Kalina Izabela Zioła - Milczenie grzechu pełne

Mówią, że milczenie jest złotem. Że jest nawet cenniejsze niż złoto. Czy w życiu naprawdę tak bywa? Nie zawsze.

Biorąc do ręki kolejną książkę Zbigniewa Niedźwieckiego Ravicza, „Grzech przemilczenia”, spodziewałam się książki napisanej czystym, eleganckim językiem, opisującej życie ludzi spokojnych, poukładanych, czasem targanych namiętnościami, ale umiejących zawsze zachować się zgodnie z zasadami narzuconymi przez savoir-vivre.

Czekałam na opisy pięknych wnętrz, wysublimowanych rozmów, na blask kandelabrów i szelest jedwabnych sukien. Do tego przecież przygotowała mnie lektura poprzedniej książki tegoż autora, którą recenzowałam, „Daisy – Błękitna tożsamość”.

Okazało się jednak, ku memu zdziwieniu, że Niedźwiecki Ravicz każdą ze swoich książek pisze zupełnie inaczej, w innym stylu, innym językiem, z zupełnie innym ładunkiem emocjonalnym. Tematyka każdej z nich także jest całkowicie odmienna. Co łączy te dwie pozycje, to miejsce akcji – Dolny Śląsk. I na tym kończy się jakiekolwiek podobieństwo.

„Grzech przemilczenia” to powieść o strachu, okrucieństwie, patologii społecznej, przemocy w rodzinie oraz... o miłości, wrażliwości, pięknie i poezji. I o milczeniu, które może wyrządzić więcej krzywdy niż krzyk czy cios.

Autor przedstawia czytelnikowi losy młodego chłopca, Miłosza, którego patologiczna rodzina, sposób wychowania oraz źle pojęta przyjaźń i lojalność wpędziła  w poważne kłopoty. Początkowo wydawało się, że kilka lat w zakładzie poprawczym to nie taka straszna kara. Przecież wielu młodych ludzi tam trafia i później, po opuszczeniu zakładu, prowadzi normalne, szczęśliwe życie. Splot wydarzeń może jednak napisać zupełnie inny scenariusz... Nie będę zdradzać całej treści książki, każdy może  (a właściwie powinien) sam ją przeczytać. A czytając, znaleźć można tam sytuacje,  o jakich większości z nas nawet się nie śniło, jakich nie potrafilibyśmy sobie wyobrazić.

Od samego początku akcja wciąga, zmusza do dalszego czytania, by dowiedzieć się, co dalej:

„Jeżeli dałoby się go z czymś porównać, to jedynie z wiatrem, który odzyskał wolność. Zamaszystymi susami pruł ciemność, nie oglądając się na nic, zdecydowany na wszystko. Lęk przejmował dotkliwiej niż mróz i nie czuł nawet, że w zaspach gubi buty. Myślał jedynie o tych, którzy podążają jego śladem, gnają po świeżym, skrzypiącym śniegu – nieprzejednani i wściekli. (...)  Tymczasem zza niewielkiego wzniesienia wyłania się grupa pościgowa. Mężczyźni w mgnieniu oka łapią, co się święci. Jeszcze chwila,  a ujrzeliby tylko jego plecy. Reakcja, więc musi być błyskawiczna. Gdyby nie maska pojazdu, nie wiadomo, czy któryś z nich wyhamowałby na oblodzonej nawierzchni.

Nie wszystko jednak stracone. Przygodny wóz nie jest wcale taki przygodny, okazując się służbowym samochodem szefa ochrony. Ekipa znów jest w komplecie. Brakuje tylko zbiega, którego drelichową bluzę kierownik trzyma w ręku, jako niemy, acz wymowny dowód odniesionej dopiero, co porażki. Grymas jego twarzy mówi wszystko. – Puszczaj psa! – wrzeszczy histerycznie. – Szefie... zagryzie... – protestuje podwładny. – Puszczaj psa! Puszczaj! – chrypi szef ochrony.  Funkcjonariusz odpina wilczura ze smyczy i woła: – Bierz!”.  

Później ujrzeć można oczami wyobraźni pomieszczenia zakładu poprawczego, w których panuje strach i okrucieństwo. Nie ma miejsca na przyjaźń, nie ma nawet koleżeństwa. Tam panuje prawo pięści, prawo silniejszego. I nie dotyczy to tylko wychowanków zakładu zwanego poprawczym, zło zaczyna się plenić „od góry”, przykład dają wychowawcy, strażnicy i kierownik placówki. Dużo jest przykładów zachowań młodych ludzi, którzy wyrokiem sądu skazani są na długoletnie przebywanie w swoim towarzystwie. Lizusostwo, chęć przypodobania się przełożonemu w zamian za lepsze warunki bytowe wydobywają na wierzch najgorsze instynkty niektórych młodzieńców. Doprowadza to wielokrotnie do załamań nerwowych, do prób samobójczych lub do agresji współosadzonych. W takich warunkach i w takim otoczeniu znalazł się nagle Miłosz, kilkunastolatek o wrażliwej duszy, który przez własną naiwność wplątał się w przestępstwo.

Nie bez znaczenia było dzieciństwo Miłosza, od którego próbował uciec za wszelką ceną. A dzieciństwo to było ciemne jak nocne niebo i bolesne jak jątrząca się rana. Wspomnienia sprzed lat, które prześladują chłopca, można określić jednym słowem – „koszmar”. Okrutny ojciec alkoholik zamienił w piekło życie zarówno dzieci, jak i żony.

W mojej pamięci najbardziej utrwalił się fragment, przy którym poczułam w oczach łzy:

„Środkiem jezdni biegł chłopiec – jego młodszy brat – a tuż za nim, za jego plecami sunęła ogromna ciężarówka. Samochód gwałtownie zahamował przed biegnącym, uderzając zderzakiem w plecy chłopczyka. Darek przewrócił się na ziemię, lecz poderwawszy się na nogi, znów puścił się do przodu. Ciężarówka dopędziła go jednak; nastąpił ten sam zgrzyt hamulców i dzieciak leżał twarzą wzdłuż jezdni. Kolejne natarcie nie było już tak precyzyjne. Samochód wyhamował dopiero nad dzieckiem. Darek od pasa w dół znalazł się pod maską pojazdu. Kanka z brzękiem potoczyła się w poprzek ulicy, odznaczając na drodze wielką, mlecznobiałą plamę. Przez parę kolejnych sekund dzieciak nie podnosił się z jezdni. Nie było nawet pewności, co mu się stało, czy jest przytomny. W tym czasie kierowca – ojciec – wysprzęglił silnik i wcisnął do końca pedał gazu na jałowym biegu. Ciężarówka ogłuszająco zawyła nad głową przerażonego malca, gdy usiłował wygramolić się spod maski. Ale zamiast gnać przed siebie, cofnął się dwa kroki, chwycił kankę   i dopiero wtedy rzucił się do ucieczki. Po kilku metrach zderzak po raz kolejny trafił go  w plecy. Darek potknął się i upadł, usiłując biec na czworakach. Na kilka sekund widok z okna przesłania stojący nad samą rzeczką budynek. Gdy po chwili wyłaniają się zza domu, chłopczyk biegnie już poboczem. Ciężarówka również zjeżdża na chodnik. Dziecku udaje się jednak szurnąć w bok, na drugą stronę drogi i wskoczyć do płytkiego rowu. Ojciec zatrzymuje pojazd równolegle do miejsca, w którym syn usiłuje znaleźć schronienie. Otwiera drzwi od strony pasażera i zaczyna opętańczo wrzeszczeć. Dzieciak nie potrafi długo opierać się żądaniom rodzica, który już po chwili znowu pędzi go przed maską samochodu. Następuje jeszcze jedno uderzenie. Ale że wszystko rozgrywa się na wysokości budynku mieszkalnego, małemu udaje się schronić za drewnianym płotem okalającym domostwo. Ojciec zatrzymuje samochód i wciska klakson, usiłując przeciągłym wyciem zmusić syna, by po raz trzeci wrócił na jezdnię, przed zderzak. Emocje sięgają zenitu. Darek czyni niepewny krok przed siebie, Miłosza ściska w gardle. Teraz nie wiadomo, co się stanie.”.

Pomiędzy takimi mrożącymi krew w żyłach opisami znajduje się oczywiście wiele stron zupełne innych. Kwitnie na nich pierwsza miłość, są spotkania nad spokojnym jeziorem, długie rozmowy, pierwsze niewinne pocałunki i pierwsze zbliżenie. Śmieszą zabawne perypetie uciekinierów z zakładu poprawczego, którzy zdobywali pieniądze, udając zakonników i zostali kiedyś wzięci przez nawróconą dewotkę za wysłanników diabła:

„Baryła wziął kąpiel, ogolił się i przebrał, pojawiając się w drzwiach łazienki, jako zupełnie nowe wcielenie samego siebie. Człowiek, który wspominał Boga tylko po to, by stwierdzić, że go nie ma, przedzierzgnął się raptem w kogoś, kto mienił się go reprezentować. W sutannie, z książeczką do nabożeństwa w ręku, był z niego ksiądz jak się patrzy. (…) Początkowo los im sprzyjał, szło im znakomicie.  Baryła z wyjątkowym znawstwem robił drenaż kieszeni miejscowym frajerom. Dosłownie promieniał, pokazując, ile „zboża wykosił za jednym zamachem”. Ale kłopoty miały nadejść. A zaczęły się niewinnie. Nic takiego, drobny epizod z leciwą staruszką w roli głównej. Baryła nie wiedział wszakże, iż kobieta popadła w skrajną odmianę pobożności – nawet księża mieli jej serdecznie powyżej uszu. W młodości pani Aniela, – bo o niej mowa – korzystała z życia w sposób, który na starość rzeczywiście mógł obligować do surowej pokuty. Ale pewnie nie przyszłoby to kobiecinie na myśl, gdyby visa vis jej drzwi nie zamieszkała dawna zakonnica. Fakt ten stał się przyczynkiem zmian, jakie nieodwracalnie miały zajść w życiu pani Anieli. Wkrótce większość czasu spędzała albo w kościele, albo u swojej purytańsko usposobionej sąsiadki. Męża unikała jak ognia, podejrzewając, że jest agentem szatana, zainteresowanym wyłącznie tym, by deprawować jej ciało. Jeśli zaś zdarzyło się, że uległa podszeptom sił nieczystych, nazajutrz spowiadała się przed konfesjonałem z rozpusty, wprawiając tym samym w niemałe zdumienie spowiedników, którzy początkowo traktowali jej wyznania na serio, zachodząc przy tym w głowę, skąd kobieta w tym wieku może mieć takie powodzenie u mężczyzn. Po śmierci męża, a w dalszej kolejności także swej duchowej mentorki, zdziwaczała jeszcze bardziej. Pomna grzechów młodości, srodze obawiała się o los swej duszy. Powodowana tym samym niepokojem, nauczyła się także języka włoskiego, by móc czytać w oryginale reprint osiemnastowiecznej książki Przygotowanie na śmierć pióra Alfonsa de Liguori, którą otrzymała z rąk samej „oblubienicy Chrystusa” w przeddzień, kiedy tamta spodziewała się – słusznie zresztą, – że pracodawczyni grabarzy stanie u jej wezgłowia. Ale nawet lektura tego budującego dzieła nie pomogła jej wyzbyć się obaw, że występki z przeszłości zawloką ją wprost do samego piekła. Nie czekając sądu Bożego, wzięła sprawy w swoje ręce i osądziła się sama. Było to o tyle istotne, że przestała modlić się o zbawienie, a zaczęła prosić Boga jedynie o to, by móc przed śmiercią zobaczyć diabła i wywiedzieć się, jakie udręki zgotował jej w zaświatach. Los nadarzył, że po jednej z takich żarliwych modlitw ktoś zapukał do jej drzwi. Serce struchlało w piersi pani Anieli, gdy w progu ujrzała ubranego na czarno mężczyznę w koloratce, który niskim, tubalnym basem, oświadczył: – Bóg mnie przysłał. Wiem, córko, że na mnie czekasz…”.

Jest stary dobry człowiek, pomagający wszystkim wokół bezinteresownie, tylko z dobroci serca. Jego pomoc wyprostowała wiele pokręconych ścieżek, na które weszli, świadomie lub mniej świadomie, młodzi ludzie. Stary Zygfryd, dzięki swym niewzruszonym zasadom moralnym i niespotykanej życzliwości dla świata i jego mieszkańców, budził szacunek nawet wśród najgorszych bandytów.

I właśnie te odmienne strony sprawiają, że książka nie jest trudna do przeczytania pomimo nagromadzonego ogromnego ładunku krzywd. Krzywd, którym mogłoby zapobiec jedno wypowiedziane we właściwym czasie słowo. Mogłoby uratować dzieci przed okrucieństwem ojca i matkę przed bestialstwem męża. Mogłoby zapobiec przestępstwu, którego dopuścił się Miłosz. Mogłoby odwrócić bieg wielu zdarzeń. Ludzie jednak milczeli. Milczeli ze strachu, obojętności lub znieczulicy społecznej. A czasami z miłości. I milczenie było wtedy grzechem, a nie złotem.

Zbigniew Niedźwiecki Ravicz, pisząc „Grzech przemilczenia” używa często języka bardzo prostego, czasami jest to soczysty język ulicy, czasem sięga do więziennej grypsery. Tego wymaga akcja książki i umiejscowienie tej akcji. Lecz prostemu językowi przeciwstawione są piękne, literackie wypowiedzi Miłosza, jego romantyczne wiersze i listy:

„Miła moja, Jedyna! Jeżeli nasz los jest w kształcie znaku zapytania, to w którymś miejscu musi być postawiona kropka. Lecz nawet gdyby siwizna przyprószyła młodość, miłość do Ciebie nie zestarzałaby się nawet o dzień. Kochałbym Cię tak mocno, jak wtedy, gdy zrozumiałem, że kocham Cię ponad życie. (…) Widziałem dziką różę, która sama wyrosła pod kasztanowcem i choć niepozorna, szybko pięła się ku gałęziom swego opiekuna. Z czasem oparła się na jego konarach, by rozrastać się wyżej i wyżej.             

Aż  w końcu oplotła swymi gałęziami całe drzewo. Którejś wiosny zatrzymałem się tam zdumiony, bo kasztanowiec ze wszystkich stron pokryty był pękami białych róż. Zawsze pragnąłem być dla Ciebie takim drzewem, a Ty, byś była moją różą, ukochana, byś pięła się do góry, by twoje usta każdego roku pokrywały moje włosy kwiatami dzikich róż…”

Tym właśnie listem przestępcy, recydywisty, chłopaka zmuszonego żyć  w najgorszym upodleniu, wśród przestępców i morderców, kończę recenzję powieści wierząc, że niejeden czytelnik tego tekstu sięgnie po opisywaną książkę, by uniknąć może kiedyś grzechu, jakim czasami bywa milczenie.

 


Zbigniew Niedźwiecki Ravicz, Grzech przemilczenia, Wydawnictwo Kaliny, Wrocław 2015, ss. 304.

 

 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org