Stanisław Chyczyński - Spazmatyczne opowieści Pani Eguckiej

Niezwykle płodna pisarka poznańska, potomkini książąt twerskich (którzy ongiś rezydowali w Wielkim Księstwie Litewskim), Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska stała się ostatnimi czasy niemal ikoną miesięcznika „Akant”. Jeżeli w tym określeniu jest szczypta przesady, to lepiej byłoby powiedzieć, że autorka powieści „Widma miejsca i czasu” (2014) jest z pewnością najłatwiej rozpoznawalną TWARZĄ „Akantu”. (Oczywiście nie licząc szefowej czasopisma, sekretarza redakcji czy pewnego „rogatego łba” z dawnych Prus Królewskich…).

Analogicznie rzecz biorąc, Pani Egucka, jako oczywiste alter ego pisarki, stała się najbardziej charakterystyczną bohaterką utworów beletrystycznych, prezentowanych na łamach tegożmiesięcznika. Postać ta nieodmiennie od lat prowadzi narrację wszystkich historii, którymi jaśnie wielmożna Pani Elżbieta zwykła zadziwiać subtelne umysły swoich sympatyków. Nie mogło być inaczej również w przypadku „Spazmu” (2016), czyli zbiorku jej trzech opowiadań, zrealizowanego przez IW„Świadectwo”, w wersji dwujęzycznej: polskiej i angielskiej.

Gwoli skrupulatności należy dopowiedzieć, iż translacji dokonał duet: Dagmara Klimczak i Charles Williams.

Jako się rzekło, tomik „Spazm” mieści zaledwie 3 prozatorskie obrazy. Głównym motywem pierwszej opowieści pt. „Polskie zombi” jest wzruszające spotkanie (na klatce schodowej) Pani Eguckiej ze „żywym trupem polskiego żołnierza”(str. 34), czyli z  osamotnionym weteranem bitwy o Anglię (lato 1940), który po latach emigracji (Argentyna) wrócił do ojczyzny, by tu złożyć swoje kości. Były mechanik samolotowy (o przerażającym wyglądzie) odmalował przed Panią Egucką tragiczny los polskich pilotów, którzy –  powracając z akcji bojowych – rozbijali swe maszyny o płyty angielskich lotnisk z powodu nieprzeniknionej mgły. Po prostu oni „w tych samolotach żywcem płonęli” (str. 34), a on musiał na to bezradnie patrzyć każdego dnia. Chroniczna depresja napiętnowała jego ciało w odrażający sposób. W finale udało się naszej bohaterce chociaż trochę pocieszyć zgorzkniałego rodaka.

„Chryzanthem i siedem zaduszonych myszy” to intrygujący tytuł drugiego opowiadania, również  o zagadce życia i śmierci, tym razem  na przykładzie biografii naszej najsłynniejszej malarki – Olgi Boznańskiej. Nawiązuje ono do pierwotnej nazwy obrazu „Dziewczynka z chryzantemami” oraz do anegdoty, w której na łożu śmierci zdziwaczałej artystki znaleziono mysich zewłoków sztuk siedem. Skądinąd wiadomo, iż samotna kobieta pozwalała zaprzyjaźnionym myszkombezkarnie grasować po swym atelier, więc skąd te zaduszone truchła? Dobroduszna Pani Egucka, niedoszła studentka historii sztuki, sugeruje, że to właśnie śmierć przybrała formę małych gryzoni, z którymi Boznańska (w stanie agonalnym) stoczyła bój ostatni. O swój eschatologiczny ciąg dalszy!…Zgodnie z tytułem można to uznać za centralny motywopowiadania, ale przecież zawiera ono jeszcze inne, nie mniej intrygujące epizody.

Chronologicznie nam najbliższa, enigmatyczna, trzecia opowieść Daleszyńskiej-Eguckiej, zatytułowana „Pandemonium B.” i chyba najdoskonalsza pod względem narracyjnym, zrobiła na mnie największe wrażenie. (Być może zgodnie z triadycznym zamysłem kompozycyjnym). Niedoszłą studentkę historii sztuki zainspirowała z kolei porażająca twórczość Zdzisława Beksińskiego, a jeszcze bardziej… postać jego żony Zofii Stankiewiczówny rodem z Dynowa. Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska potrafiła doszukać się wyraźnych koligacji rodzinnych z małżonką wielkiego artysty, wywodzącą się ze szlacheckiego rodu herbu Mogiła. Wiadomo, że Zofia Beksińska zmarła w 1998 r. na tętniaka aorty. Natomiast Pani Egucka spotkała ją w niezwykle upalny dzień 2003 r., w poznańskiej księgarni – akurat promującej publikacje związane z Beksińskim. Ze względu na okoliczności opisana sytuacja nie jest trywialnie fantastyczna, wykreowana, urojona. Rzecz jasna, jest to efekt istotny sprytnie prowadzonej narracji, o czym już wspomniałem. Może warto jeszcze nadmienić, że akcja tych 3 utworów toczy się w Poznaniu.

Myślowym spoiwem, łączącym omówione opowieści w jeden ciąg tematyczny, jest konsekwentnie powtarzane wyrażenie „TAJEMNICA ISTNIENIA, której jeszcze nikt nie odkrył” (por.np. str. 12, 38, 54). Inaczej mówiąc, chodzi o sygnalizowaną już zagadkę życia i śmierci. Wydaje się, iż ten odwieczny problemat filozoficzny poznańska pisarka traktuje zbyt protekcjonalnie. Skąd wiadomo, że tajemnicy istnienia jeszcze nikt nie odkrył??? Być może uczynił to Budda, być może zrobił to Jezus z Nazaretu, być może dokonał tego Berkeley, a może Feuerbach, albo jakiś Sartre lub inny Heidegger? Każdy z nich zrobił to dla siebie, ewentualnie dla swych uczniów, ale dla nas, stojących z boku, to nie jest kwestia wiedzy, lecz WIARY. (Nie wiemy, komu mamy uwierzyć…). Sytuacja inkongruencji tego, co subiektywne, z tym, co obiektywne. Zapewne dlatego autorka „Spazmu” ciągle powtarza, że tajemnicy istnienia jeszcze nikt nie odkrył.

Ekscentryczna Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska wypracowała sobie styl niewątpliwie  rozpoznawalny prima facie – nawet na podstawie półstronicowego tekstu! Można się o tym przekonać czytając także „Spazm”. Sama autorka nazywa ten styl „spektakularnym” (str. 12), Stefan Pastuszewski zaś wypunktowuje in plus jej gawędziarski, czasem patetyczny lub salonowy język (por. str. 72). Dalej w posłowiu konstatuje śmiało a dowcipnie: „Szkoda tylko, że w książce rozbijają go, wciąż stawiające czytelnika na baczność, poutykane jak nadmiar rodzynków w cieście, wersaliki” (ibidem). Snadź nie przekonało go twierdzenie autorki, że nie są to wersaliki, ale uncjały, głęboko zakorzenione w sarmatyzmie i skorelowane z pamięcią podkorową (vide str. 12). Jak chciał, tak zwał. Najważniejsze jest pytanie: Czy ta „kapitała” pomaga, czy raczej przeszkadza w lekturze? Ja niczego nie sugeruję, niech każdy przekona się sam!

Oskoma wzrasta w trakcie konsumpcji, zatem nie wykluczone, iż tym należy tłumaczyć uczucie niedosytu po przeczytaniu „Spazmu” (3 opowiadania, a chciałoby się więcej?). Wszelako obiekcji nie budzi jeden fakt: utalentowana i uhonorowana Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska (szczęśliwa posiadaczka „Świętokrzyskiego Gustawa”, nagrody im. Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i głównej nagrody im. Eugeniusza Paukszty)raptem wyrosła na postać znaczącą w panteonie rodzimych prozaików. Chluba Poznania: pisarka osobna, oryginalna i obrazoburcza. Celuje w deklaratywnym trzymaniu się z dala od postmoderny i w praktycznym burzeniu niektórych nowomodnych stereotypów. – Oby tak dalej!

 



Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska, Spazm, IW „Świadectwo”, Bydgoszcz 2016, ss.104.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora