Ryszard Długołęcki - Zapiski z Alaski. McKinley (Denali) - 6194 m

W chłopięcej świadomości, chłonnej i wciąż poszukującej, pierwsze wyobrażenia Alaski i terytorium Yukonu uformowane zostały lekturami Londona. Gorączka złota, zamarzająca rzeka, piekielny bieg tysięcy ludzi do złotonośnych działek, siła i słabość człowieka, jego wielkość i nędzność, przyjaźń i zdrada, zwycięstwo i przegrana, oślepiający blask śniegów i noce z feerią błysków zorzy polarnej, wesoła kompania barowego tłumu i przejmująca samotność na szlaku. Ludzie, zwierzęta, góry, strumienie, sytość i głód, bezpieczne ciepło ogniska i zmrożona w obojętnej, białej pustce gasnąca iskra życia...

Jakże to było dawno... Lata czterdzieste ubiegłego wieku. Jako żywo - nie wybierałem się wtedy na Alaskę, ale zainteresowanie nią zostało. Zbierałem różne informacje o tej krainie. Wiele z nich znalazłem przed ponad czterdziestu laty w książce Alfreda Jahna ALASKA. Później pojawiły się lektury specjalistyczne, dotyczące gór tego regionu.

I oto, po latach, w roku 1998, w gronie siedmiu przyjaciół z różnych gór świata zaplanowaliśmy wejście na najwyższy szczyt Alaski i Ameryki Północnej - McKinley, zwany przez tubylców "Denali". Wybraliśmy drogę flanką zachodnią. Nie nastręcza ona większych trudności technicznych. Problemem jest pogoda. Przy odpowiednim doświadczeniu, kondycji i wyposażeniu - może to być wspaniała przygoda, ale niepogoda, spotkana w tym subarktycznym obszarze, potrafi zmienić tę przygodę w tępą, uporczywą walkę o przetrwanie. Musieliśmy wykonać skok na drugą stronę ziemi. Polskę dzieli od Alaski 180 stopni długości geograficznej, a więc różnica czasu wynosi pełne 12 godzin. Trzeba było również przesunąć się znacznie na północ, w pobliże koła podbiegunowego. Linie lotnicze uczyniły to dla nas szybko i sprawnie. W ostatnich dniach maja wylądowaliśmy w Anchorage, największym mieście Alaski. Leży ono nad zatoką Cooka, u podstawy półwyspu Kenai, na wybrzeżu południowym, owiewane ciepłym oddechem Oceanu Spokojnego. Potężne przypływy utrudniały tu budowę jakiegoś większego portu, ale miasto wyrównało sobie tę stratę z nawiązką dzięki takim udanym przedsięwzięciom, jak międzynarodowy port lotniczy, przyjmujący - ot, choćby samoloty, lecące z Europy do Japonii i z powrotem (trasą nad biegunem), jak transalaskańska linia kolejowa, zwożąca do miasta rzesze turystów z odległych stron, czy wreszcie wielka, ludna, wojskowa baza lotnicza. Kiedy w dodatku nieopodal miasta odkryto  bogate pokłady ropy i gazu, szybki rozwój Anchorage został przesądzony. Juneau, stolica stanu, niewielka, przyciśnięta do wybrzeża w Archipelagu Aleksandra, która już od dawna broniła uparcie swej stołeczności przed Fairbanks, zyskała teraz konkurenta, który zdystansował wszystkie alaskańskie miasta i prze bezpardonowo naprzód. Potężne trzęsienie ziemi, jakie w roku 1964 spustoszyło większą część Anchorage, nie zablokowało tego rozwoju.

Alaska, 49. stan U.S.A., wielkością swojej powierzchni przewyższa Polskę niemal pięciokrotnie. W roku naszej wyprawy liczyła jednak niecałe 600.000 mieszkańców, co stanowiło, że - statystycznie rzecz biorąc - na każdego z nich przypadały około 3 km kw. terenu (w tym samym czasie w Polsce przypadało średnio około 125 mieszkańców na powierzchnię 1 km. kw.). To kraina, której terytorium, obok Antarktydy i Grenlandii, jest najsilniej zlodowacone na kuli ziemskiej, a góry Alaska, to z kolei najsilniej zlodowacone góry świata. To kraina ogromnych kontrastów klimatycznych. Część północna, oddzielona od środkowej pasmem gór Brooksa, to surowa Arktyka. Część środkowa, subarktyczna, osłonięta górami, ma nieco łagodniejszy klimat. Część południowa, poddawana ciepłym wpływom Oceanu Spokojnego, jest w stanie utrzymać klimat łagodny. W środku tej klimatycznej mieszanki wypiętrza się łańcuch Gór Alaska, z którego dźwiga się w górę prawdziwy kolos, McKinley, sięgający wierzchołkiem na wysokość 6194 metrów nad poziom morza, a przy tym wyrastający na wysokość ponad pięciu i pół kilometra ponad otaczające go przedpole. Ten ogrom to wynik fałdowań alpejskich, jedynych w całej Arktyce i sub-Arktyce. Może jeszcze himalajski ośmiotysięcznik, Nanga Parbat, potrafił wystrzelić tak wysoko ponad otaczające go doliny. Nanga Parbat... Pamiętam, że kiedy nagle opadła mgła w dolinie Indusu i pięciokilometrowa ściana tej góry pojawiła się przed nami, zabrakło mi tchu... Cóż to za wietrzna góra; jakież tam nagłe, niszczące załamania pogody... Nie dziwota, że i ten alaskański gigant, McKinley, jest podobnie wystawiony na ataki ze wszystkich stron, bez jakiejkolwiek osłony. Wiatry zachodnie i południowo-zachodnie przynoszą na jego stoki żywe echa sztormów znad morza Beringa, powodując ciężkie burze śnieżne. Wiatry północnozachodnie naganiają tu z alaskańskiego interioru, pełnego niezliczonej ilości małych jezior, stawów i błotnistych bagien, masy gęstej jak mleko mgły. Wtedy człowiek, który znalazł się akurat na stokach góry, porusza się po omacku w śnieżnej bieli, zwanej tutaj "whiteout", nie widząc nieraz końca swej wyciągniętej przed siebie ręki. Szczeliny w lodowcu stają sie niewidoczne, a ustalanie kierunku utrudnione, lub wręcz niemożliwe. Po pewnym czasie, w tej ogłupiającej mgle i przy braku widoczności, zaczyna zanikać poczucie ułożenia ciała w przestrzeni i mimo stałej przecież obecności siły ciążenia, pojawiają się zadziwiające trudności w ustaleniu gdzie góra, gdzie dół... Od północy i północnego wschodu przychodzą wprawdzie wyże, ale wraz z nimi mróz i huraganowe wiatry. Napływ powietrza ze wschodu zapowiada z kolei zmienną, kapryśną pogodę. Ładny zestaw - nieprawdaż?

Cieśnina Beringa, dzieląca Alaskę od Syberii, ma w najwęższym swym miejscu około 85 km szerokości i  niecałe 40 m głębokości, idąc po linii jej najmniejszych wymiarów. W okresie zlodowaceń, kiedy poziom oceanów obniżał się choćby o kilkadziesiąt metrów, miejsce cieśniny zajmował pomost lądu. Tak było jeszcze około 12.000 lat temu. W interglacjałach (a więc i obecnie) poziom wody podnosił się znacznie i ten pomost lądu znikał. Zadajemy sobie od dawna pytania o szczegóły migracji ludzi na tej otwierającej się okresowo pieszej trasie Azja - Ameryka.

Rosjanie już w XVII wieku zaczęli penetrować rejon zatoki i cieśniny Beringa. Łowcy szukali fok, a jeszcze chętniej - wydr morskich. Znaleźli ich tutaj całe masy i tłukli je zaciekle, bez pardonu i opamiętania, najwięcej bodaj na wyspach Pribiloffa. Z biegiem czasu ta penetracja nasiliła się i Rosjanie zadomowili się na Alasce na dobre. Nigdy nie opanowali jednak głębi lądu, sadowiąc się głównie w południowym pasie nadmorskim, łącznie z wyspami archipelagu Aleksandra, wyspami aleuckimi i samą cieśniną Beringa. Wobec tubylców - Indian, Eskimosów i Aleutów - prowadzili typową, bezlitosną politykę kolonialną. Interes rozwijał się nieźle, choć w uciążliwej odległości od Petersburga, kiedy na alaskańskiej scenie pojawili się Anglicy. I oni od dość dawna przeczesywali te tereny, posuwając się jednak od głębi lądu ku wybrzeżom. Mieli wielką ochotę wyprzeć Rosjan z tych interesujących obszarów, które nadałyby się jak ulał koronie brytyjskiej. W pewnym momencie car Aleksander II zdał sobie pewnikiem sprawę, że na dłuższą metę Alaski i tak nie utrzyma i tak oto, w roku 1867, zdecydował się sprzedać ją rządowi amerykańskiemu za sumę 7.200.000 dolarów. Kiedy liczyliśmy tę transakcję po kursie polskiego pieniądza z końca lat 1990, wypadało to mniej więcej po 6 hektarów za jedną złotówkę. No, ale w roku sprzedaży Alaski dolar stał o wiele wyżej, więc dziś byłoby to może po parę złotych za hektar. W tym stanie rzeczy - sam wysupłałbym chętnie parę stówek na godny kawałek Alaski.

Wracajmy jednak do wyprawy na Denali.

30 maja 1998 r., sobota. Docieramy do małej miejscowości Talkeetna w Narodowym Parku Denali, a w niej do placówki rangersów (strażników Parku). Tam, po kontroli i odprawie, otrzymujemy zezwolenie na wspinaczkę. W Talkeetna Air Taxi uzgadniamy przerzut ludzi i sprzętu malutkimi awionetkami wprost na lodowiec Kahiltna, u stóp Denali, na wysokość 2200 m.

31 maja, niedziela. Czekamy na możliwość wylotu. W górach podobno wyjątkowo paskudna pogoda. Szwajcarzy, Niemcy, Amerykanie, Japończycy, Francuzi, Anglicy, no i my - całe to towarzystwo łazi sennie po okolicy, czekając na sygnał wylotu. Nici. Zmarnowany dzień.

1 czerwca, poniedziałek. Niespodziewanie, pomimo marnej pogody, startujemy kolejno wraz z bagażem 3 samolocikami. W dole tundra. Kiedy zbliżamy się do gór, Denali, mający początkowo przyzwoite rozmiary, zaczyna puchnąć zastraszająco i wkrótce przesłania już wszystko. No tak: z obozu bazowego  pod Everestem do szczytu jest nieco ponad 3000 metrów w pionie. Tu, z bazy na lodowcu, do szczytu mamy w pionie cztery kilometry. Co za ogrom! Grań podszczytowa dymi śnieżnym pyłem. Lądujemy lekko pod górkę. Odprawa w bazie. Dostajemy płytkie, plastikowe sanki, trochę dodatkowego sprzętu i paliwo do piecyków. Pakujemy drobiazgi do plecaków a resztę - łopatę do śniegu, szable śnieżne i rakiety, niezbędne tu do poruszania się po głębszym śniegu, ładujemy - wraz z pozostałym badziewiem  - każdy na swoje sanki. Tu nie ma tragarzy i te 4000 metrów różnicy wysokości i dwadzieścia kilka kilometrów trasy trzeba przeczłapać samemu. Plecak jakiś ciężki, sanki napakowane po brzegi; całość wygląda naprawdę marnie - jak na "dzień dobry". Do tego jeszcze kopny śnieżek, który miejscami zapada się wprost wzruszająco. Chichot, jaki napada mnie na widok Jurka Tillaka, ruszającego chwiejnie ze swoimi 60 kilogramami ładunku, zamiera mi na ustach, kiedy startuję z kolei ze swymi 58. Miejsce chichotu zajmuje postękiwanie i sporo nieładnych wyrazów.

2 czerwca, wtorek. Siedzimy w obozie I. Zakorkowało nas. Śnieżek gęściutki, a jakże, wiaterek, owszem; widoczność prawie zerowa. Pięknie. Czekamy. Cały dzień z głowy.

3 czerwca. Śnieżku dosypuje bardzo żwawo. Zimno. Widoczność kilka metrów, ale startujemy z Ryśkiem Kowalewskim do obozu II. Przekraczamy już prawie wysokość 3000m., kiedy zaczyna się śnieżny sztorm. Znajdujemy jakiś dołek, bo nieźle wieje, rozbijamy w nim namiot, wskakujemy do śpiworów i za chwilę nasz MSR, podlany obficie paliwem, mruczy w malutkim "przedsionku" uspokajająco i przyjaźnie.

4 czerwca, czwartek. Biała kotłowanina. Co godzinę odkopujemy namiot. Szkoda słów. Dzień stracony..

5 czerwca, piątek. Przekonujemy się nawzajem, że nieco przycicha, zbieramy graty i pchamy sie w te masy świeżego śniegu. Widoczność mizerna, ale tu się nikt z nas, jak dotychczas, niczego nie napatrzył. Przed nami wyłania się z bieli grupa Szwajcarów, którzy też mieli dość bezczynności. Świetnie wyposażeni, związani w dwa zespoły linowe, poruszają się jak na filmie szkoleniowym. Za nimi człapie jeszcze paru niezidentyfikowanych optymistów, a na końcu - my. Po żmudnym "muleniu" dochodzimy w ślimaczym tempie na wysokość 3400 m. Wygrzebujemy swój grajdół w śniegu; namiocik, gotowanie, leniwe pogaduszki, przysypianie. Wieje przez całą noc.

6 czerwca, sobota. Rano też wieje i to z takim zapałem, jakby nigdy dotychczas nie wiało. Czas leci, a my czekamy. Gdzieś nad nami "motocyklowe wzgórze", nad nim śnieżno-lodowa bałucha, nazwana wdzięcznie "wiewiórką", a jeszcze wyżej - trawersik do uroczego miejsca, zwanego Windy Corner. Wszystko to pięknie, tyle, że nic nie widać. Szwajcarzy wkopali się w śnieg w sąsiedztwie. Mają nasłuch radiowy, łączność z rangersami i bieżące informacje pogodowe. Rangersi twierdzą ponoć, że tak uparcie wrednej pogody nie było tu już dawno, a to przecież i tak nie Seszele. No i - czekamy... Dzień na straty.

7 czerwca, niedziela. Pogoda parszywa, ale innej tu nie widzieliśmy, więc "na siłę" startujemy do obozu w kotle, na 4300 m. Do "wiewiórki" jeszcze jako tako. Na "wiewiórce" widzimy nagle czyste niebo, ale rozpoczyna się lodowaty huragan. Pięknie. Krzyś Królilkowski i Piotrek Tomala, wspinający się przed nami, zdobywają z tępym uporem metr po metrze, ale wiatr jest za silny. Widzę jak Piotrek wychyla się ku przodowi i trwa wyprostowanym ciałem, skośnie nad lodem jak skoczek narciarski nad nartami, leżąc na strumieniu powietrza, ale nie może zrobić już następnego kroku. Wychładzamy sie błyskawicznie, pomimo odpowiednich ubiorów. Dosyć. Biwakujemy, bo jak nie schowamy się gdzieś, to będzie marnie. Szukamy niemrawo jakiejś osłony. Japończyk, który czyni to samo, pada nagle na lód i popychany wiatrem zaczyna zsuwać się i pełznąć na czworakach w kierunku lodowego uskoku, który nam też wpadł w oko. Chce tu chyba zabiwakować i coś tam pokrzykuje, pewnikiem klnie po japońsku. Niedaleko niego i my staramy się przykleić nasz namiot do lodowo-śnieżnej ścianki, ale wiatr, uparcie i wściekle, wyszarpuje nam go z rąk. Trzymamy go mocno, a jeden z nas wskakuje do środka i wreszcie jakoś go rozbijamy. Jest mały, więc we czwórkę ciasno, ale można się poratować. Owijamy się czym kto może. Każdy dygocze i postękuje we własnym rytmie. Wiatr przenika wszystko i szarpie namiotem, który trzęsie się mocniej od nas. Mamy nadzieję że nie trzaśnie. Poczciwy namiot - wytrzymuje. Po pewnym czasie, już mniej zmarznięci, ale zdrętwiali, ruszamy dalej. Kiedy jesteśmy już nieco wyżej, wiatr zmienia taktykę. Już nie napiera na nas z jednego kierunku, ale wieje na przykład w twarz i nagle uderza w plecy. Lina wyczynia istne harce. Wygina się w powietrzu w jakiś dziwaczny łuk i szarpie nas, obydwu Ryśków, raz w prawo, raz w lewo. Powoli pniemy sie po zalodzonym stoku ku Windy Corner. Usiłując utrzymać równowagę w tych nagłych kopnięciach od wiatru - tańczę chwilami na twardym lodzie jakiegoś idiotycznego hopaka, tylko raki zgrzytają. Nagle widzę jak Rysiek, uderzony niespodziewanie przez wiatr, który zmienił nagle kierunek, wali się na lód. Wybieram luz; partner asekuruje się ostrzem czekana, hamując zsuwanie się po stoku, a kiedy wstaje, widzę jego zacięty grymas i twarz we krwi. Kiedy mijamy Windy Corner, wiatr trochę odpuszcza. Wchodzimy w około 150-metrowy pas szczelin. Wszystko zawiane; żadnych śladów, ale Rysiek lekko i pewnie przeprowadza nas przez ten parszywy odcinek. Kilkadziesiąt metrów dalej trafiamy na wkopane głęboko w śnieg namioty. Obok nich, pod jakąś zasypaną śniegiem płachtą, biwakują nasi koledzy, Jurkowie - Wieluński i Tillak oraz Andrzej Perepeczo. W tym huraganie usiłowali rozbić namiot, ale wyrwał się im z rąk jak żywy i poszybował gdzieś przed siebie. Wysokość 4100. Dosyć. Biwakujemy.

8 czerwca. Bez przerwy jakaś ogłupiająca burza śnieżna. Kiedy to się wreszcie skończy? Musimy czekać. Następny dzień stracony. Szwajcarzy mają już dość: zrezygnowali i schodzą. Chcą wrócić tu za rok. No tak... a mnie pozostało już tylko kilka dni, bo 16 czerwca  mam samolot z Anchorage, najwcześniej z całej naszej ekipy. Jeżeli od jutra nie zacznie się dłuższy okres pogody, będę musiał zostawić przyjaciół i też schodzić. Ładnie.

9 czerwca, wtorek. Jeeest! Pogoda! Niesamowite! Żeby tylko chciała wytrzymać choć ze cztery, pięć dni! Pakujemy się z Rysiem, zwijamy wszystko piorunem i prujemy z nową werwą do obozu w kotle. Rozbijamy namiot pod masywem szczytowym. Stąd jeszcze tylko skok na 5200, a następnego dnia - na szczyt.

10 czerwca, środa. Wczesny ranek. Pogoda jest, ale zranienia twarzy Ryśka nie wyglądają dobrze. Jest porozbijany i musi choć trochę odpocząć. Andrzej jest gotów iść ze mną. Spieszymy do rangersów po prognozę pogody...  Jest zła: mniej więcej półtorej doby pogody, później załamanie... No to cześć... Nie dam rady w dwóch dniach na szczyt i na sam dół, na lądowisko. Zabrakło kilku dni. Zawijam się w śpiwór w pieskim nastroju. Może jeszcze jutro okaże się...

Zapiski z Alaski. McKinley(Denali) - 6194 m

11 czerwca. Prognoza potwierdzona. Ostatnie godziny pogody. Nie ma czasu na rozważania i żale. Żegnam się. Schodzę. Przez pas szczelin i Windy Corner towarzyszą mi Andrzej i Jurek Tillak. Pod "motocyklowym wzgórzem" żegnamy się. Oni - do góry, ja - w dół, i to szybko. ( Oni będą czekać na pogodę i swoją szansę wejścia na szczyt, doczekają się i wejdą wraz z Krzyśkiem, Piotrkiem i Ryśkiem, ale po dalszych pięciu dniach.) Schodzę. Mam prawie 15 kilometrów trasy zejściowej po lodowcu. Ruszam z nadzieją, że na lądowisku nie będę musiał czekać zbyt długo na ewakuację. Po kilku kilometrach pogoda szybko pogarsza się. Nie wieje, nie śnieży, tylko widoczność spadła do zera. Pięknie. Nie widzę wyciągniętych przed siebie własnych dłoni. Whiteout. W sam raz dla samotnego łazęgi, plączącego się bez asekuracji po pełnym szczelin lodowcu... Schodzę po omacku, "na wyczucie", bo pamiętam dość dobrze konfigurację terenu, jako że przygotowywałem dla uczestników szczegółowe informacje - rysunki poszczególnych odcinków trasy, wszelkie pułapki i wredniejsze miejsca. Tyle, że każdej szczeliny nie da się przecież wyrysować. Wrażenia w tym mleku - wręcz surrealistyczne. Któryś ze wspinaczy opowiadał mi później w Air Taxi, że w whiteout, w którym też się znalazł, czuł się, jak we wnętrzu piłeczki pingpongowej. Tak, czy inaczej, zlazłem te kilkanaście kilometrów jak po sznurku, potwierdzając stare porzekadło o tym, kto to ma szczęście. Po drodze wlazłem (dosłownie) na chłopaków z amerykańskiej wyprawy uniwersyteckiej, biwakujących w tym mleku grzecznie i cierpliwie. Ich leader nie mógł nijak zrozumieć, że muszę koniecznie  schodzić i patrzył na mnie badawczym wzrokiem psychiatry, mającego do czynienia z bardzo poważnym, a zaniedbanym przypadkiem. A może tylko mi się wydawało; w takiej marnej widoczności...

Kiedy zacząłem zbliżać sie do lądowiska, widoczność poprawiła się nieco. Po dwóch dobach czekania na warunki "lotne", doczekałem się startu. 15 czerwca wieczorem dotarłem do Anchorage. Zgodnie z planem, tylko, że plan był do kitu, bo nie przewidział tych pogodowych problemów.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież