Anna Kapusta - Kamień uważności. O stawaniu się

Przyjaciołom Nieoczekującym

Wszystko, co najlepsze, składa się z braku oczekiwań. Wszystko, co najgorsze, jest instrukcją do wdrożenia. Dopóki jesteśmy szczerością świeżych malin, dopóty jest w nas coś, co warto wykrzykiwać w złości albo szeptać tkliwością. Ze słów da się przecież zrobić chwalebny koktajl warzywny i przesłodzony cukierek do wyplucia. W

ażne, żeby nasz język mówił najpierw nami do nas, potem dopiero wyjaśniał nas komuś, kto i tak ma własne koktajle i cukierki do naszego odgadnięcia. Najbardziej lubię dorosłe dorastanie do smaku malin, rozgniatanych dziecięco bez obaw o plamy na uniformach. Najbardziej cenię odwagę mówienia wprost o sprawach uwięzionych na końcu języka. Najbardziej szanuję niepoliczalne kroki na niewytyczonych ciągle ścieżkach. Na takich ścieżkach odnajduję wszystko to, czego nie oczekiwałam, nie planowałam i nie miałam w głowie, bo – jak wiadomo – o myślach nic nie wiadomo. Ważne, żeby uważać na ślady uważności w sobie. Czyli rozgniatać w sobie świeżość malin i plamić sobą wszystkie zbyt białe plamy codzienności. Chodzić bez ścieżek. Wtedy smak słowa kładzie się przed nami cieniem leśnych zarośli i obiecuje sobą prześwity koron drzew, w których niebo rzuca nam pod nogi światło. To światło bywa metaforą, uczy nas języka niecodziennych przemilczeń i bywa też kamienną dosłownością, ucząc nas doskonałości codziennych odkryć świata. Kiedy odwaga wychodzenia z nieodomówień staje się nasza naprawdę, wtedy świat docenia nas uważnością na nasze myśli. Codzienność czyta marzenia bez roszczenia święta. Droga sama rzuca pod nogi ścieżki. Ścieżki wykwitają w zaroślach. I mogłabym dalej tak snuć te nitki słów. Dalej i dalej. I mogłabym oddalać się od codzienności, ale kamień ze ścieżki leży tu i teraz przede mną bez metafor. Leży i nie wymaga dopowiedzeń. Niczego nie oczekuje. Staje się sam tym, że jest dowodem na siebie. Nie oczekiwałam go na drodze. Nie szukałam. Po prostu szłam i stał się on sobą przede mną. Uważny na moje kroki. Spokojny trwaniem. Kryjący w sobie tajemnicę konieczności. To on był uważny na mnie, nie ja na niego. Ten oto tu krzemień z odbiciem wapiennej muszli. Jak to możliwe, że miękki wapienny organizm ślimaka zapisał się w tej twardej, krzemiennej strukturze? Tajemnica. Jak to się stało, że znalazł mnie on na nieistniejącej ścieżce? Tajemnica. Jak opisać jego stawanie się? Tajemnica. Dlaczego wykwitł przede mną swymi tajemnicami, do których nigdy nie będę miała dostępu? Tajemnica tajemnic. Mogę go rzeźbić słowami. Dotykać. Mogę dziś nauczyć się ścieżki jego uważności. Gdyby był metaforą, odłożyłabym go bez słów. Ale jest śladem uporu muszli i siłą trwania krzemienia. Wydarza się w pokorze. Staje się bez uzasadnień. Uczy mnie, że i ja tu jestem.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież