Janusz Gryz - Przed wiejskim sklepem

Wysoko wyprostowany, o skundlonej, zwichrzonej czuprynie mężczyzna nie ugina się pod zimnym deszczem nadlatującym zza czarnego ukośnego dachu.

Zmierzch zimowego, mokrego dnia. Lodowatego i ciemnego, kiedy wydaje się, że nie ma na świecie obrzydliwszego miejsca niż to tutaj, przed starym wiejskim sklepem przy brudnej błotnistej drodze.

A on stoi z rękoma w kieszeniach drelichowych, wyświeconych spodni tuż obok odemkniętej pordzewiałej kraty zabezpieczającej drzwi, na której wisi duża żelazna kłódka. Za jego plecami na zawilgłej ścianie drewniana zbutwiała gablotka na soleckie ogłoszenia. Szyba w niej stłuczona i gdy gliniasty wiatr wiejący od cegielni przez nagi, szumiący ponuro, sad powieje mocniej, szyba pobrzękuje jakoś tak cienko, nieprzyjemnie.

Rozpięta koszula, na którą nałożył granatową przemoczoną kurtkę, odsłania szarą żylastą szyję. Chuda twarz, z wystającym daleko w przód chudym nosem, z wypukłymi jak u raka oczami, w momencie gdy ten pochyla się, by zajrzeć w mętnożółte zamazane okno, jest spokojna, pogodna, życzliwie uśmiechnięta. Klienci sklepu – a jest ich naprawdę niewielu: może z piętnastu w ciągu wieczora – pochyleni spiesznie pod parasolami albo zgięci, przeskakujący kałuże od drzwi samochodu do schodków, nie zauważają go. Ledwo starszy mężczyzna w myśliwskiej kurcie i gumowych rybackich butach kiwnął mu zdawkowo głową i nie podając ręki znikł za drzwiami.

Co za bezinteresowna wytrwałość każe mu stać i czekać w zapadających szybko ciemnościach – po co, na kogo?

Przy ścianie na rozkołysanych gałęziach wiśni przysiadło szczebiocząc po zimowemu stadko czerwonopierśnych pędzonych wiatrem gilów. Ptaki podniesione nagle silnym podmuchem zniknęły w okamgnieniu. Z sieczonej deszczem drogi wynurzyła się wyciągając z trudem z błota walonki staruszka-karlica. Okutana w stary połatany kubrak, ściągnięty w pasie rzemieniem, ciągnęła drewniany wózek na czterech kółkach, na którym przykryte kartonem leżało pół worka kartofli.

Ktoś dla żartu przykleił na tylnej ściance wózka owalną naklejkę z dużymi białymi literami EU. Karlica mieszkając w opuszczonej budce dróżnika przeszłą obok sklepu nie podnosząc głowy z wzrokiem wbitym w ziemię i skręciła w zalane ciemnościami pole.

Przed piątą wyszła sklepowa z twarzą o szerokich kościach policzkowych, grubo wypudrowania, jakby pokryta wapnem, z ciężkimi złotymi łzami kolczyków i złotym łańcuszkiem z krzyżykiem wysadzanym rubinami. Wyrzuciwszy za płot garść słonecznikowych łusek, szczekając kratą, zabrała się do zamykania. I on stojąc pod zacinającym deszczem popatrzył na jej gruby zad, na potężne łydki w futrzanych, za małych botkach i powiedział.

- Ależ wieje, to na zmianę pogody.

Ale kobieta nie odpowiedziała.

W nocy chwycił mróz, zamarzła droga i kałuże na niej pełne rdzawych liści lśniły lustrzano w blasku księżyca, który nurzał się i jaśniał w wełnistych obłokach. Zaczął padać wolno młody, biały, delikatny niczym puch łabędzi śnieg. Ustał wiatr i grobowa cisza zaległa nad skuloną wsią, nad otaczającymi ją ciemnymi, równinnymi polami.

Rano na skraju drogi przysypanej śniegiem, naprzeciw wiaty przystanku autobusowego, czerniała grupka ludzi. Z daleka widać, że jest coś szczególnego w tym, jak ci ludzie patrzą na wiatę i że o czymś mówią ze sobą. A patrzą z zachłanną, chciwą ciekawością, na betonową, oszpeconą napisami i rysunkami niszę, gdzie leży zmarły.

Leży porządnie, jak w trumnie, na pomarańczowej szczebelkowej ławce, pokryty przeźroczystym śnieżnym całunem. Skudlona głowa spokojnie smutna z dzikimi, jak u raka, nieruchomymi, zdumionymi oczami. Cienki nos ostro zarysowany, szeroka pierś uniesiona ostatnim westchnieniem, jakby skamieniała, a później w odsłoniętym głębokim wklęśnięciu nagiego brzucha duże woskowe ręce.

Jedna z kobiet mówi ze śpiewnym, wschodnim akcentem.

- Podobno dwaj tacy namówili go, obiecali, że poczęstują wódką pod warunkiem, że wypije całą butelkę z gwinta, bez odrywania ust. No i serce widać nie wytrzymało. Co też ludziom przychodzi do głowy, czego to nie wymyślą. Ot, był chłop i nie ma chłopa.

I po co stał wczoraj wieczorem przed sklepem nie uchylając się od deszczu. Czyżby stał po nic i nie czekał na nikogo?

     

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież