż stymulować będą rewolucyjną większość, co wieszczy M. Król: „Im więcej bałaganu, tym więcej ludzie zgłupieją i w ogóle przestaną protestować. Pomysł z późnego imperium osmańskiego”.

W państwie rewolucyjnego wrzenia objawiającego się terrorem większości mniejszość nie ma istotnego wpływu na dokonujące się procesy. Pośrednicy rewolucyjni lekceważą ją, większość przeklina, a zmodernizowany system państwowo-ekonomiczny zmusza do określonych zachowań. Mamy więc do czynienia nie tylko z marginalizacją ilościową, ale też jakościową. To rzeczywiście jest nowa forma demokracji, tak, demokracji, bowiem nie zawieszone zostają podstawowe prawa człowieka i obywatela, systemy wyborcze są teoretycznie dostępne dla każdego, nikt nikomu nie zamyka ust, co wcale nie znaczy, że póki co uszy mas i pośredników nie są zamknięte na głosy dobiegające z marginesów. Ma miejsce dyktat pośredników rewolucyjnych, cały czas powołujących się na wolę większości, czyli suwerena.

W swoisty sposób na marginesie procesów rewolucyjnych pozostają samorządy terytorialne, ale mają one ściśle określone, gospodarczo-socjalne zadania i ograniczony zasięg. Ponadto są z natury zbyt rozproszone, aby stanowić liczącą się w tych procesach siłę. Niemniej to one stanowią swoiste oparcie dla mniejszości liberalnej, która usiłuje doprowadzić do pewnego stopnia integracji w skali państwa lokalnych struktur samorządowych, co wydaje się być zadaniem niewykonalnym z uwagi na naturę samorządności terytorialnej (określone interesy, prawa i możliwości).

Nie ulega wątpliwości, że pośredników rewolucyjnych kusi możliwość oddziaływania na rewolucyjne masy za pomocą posiadanych środków społecznego przekazu, w tym przy stosowaniu jakże modnej dziś na całym świecie, a wynikłej ze zjawiska wirtualizacji świadomości (tzw. fakty prasowe zamiast faktów rzeczywistych) metody postprawdy. Pewna część pośredników ulega tej pokusie, lecz póki co (początek 2018 roku) nie jest to zbyt nagminne. Hamuje doświadczenie, że w wielu przypadkach głupi naród nie wszystko kupuje, parafrazując regułę ukutą przez cynicznego manipulatora medialnego Jacka Kurskiego.

Dla klarowności wykładu przedstawię schemat struktur społeczno-politycznych czyli, posługując się terminem A. Brelik-Robson kosmosu liberalnego porządku. Sporządziłem go w 2014 roku, poszukując w tym kosmosie miejsca dla partycypacji społecznej. Jakież marginalne było wówczas usytuowanie mas (ludu), który choć ustawicznie wyłaniał z siebie różnych przedstawicieli, to nie miał większego wpływu na rzeczywistość społeczno-polityczną. W istocie milczał. Po 2015 roku mówi, wprawdzie głosem pośredników rewolucyjnych, ale mówi.

Nie ulega wątpliwości, że także i ta rewolucja prędzej czy później „pożre własne dzieci”, ale taka już jest prawidłowość (biblijna), że „ziarno musi obumrzeć, aby wydać plon”.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora