Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - Przesyłka z zaświatów… (2)

KILEROM – przez jedno „L” pisanym

Owszem, z podobną SZKARADĄ genialna estetka – PIEKLICA – sobie poradziła; wymusiła na Szlacheckim – juniorze wybudowanie ścianki odgradzającej kuchnię od salonu – żadnych EUROKUCHNI!!! A dodała do wnętrza kuchennego parę jeszcze innych RUSTYKALII – ot, chociażby zdumiewający stół drewniany z niemalowanych desek, którego brzeg był zwieńczony ustawionym na sztorc (niczym ogromną buławą) drewnianym tłuczkiem do mięs;

ale PANI EGUCKA kochała przestrzeń w pomieszczeniach, nie darmo w ogromiastych pokojach pałacu panów von HOFF pomieszkiwała, zatem: żadnych ŚCIANEK! W ślady PIEKLICY nie pójdzie... nieee! Pierwszą rzeczą, poprzedzającą REMONT, jaką musi wykonać, to WYRĄBAĆ KUCHNIĘ! Kiedy to umyśliła, postanowiła tego dokonać NATYCHMIAST – lepsza PUSTKA od tego miętowego GARA. Powodowana BLIŹNIACZĄ niecierpliwością – pewną nawet nerwowością, wybiegła przed dom.

Obok apartamentowca, tuż za płotem, budowano kolejną posiadłość, krzątali się tam robotnicy; nie bacząc na zdumioną minę kierownika budowy – PACYFIKUJĄC go nawet groźbami odszkodowań za nocne hałasy na budowie – PANI EGUCKA zgarnęła dwóch budowlańców i nakazała NATYCHMIAST wyburzyć swoją kuchnię.

Pod wieczór już koczowała na rumowisku: stosy wygarniętych z szaf kuchennych akcesoriów zapełniało posadzkę salonu; z kuchni pozostała jedynie kuchenka i ogołocony z obudowy szkielet zlewozmywaka z kranem – resztę kuchni – raczej już jej wspomnienie, wyniesiono na śmietnik, skąd po chwili ZBIERACZE MENELOWACI wywieźli ją wózkami, rowerami, do tajnych SKUPÓW? Na złomowiska? Tego PANI EGUCKA nie wiedziała – wiedzieć nie chciała, bo zrobiło się jej naraz tej BRZYDULI żal... cóż, parę ładnych lat wraz z nią egzystowała.

– Jak było, tak było – Stasia od św. ZYTY Z GÓRY zajęczała – ale był porządek, a teraz... szkoda gadać... – Takie GŁUPOTY! PANI EGUCKA – MAŁPIEGO ROZUMU dostałaś…

PANI EGUCKA zamilkła – może nawet i trochę spokorniała, bo DOM? STAJNIA AUGIASZA chyba w jej życie się wdarła – przerosło to jej, nawet wybujałą przecież, wyobraźnię, kiedy te nieistniejące już szafy wypuściły na wolność stosy osobliwych przedmiotów… gracików… nigdy nieużywanych – a przechowywanych; teraz radośnie rozwalonych na podłodze… rozbebeszonych… zadowolonych – no taak – PLANKTON DEMOKRATYCZNY zawsze ANARCHIĄ szczęśliwy, WOLNOŚCI się domagający – tylko ENTROPIĘ namnażał – ją akceptował… Ooo… nie dom to, w którym KSIĘŻNA TWERSKA panowała i zawsze rację miała… bo teraz ten PLANKTON!!! PLANKTONOWA STAJNIA – nawet gorsza od tej Augiaszowej; teraz nawet jej ukochane papierzyska świstkowe do tego bałaganu dołączyły – na sekreterach, stołach, nawet podłodze się roztańczyły były.

A tam w GÓRZE Stasia od św. ZYTY już rąk nie załamywała, tylko łkała: już nie do opamiętania, ale do OPRZYTOMNIENIA PANIĄ EGUCKĄ wzywała: PANI EGUCKA! Ten ISTNY w twoim domu zapanował: ukazał ci niedościgniony porządek PIEKLICY, byś opanowana zawiścią strasznym grzechem pychy grzeszyła! Sama mi opowiadałaś, że ten twój jakiś wielki DANTE będąc w PIEKLE widział, że na jego DNIE właśnie PYSZAŁKI!!!

Jakby na potwierdzenie tego, że ISTNY i jego piekielne moce istnieją, we wszystkich przewodach wentylacyjnych apartamentowca straszliwa wichura zawyła, zerwanym listowiem, nawet gałązkami w okna uderzyła, poprzez uchylony świetlik w przeszklonym dachu na klatkę schodową się wdarła, w drzwi wejściowe załomotała, zaś na budowanej obok posiadłości z wielkim hukiem metalowe ogrodzenia runęły, a wysoki – nieba sięgający budowlany żuraw – przecież jakowymiś klocami budowanymi obciążony – kręcił się w kółko, niczym karuzela.

Prawda! Straszny KSAWERY HURAGANOWY miał nadciągnąć i właśnie się to stało! Trzeba choć świetlik domknąć! PANI EGUCKA na klatkę schodową wybiegła, by stojąc na drabinie przeciwpożarowej i mocując się z klapą włazu, dom ratować! Nawet się na tej drabinie zachwiała, ale jej gimnastyczne PORANNE WYGIBASY – WYGIBY– jak to Stasia od św. ZYTY zwała – się prześmiewała, pozwoliły jej zwinnie zeskoczyć i jak kotu – na cztery łapy na posadzkę mezaninu opaść.

Powróciwszy do mieszkania, natychmiast zasunęła wszystkie żaluzje i przy akompaniamencie piekielnych świstów i wycia wichury w wentylacyjnych przewodach na wszelki wypadek, gdyby elektrownia światło wyłączyła, odszukała kandelabr i zapałki…

Nastał wieczór i jego ponurość wraz z tymi odgłosami huraganowatymi, nawet w to odgrodzone żaluzjami miejsce docierała… Przydałaby się jakaś kolacyjka – pomyślała PANI EGUCKA, bo prawie cały dzień nic nie jadła, więc zgłodniała. Nawet Stasia od św. ZYTY pierwszy raz tego dnia ten pomysł PANI EGUCKIEJ zaakceptowała i znów z tej GÓRY przytakiwała:

– Jak się cosik na ruszt wrzuci, to zaro człek normalnieje; posil się PANI EGUCKA i prześpij… wyzdrowiejesz, z tych twoich głupot wybrniesz – pocieszała.

Kolacja?! W ruinach byłej kuchni?! to nie była łatwa sprawa – PANI EGUCKA w tej ruinie poszukiwała noża i widelca, wygrzebywała z wiklinowych koszy wypełnionych po brzegi porcelaną jakoweś naczyńka zdatne do picia... Ooo... może dzbanuszek do śmietanki – można by z niego popijać z dziubka? a może ćmielowskie naczynko da musztardy z serwisu obiadowego praSzlacheckiej? bo może porcelanowy kieliszek do jajek malowany ręcznie w błękitne kwiatuszki? chyba nieee… co z tego, że porcelana z MEISSEN, kiedy dałoby się z niego wypić jedynie maleńki haust jej ulubionej herbaty – oczywiście, że z BŁĘKITNYM SŁONIEM! Tylko ta herbata potrafiła zawsze przywrócić jej równowagę duchową.

Woda w czajniku bezprzewodowym się teraz zagotowywała; mruczała – pomrukiwała tak samo prawie, jak w KUCHNI DZIECIŃSTWA PANI EGUCKIEJ, kiedy to Stasia od św. ZYTY w miedzianym czajniku, na prawdziwym ogniu rozpalonym w WESTFALCE ją zagotowała… Uspokajała? Skąd?!!! Ksawery nagle coś na ulicy roztrzaskał z impetem, a potem załkał…

Nareszcie popijając herbatę – z tej ćmielowskiej musztardówki jednak – PANI EGUCKA sobie przypomniała ZAKOPANE… ten upiorny HALNY… aha! Górale gadali, że w taki HALNY ludzie w Zakopanem się wieszali… ten ISTNY stryczki na gardła im zakładał…
Jakby w odpowiedzi na to przypomnienie, z wielkim hukiem ostatni obraz wiszący na kuchennej ścianie spadł, a jego oszklenie rozbiło się w drobny mak!

PANI EGUCKA przerażona – przestraszona się teraz herbatą krztusiła, bo na dodatek Stasia od św. ZYTY znowu... to RADIO ŚWIATŁO GABAONU… zagadało – nadawało…

– Ten KSAWERY... też wydał teraz temu ISTNEMU kogoś na zatracenie... może i powieszenie… STAŁO się…

Rumowisko zajmujące całą przestrzeń podłogową salonu żyło teraz WŁASNYM ŻYCIEM... prawdę mówiąc używało sobie, a właściwie WYŻYWAŁO się na PANI EGUCKIEJ – mszcząc się na niej za lata uwięzienia w tych wyrąbanych już, nieistniejących szafach; tej nocy spać nie dawały udręczonej PANI EGUCKIEJ a to dziwaczne szmery? (nieee… MYSZY tu nie było; na szczęście, bo PANI EGUCKA MYSZY się bała), a to SZKŁA jękliwe pobrzękiwanie, jakieś PODZWONNE dla tego – być może? WISIELCA? kulistych przedmiotów po posadzce turlanie – czyżby dalsze ROZWALANIE? Wszystko w kulistość atomu się przemienianie…, bo cały dom – mieszkanie teraz IN STATU NASCENDI?

Wrzucona w kąt pozytywka samoistnie MARSZA ŻAŁOBNEGO CHOPINA ZAGRAŁA – jakby już pogrzeb dla rzekomego wisielca aranżowała!? nawet meble – sekretery, siemmlerowska kanapa, stół owalny (rzecz piękna nie powinna posiadać przecież kątów) z piękną kargą, zacisnęły wokół salonu pętle tak ciasną, że tylko wąskim przesmykiem popod ścianą można się było przemknąć w kierunku drzwi wiodących do sypialni pana Szlacheckiego – jedynego miejsca, do którego nie zdołał wtargnąć szalony remont PANI EGUCKIEJ? Ależ skąd! PANI EGUCKA przecież jedynie kuchnię wyrąbała, a potem? ruszyła lawina: ENTROPIA... samoistnie wzrastała w postępie geometrycznym! Nie do opanowania... Bo przedmioty nadal hasały a hasały! Nawet dojścia do otomany wzbraniały, na której zdrożona takim pomieszkiwaniem PANI EGUCKA głowę swą złożyć chciała – od tego, co rozpętała można się było uciec jedynie w sen...

A przedmioty się mściły nadal: PANI EGUCKA przez nie przeskakiwała, nogi o jakoweś PAKI z drewna nieheblowanego odzierała (skąd się ich naraz tyle wzięło? Aha! Od studentek z parteru je pożyczyła, by je wypełniać... napełniać... przepełniać przedmiotami, o których już dawno zapomniała, niektórych nawet nie poznawała), gdy tak próbowała dotrzeć do posłania? raczej legowiska zmierzwionego – na szczęście czystego, bo brudu PANI EGUCKA by nie zniosła.

Kiedy nareszcie popod kocyk się wsunęła, nawiedziło ją na pograniczu jeszcze JAWY, a już SNU coś TAKIEGO? niby JAWA – niby SEN... ale ten SEN? Już kiedyś – choć nieco odmieniony – RZECZYWISTOŚCIĄ w jej życiu był.

Coś podobnego chyba dość często Cecylii PUCHÉ się zdarzało – zdarzać musiało, bo często – zwłaszcza na spacerze – wykrzykiwała:

– DÉJA VU! – co oznaczało ni mniej ni więcej, że to co właśnie oglądała, już kiedyś widziała – widywała. – Takie jakoweś zaburzenia pamięci czy co? – dopytywała… PARAMNEZJA czy co? Jakoweś zaburzenia pamięci? Taak… na pewno to wszystko co widywała – przeżywała, zdarzyło się jej onegdaj, kiedyś? Zatem teraz po raz wtóry… znów… ZŁUDZENIA przeżywanych wydarzeń nawiedzało PANIĄ EGUCKĄ z całą siłą…

... PANI EGUCKA ponownie podążała ulicą 27 Grudnia w kierunku Placu Wolności, ale doń nie docierała... zatrzymywana się na rogu ulicy Ratajczaka i wchodziła do CAFE GAZETA...

Było to we wtorek – we wtorki bowiem, południową porą, zestawione kawiarniane stoliki w tym wnętrzu, oblegała poznańska BOHEMA? Noo... nie przesadzajmy – raczej różnego autoramentu świat artystyczny: poeci, malarze, trochę świata nauki... humanistyka, lekarze – też.

Prym wodził, niczym ZEUS na OLIMPIE, nestor poznańskich poetów; RYSZARD DANECKI... biała broda, białe bokobrody... w stroju stylem ucharakteryzowanym na przedwojennego inteligenta... marynarka w pepitkę, brązowawa – jedyna artystyczna ekstrawagancja, to czerwony pulowerek, a pod nim czarna koszula. Lewą dłoń wspierał – obejmował z nonszalancką elegancją udo, prawą powiewał kartą papieru; wiersz nowy – POEMAT chyba, bo się na tej karcie ten tekst rozpierał i głosem wzniosłym, sprzeciwu nie znoszącym, oświadczał, że otwiera posiedzenie KILERÓW – pamiętajmy! przez jedno „L” pisanych – dodawał – bo nie mordercy my! ale KLUB INTELIGENCJI LEWITUJĄCEJ – gdyby ktoś nie wiedział.

Po tych słowach KILERZY zaklaskali, domagając się tym samym, by MISTRZ DANECKI ów POEMAT – tę ODĘ DO MŁODEGO ORZECHA – odczytać zechciał, by potem jego niepokojące uroki, wraz z kawą podaną przez kelnerkę SMAKOWAĆ.

Później się wszyscy rozgadali, tę kawę – KAWUSIĘ popijając, wizje swej przyszłej pracy twórczej odsłaniali… TAK! TAK! – PANI EGUCKA naraz w swej senności widziała to – jak mawiał BRUNNER: na WŁASNY WZROK! – LEWITOWALI… unosili się – wznosili aż po sufit, a gdy tenże się przed ich WIELKOŚCIĄ, rozstępował, UNIWERSUM, w który wzlatywali się ukazywało.
Każdy z nich inaczej – się powiększali może i rozrastali – swej WIELKOŚCI doświadczali…

Najdziwniej zachowywał się – siedzący tuż przy DANECKIM pewien artysta – grafik, choć może malarz też? przystrojony... CHARAKTERYSTYCZNIE! Bo gdy inni kilerzy raczej CZERŃ, w swych strojach preferowali – nią na różne sposoby udziwniali, to on, na odmianę BIELĄ epatował... BIAŁY sweter jego tors okrywał i uwidaczniał DYNDAJĄCY na piersi wisior – na CZARNYM SZNURZE ZWYCIĘSKA drapieżność – ogromny KIEŁ DZIKA przyglądających się mu, porażał; chyba miał PRZERAŻAĆ.

PANI EGUCKA jednakże do tego KŁA – jego widoku – wielkiej wagi nie przykładała; mało to jeszcze dziwaczniejszych trofeów myśliwskich u przyjaciela pana Szlacheckiego – Stefana – w jego leśniczówce oglądała?! Nadleśniczy Stefek, miał ich – jak mawiał – OD GROMA! Taki zadowolony z celności swoich strzałów, choć teraz zapewne za KILLERA – mordercę tych zwierząt byłby uznawany.

Jednakże ten KIEŁ na piersi malarza w tym sennym? zwidzie? Oooo!!! on nie tylko przerażał, ale jakowąś GROZĘ siał! Bo gdy inni artyści LEWITOWALI – dalej we Wszechświat i dalej w KOSMOS – niczym BALONIKI lekkie wzlatywali, to z malarzem nic takiego się nie działo... z jego ciałem… jedynie naraz ten KIEŁ zaczął monstrualne wymiary osiągać, stale się obracając – powiększając, ten czarny sznur zaciskając już... już... szyi malarza sięgał – dosięgał, by się w nią WBIĆ? Nie… nic takiego się nie stało, bo obraz się zamazał, nestor poetów poznańskich ujrzał bowiem w drugim kątku sali PANIĄ EGUCKĄ wraz z przyjaciółką poetką Barbarą i wstawszy od stolika, wytwornym, powolnym krokiem podszedł by ucałować na powitanie dłonie obu pań.

PANI EGUCKA właśnie była spisała i wydrukowała swoje OPOWIEŚCI CHIŃSKIEGO MANDARYNA, bo może i MÜNCHAUSENA? toteż nasz poeta widząc leżące na stoliku książki, natychmiast biorąc je do ręki roztworzył, a odczytawszy parę pierwszych zdań, wykrzyknął:

– Już mi się podoba, bo pani pisze OBRAZAMI — po czym obie książki bez pardonu zarekwirował, zapewniając PANIĄ EGUCKĄ, że ta druga, to dla jego przyjaciela – tego KIELCZASTEGO malarzografika.
– Proszę się cieszyć, że idzie w jego ręce, bo on na pewno coś dla pani narysuje… Namaluje…

Malarz z daleka się skłoniwszy, potwierdził obietnicę.

Tu senne widzenie się urywało, choć pewną RZECZYWISTOŚĆ potwierdzało; PANI EGUCKA spokojnie zasypiała, ale budząc się rankiem, ze smutkiem skonstatowała, że malarz nigdy dla niej niczego nie namalował... pewnie zapomniał o obietnicy... a może nawet – to było dla PANI EGUCKIEJ jednak bolesne – jej opowieści nie przeczytał...

Nie to nie – ze smutkiem pożegnała się z myślą o malarskiej niespodziance PANI EGUCKA i jako osoba dobrze wychowana, nigdy się o nic nie upominała – malarzowi przypominała... Dobrze, że choć postimpresjonista – Jan Grzegorzewski, jej sąsiad, tyle dla niej namalował, by teraz mogła swej ulubionej literackiej gazecie – AKANTOWI, też coś ofiarować, by jego ARTYZM (niezrównanie piękna kreska! uczniem profesora Jana CYBISA przecież był, nie z fotografii, ale z modela malował), literackich twórców tego szlachetnego pisma uskrzydlał, bo PIĘKNO, DOBROĆ, MĄDROŚĆ inspiruje... te 250 numerów AKANTU to potwierdzało – bo ŚWIAT zbawiać próbowało.

PANI EGUCKA trochę jednak rozgoryczona, pociechy szukała w ulubionym porzekadle Stasi od św. ZYTY :

NAWET PĘTAK MOŻE BYĆ HONOROWY

Oczywiście, że się z tym zgadzała; jeżeli PĘTAK, to co dopiero PANI EGUCKA w prostej linii od Wielkiej Księżny JULIANY przecież – dodawała i o całej tej sprawie postanowiła zapomnieć.
Co innego teraz miała na głowie: mieszkanie nadal przypominało STAJNIE AUGIASZA?! gorzej – anarchią PLANKTONU

DEMOKRATYCZNEGO się stawało, w swej bezmyślności miotającego się od ściany do ściany.

Ten stan natychmiast należało ukrócić – jej TRZECIE OKO podpowiadało, że tak szaleńczy bezład – nieład, nawet i namnażany, SPECJALNIE ktoś dla niej organizował, chcąc ją tak utrudzić, by tego – nie bez racji przez Stasię od św. ZYTY rozpoznanego – MAŁPIEGO ROZUMU dostała.

Taak... taaak!!! Ten Stasiny ISTNY – duch PRZECZENIA z tej gdańskiej szafy, z tym cmentarnym napisem DANZING, z tego czarnotą omotanego ekranu TELEWIZJERNI właził – nałaził, kumplem tych zmiennokształtnych jaszczurów – REPTOIDÓW przeklętych był; bo one przecież tymi upadłymi aniołami z RAJU przez ABSOLUT do czwartej przestrzeni wrzuconymi, tam zaokludowanymi, to one ludzkość prześladowały, okrutne cierpienia jej namnażały – cierpienia te przecież ich piekielnym żerem były.

A czyż PANI EGUCKA się nimi ostatnio nie zajmowała?! Do literackich gazet o nich pisywała – ich działalność okrutną dla ludzkości – ukazywała, przestrzegała? Dowodziła, że SĄ! Choć ludzie w TAJNĄ TEORIĘ DZIEJÓW nie wierząc, ich istnieniu zaprzeczali, bo nawet i tego – swym RACJONALNYM? UMYSŁEM (może jednak MAŁPIM?) ISTNEGO – DIABŁA unicestwiali – HULAJ DUSZA – diabła nie ma, nawoływali.

NAJTRUDNIEJSZY PIERWSZY KROK – zawołała PANI EGUCKA wygrzebując się ze swego legowiska i się zaśmiała, bo o arystokratycznej protoplastce Cecylii PUCHÉ sobie przypomniała była... Ależ tak! Takie samo zdanie markiza du DEFFAND wypowiedziała, kiedy to wysłuchała opowieści kardynała POLIGNAC o świętym DIONIZYM, który – według legendy – po egzekucji na MONTMARTE jeszcze ze sześć mil ze swą uciętą głową w dłoniach kroczył, a ta markiza — jak przystało arystokratce – się z całą, nieco enigmatyczną elegancją – uprzejmością, od tej opowieści dystansowała...

Teraz PANI EGUCKA też – choć nie ze ściętą, ale oszołomioną – może przez chwilę nawet MAŁPIM ROZUMEM nawiedzoną głową w dłoniach, wszystko od nowa obmyślając, postanowiła, nie sześć mil (po co?!) kroczyć, ale w sześć dni ten bałagan ukrócić, bo niezwykłość markizy ją oczarowała... jej SALON... żadnym bałaganem nie był nawiedzony, jeśli w latach 1753 – 80 arystokraci, ale i przywódcy OŚWIECENIA i inni „FILOZOFOWIE” tam bywali; markiza nawet autora – twórcy romansu grozy – powieścią GOTYCKĄ zwanym, Horacego WALPOLE przyjmowała tam, bo go gorącym uczuciem darzyła, to i jej salon, choć to tylko EUROKUCHNIA z salonem, miejscem grozy być nie musiała – może też literackim wdziękiem zwodzić, jak to do końca swych dni – do 1780 roku, czyniła markiza – damy przecież lat nie mają – wieku swego (po co!) nie ujawniają.

Zmotywowana takim pomysłem PANI EGUCKA przy pomocy hasła:

NAJTRUDNIEJSZY PIERWSZY KROK

do ataku na GROZĘ swego bałaganu ruszyła.

Jeżeli to hasło ład intelektualny – to OŚWIECENIE – markizy du DEFFAND legitymowało, jeśli nawet sławy – w jego piosence „NAJTRUDNIEJSZY...” Lechowi Konopińskiemu przysporzyło, to do uporządkowania EUROKUCHNI z salonem PANI EGUCKIEJ też się zapewne przyczyni.

Wichrzycielski huragan KSAWERY przycichł – czyżby i on co zechciał z całą surowością i bezwzględnością, na tym świecie uporządkował? Może coś, lub nawet ktoś mu przeszkadzał? HALNY przecież tym pętleniem szyj ludzkich się popisywał... wyrywał drzewa, wiatrołomy i wiatrowały, łamał albo wyrywał je z korzeniami, to skręcaniem ludzkich karków może się popisywał…

Jeszcze nie dokończyła swych rozmyślań – domyślań, co mógł ludziom uczynić ten diaboliczny KSAWERY, gdy odezwała się jej komórka.

Numeru PANI EGUCKA tym razem nie rozpoznała – pewnie zapomniała, czy co, bo głos telefonującej damy – miły – na pewno był jej znajomy!

– Witaj PANI EGUCKA... wszystko dobrze? bo wiesz, ten KSAWERY... – głos się na chwilę zawiesił...
– Halo? halo? – wołała PANI EGUCKA, bo zawsze, kiedy miała się dowiedzieć czegoś niesamowitego, albo dziwnego, albo zaskakującego, jej TRZECIE OKO jej nerwami potrząsało, by się PANI EGUCKA NAJGORSZEGO spodziewając, w ten sposób ostrzeżona, już spokojniej reagowała...

Zatem powtórzyła: – Słucham, jestem, co u ciebie Irenko, bo głos nareszcie rozpoznała – to wdowa po dwóch genialnych nieobecnych mężach telefonując, coś jej powiedzieć chciała, toteż PANI EGUCKA się nieco uspokoiła... Irenka Mrowińska – sekundo voto wdowa po artyście plastyku znanym poznańskim karykaturzyście Stanisławie Mrowińskim.... na pewno na jakiś nowy wernisaż będzie ją zapraszała…

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora