Jakub Kawałek - Sklepy monopolowe

Jest coś smutnego, w oczach kobiet, w których nikt nie był szaleńczo zakochany. Ten oczywisty brak nadziei, wynikający z faktu, że obiektem szaleńczej miłości można być jedynie w pewnym okresie życia  i że okres ten minął bezpowrotnie, nadaje ich spojrzeniu pewną unikalną właściwość. Wychwytuję to natychmiast.

Dlatego wypychając do przodu plastikowe drzwi z szybą, ruchem być może zbyt nonszalanckim, być może zbyt niecierpliwym, miałem już tego pełną świadomość. Zdradziły ją oczy.

Gdybym nie ujrzał ich już wchodząc, miałbym być może wątpliwość. Dałbym się być może zwieść. Jednak kobiety w których ktoś kiedyś był szaleńczo zakochany mają przecież swoją godność i nigdy nie podnoszą zbyt szybko wzroku, zajętego tym, czym ów wzrok aktualnie pozostaje zajęty. Nie pozwalają sobie na to, aby dać znak, że dostrzegają obecność, pojawiającego się w zasięgu ich pola widzenia, mężczyzny. A pole widzenia u człowieka jest przecież szerokie. Sięga w płaszczyźnie poziomej do około 107°, w kierunku bocznym.

W sklepach monopolowych o klasyczny rozkładzie, nie ma po prostu możliwości, aby nie zauważyć kto wchodzi. Nawet gdy jest się głęboko zaangażowanym w studiowanie raportu kasowego lub brulionu z fotografiami, zwanego dla niepoznaki czasopismem. Cóż dopiero mówić o wyświetlaczu telefonu komórkowego, który nawet jeśli jest absurdalnie duży, rzadko kiedy przecież przekracza format arkusza A3.

Dlatego powtarzam, kobiety w których ktoś kiedyś był szaleńczo zakochany, nigdy nie podnoszą zbyt szybko wzroku. Zresztą, czy można się im dziwić? Czy ja, gdyby w przeszłości jakaś kobieta zjadła dla mnie kilo śliwek z pestkami, podszyła się pod wiersze Tuwima, pocięła się żyletką lub zasymulowała - identycznie zresztą trwałe - blizny za pomocą naślinionej zapałki, gdyby upiła się do półprzytomności i wyśpiewywała pod moim oknem miłosne pieśni, albo chociaż nocą wczepiła się palcami w siatkę ogrodzeniową wyjąc bez końca "Aaandżeeeelaaa, Aaaandżeeela", czy wówczas ja podnosiłbym zbyt szybko wzrok, aby dostrzec inną, późniejszą, kobietę? O nie. Nie, moi mili.

Nawet po tylu latach - bo przecież tego rodzaju cuda przytrafiają się jedynie dzieciom - nie podnosiłbym zbyt szybko wzroku. Nie wolno marnować niezasłużonych cudów, na życie, które jest nam po prostu dane. To pewne.

Piszę o dzieciach, bo znam jeden jedynie przykład, kiedy cud ów niezasłużony wydarzył się w okresie, niedużo zresztą, późniejszym. I jest to przykład literacki. Spytajmy zatem wspólnie. Czy Barbara Ostrzeńska od czasu, kiedy Józef Toliboski, babrząc się w błocie do ramion, nazrywał dla niej naręcz nenufarów, podniosła wzrok na innego mężczyznę, choćby mężczyzna ten pozostawał jej mężem? Owszem, podniosła. Ale wszakże trzeba było wielu trudnych lat, wielu tragicznych i krwawych wydarzeń, a i wówczas podniosła wzrok tylko po to, aby spojrzeć w oczy trupa jednie. Trupa na fotografii.

Dlatego powtarzam, zdradził ją wzrok. Zbyt szybko podniesiony. Zarejestrowałem go zresztą mimochodem, znajdował się bowiem, chcąc nie chcąc, w dość szerokim jak już wspominałem, polu mojego widzenia. Bo wzrok mój, wzrok mój tkliwy utkwiony był w całkowicie innym elemencie przestrzeni. Oto spoglądałem na te dwie co nad dwiema. Te dwie, co błękitem pieściły, stojąc za mgłą sklepowej lodówki.

Więc patrzę na te dwie i mówię, śmiało i prosto, że chcę właśnie te dwie. I wtedy dopiero spoglądam wprost w jej smutne oczy, bo przecież nie da się mówić śmiało i prosto nie patrząc wprost w czyjeś oczy.

I oto, prócz smutku widzę również tajoną złość i całkiem wyraźny żal. Żal do losu, żal zupełnie niemądry, że nie potrafiłbym patrzeć na nią tak, jak patrzyłem przed chwilą na dwie tamte. Żal, że nigdy nikt nie patrzył tak na nią i patrzył już nie będzie.

O, pieskie, deszczowe popołudnie. O, fatalny dniu. Któż z nas choć raz nie uronił łzy do nieśmiertelnych tekstów Jonasza Kofty, pytam? Więc uroniłem i ja. Ale do środka uroniłem, gdyż nie płaczę już w sklepach monopolowych, staram się już tam nie płakać.

Więc nie płaczę i tylko płacę. Płacę i pytam. W myślach pytam oczywiście, bo staram się też już o nic nie pytać, w sklepach monopolowych. A czy ty? - milcząco pytam zatem. - Czy ty potrafiłabyś oddać mi się tak bezwstydnie i całkowicie? Tu i teraz? Czy potrafiłabyś powiedzieć, bierz mnie i pij ze mnie do samego dna? Do śmierci pij, bo nigdy cię nie opuszczę? Potrafiłabyś? O nie. Nie potrafiłabyś. Nie, moi mili.

Teraz już oboje spoglądamy w zupełnie inne oczy. Spoglądamy w oczy prawdy. Uśmiechamy się zatem trochę krzywo, zawstydzeni wymieniając zdawkowe formuły pożegnania.

Wychodzę w cholerny, grudniowy deszcz.