Paul J. Wigowsky - Staroobrzędowcy w Brazylii

Staroobrzędowcy emigrujący pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku z Chin rozbili się na dwie grupy, liczące w sumie 200 osób. Jedna z nich udała się do Brazylii w drodze z Los Angeles, a druga, który zmierzała w przeciwnym kierunku drogą lotniczą przez Rzym, do Los Angeles. Grupa ta spotkała się z mołokanami, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych na początku lat dwudziestych XX wieku. Niektórzy z ich krewnych przenieśli się do centralnego Oregonu i zajmowali się rolnictwem w Willamette Valley w pobliżu Salem i Woodburn.

W trakcie rozmów pomiędzy członkami tych dwóch grup, mołokańscy gospodarze powiedzieli swoim starowierskim gościom o żyznej ziemi i o spokojnej wsi, o której ich krewni piszą im w listach przysyłanych z Voodburn. To właśnie tą nazwę staroobrzędowcy podali swym amerykańskim sponsorom, pytani przez nich, w jakiej części kraju chcieliby się osiedlić.

Większość staroobrzędowców przybyła do Brazylii w latach 1959-1961. Zostali zaopatrzeni w ziemię przez Światową Radę Kościołów, a organizacja ta ponadto obiecała dostarczyć im wszelkich niezbędnych środków i pomocy, aby rozpoczęli uprawę roli. Sinzańcy i harbińcy poprosili o osiedlenie na oddzielnych działkach, pomimo panujących pomiędzy nimi przyjaznych relacji z czasów ich pobytu w Hong Kongu. Ta frakcyjna lojalność miała miejsce również w rodzinach. W ramach każdej z tych dwóch grup utworzono małe wioski, które powstały przede wszystkim w oparciu o przynależność do konkretnej rodziny lub wsi, tak jak miało to miejsce w Chinach. Obie grupy zostały rozmieszczone w pobliżu siebie, w odległości około ośmiu lub więcej mil od pobliskiego miasta Ponta Grossa, w stanie Parana. Wychodźcy z Harbinu podzieli się na trzy wsie, a razem z wsiami wychodźców z Sinzaniu było ich pięć.

Życie w Brazylii było trudne od samego początku. Warunki glebowe i klimatyczne znacznie różniły się od tych, które staroobrzędowcy dotąd znali. Byli przyzwyczajeni do żyznych dolin rzecznych północnych Chin, zimnej zimy i umiarkowanego lata. To był typ klimatu, który znali również z Rosji. W Brazylii gleba była nieurodzajna, a klimat suchy i gorący, z wyjątkiem sezonowych ulew, które zalewają ziemię, a woda szybko paruje na słońcu. Pierwsze zbiory były kompletną klęską, pozostawiając gospodarzy bez żywności na nadchodzący sezon deszczowy i bez nasion na wysiew. Musieli pożyczać pieniądze od banków w Ponta Grossa w celu zakupu narzędzi i nawozów, bez których nie mogli uprawiać ziemi. Zaczęli uprawiać ryż i arbuzy, ponieważ zostali poinformowani przez okolicznych mieszkańców, że istnieje zbyt na te produkty w Ponta Grossa, a ziemia do tego typu upraw się nadaje.

Mimo, że wielu staroobrzędowców w ciągu dwóch-trzech lat osiągnęło biegłość w rolnictwie w tych odmiennych warunkach klimatycznych, to dwa czynniki uniemożliwiły im utrzymanie się z tej pracy. Jednym z nich był kryzys lokalnej gospodarki oraz fakt, że nie było wystarczająco dużego zapotrzebowania na ryż, który Rosjanie uprawiali. W latach dobrych zbiorów, rynek szybko stawał się przesycony, a ceny spadły tak drastycznie, że tylko nieliczni mogli cokolwiek zarobić. Jednym ze sposobów, którym niektórzy próbowali omijać tę trudność było gromadzenie jak największej ilości ryżu aż do czasu, gdy rynek zmieniał się. Inni uznali to za nieuczciwe, ale decydowali się na zakup ziemi od zadłużonych współbraci, tak aby zniwelować swoje straty przez zwiększenie areału. Rezultatem tego systemu stała się ostra konkurencja między staroobrzędowcami, która zaczęła osłabiać ich solidarność grupową, a w kilku przypadkach prowadziła do użycia przemocy pomiędzy zwaśnionymi rodzinami lub grupami wiejskimi.

Drugim czynnikiem, który utrudniał życie staroobrzędowców był bardzo skorumpowany system lokalnych rządów, w szczególności system podatkowy. Staroobrzędowcy, wożący swe produkty na rynek, często byli zatrzymywanymi na drodze przez człowieka, który podawał się za poborcę podatków. Człowiek ten zawyżał ilość przewożonych produktów i opłaty podatkowe za nie. Mógł wtedy „wziąć do kieszeni” pieniądze, zostawiając rolnika bez pokwitowania lub innego dokumentu „transakcji”. Poborcy podatkowi odwiedzali również targowiska i ulice Ponta Grossa. Od indywidualnego rolnika przybywającego w dzień targowy do miasta mogły być pobierane daniny aż cztery, pięć razy. Jeden z rolników, który opanował język portugalski, został wytypowany do kontaktów z lokalnym gubernatorem i podpisywania dokumentu wskazującego na to, że dany podatnik zapłacił już w całości podatki, którymi był obciążony. Jednak wymagało to czasu i nie zawsze było skuteczne, ponieważ odpowiednie władze mogły być nieobecne w czasie, w którym rolnik ten przychodził.

Wiele rodzin było mocno zadłużonych w bankach, a niektóre głodowały. Nawet ci stosunkowo dobrze sytuowani nie byli bezpieczni, gdyż w każdej chwili mogło dojść do nieurodzaju lub załamania rynku.

Fundacja Tołstoja z Nowego Jorku dowiedziała się o tych trudnościach i zgodziła się sponsorować przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych. Kilku staroobrzędowców było sponsorowanych przez znajomych, z czasów ich wspólnej obecności w Chinach, którzy już przenieśli się do Stanów Zjednoczonych i stali się obywatelami tego państwa. Większość z nich rozpoczęła emigrację od 1964 roku do 1969 roku. Przenieśli się, kiedy mogli sobie pozwolić na opłacenie przynajmniej części biletu na samolot. Spośród tych, którzy wyruszyli, większość przeniosła się do Oregonu. Kilka rodzin wyjechało do Nowego Jorku, gdzie mieszkali ich sponsorzy. Część pozostała w Brazylii i jest tam do dziś, ale przenieśli się do prowincji Mato Grossa.

Fundacja Tołstoja zainteresowała się też staroobrzędowcami z Turcji. Poprzez serię nieszczęść, społeczność ta została zredukowana do stopnia, który ​​nie pozwalał na dalszą reprodukcję.  Nie było wystarczającej liczby potencjalnych małżonków w obrębie własnej grupy. Fundacja Tołstoja doradziła im przybycie do Ameryki i życie ze staroobrzędowcami, którzy przybywali tam z Brazylii. Ta połączona wspólnota zaistniała w 1963 roku, składając się z 60 gospodarstw domowych, w sumie z 250 osób. Osiedlili się w pierwszej kolejności w New Jersey i przez pewien czas byli tak rozproszeni, że nie mogli kontynuować swojego istnienia jako wspólnoty. Po kilku latach udało im się wyprowadzić do Oregonu, gdzie osiedlili się na sporym terenie koło Gervais, który wspólnie wykupili. Od tego czasu stali się znani w lokalnej społeczności jako Turkish Village (Wioska Turczan). Chociaż grupa ta została uznana przez brazylijskich staroobrzędowców za współwyznawców, to do dziś istnieją pewne uprzedzenia wśród Sinziantsi, Harbintsi i Turtiantsi wobec siebie.

Kiedy pierwsze rodziny przybyły z Brazylii do Oregonu, miały duże długi, gdyż musiały spłacić firmom lotniczym i brazylijskim bankom zaciągnięte wcześniej pożyczki. Ponadto musiały wysyłać pieniądze do pozostających w Brazylii mniej zamożnych krewnych. Brak znajomości języka angielskiego i brak wolnorynkowych kwalifikacji zawodowych spowodowały, iż bardzo niewielu z nich rozumiało, że muszą konkurować z mieszkającymi już tam Chicano (Meksykanami) na rolniczym rynku pracy. Z czasem solidarność wspólnotowa pomaga rozwiązać ten problem.


Z angielskiego przełożył Michał Pasternak

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora