Roman Sidorkiewicz - Zderzenie dwóch światów

Po ostatniej wojnie nastąpił exodus ludności z Kresów Wschodnich i Polski centralnej na tereny tzw. Ziem Odzyskanych. W wyniku układów poczdamskich i wcześniejszych jałtańskich ludność niemiecka została wysiedlona z tych terenów. Trwało to blisko dziesięć lat. Wszystko w imię sprawiedliwości społecznej i historycznej. Tu prawo „wzorcowo” zadziałało wstecz. Trzech przywódców zadecydowało o losie milionów ludzi. Podstaw prawnych nie było żadnych. Nawet dzisiejsi lewacy nie mają jakichkolwiek argumentów na te wyroki a przecież bez przerwy przekonują, że najważniejszym dobrem społecznym jest system prawny, jego litera a nie jakieś tam Dobro Narodu.

Miliony Polaków zostało przesiedlonych z rodzinnych terenów. Był to proces bardzo bolesny, szczególnie dla ludzi z Kresów. Jechali w nieznane, szczęśliwie w towarzystwie współmieszkańców swych wiosek i miasteczek. Zostawiali za sobą całą przeszłość, groby najbliższych. Czekało ich bolesne zderzenie z obcą im cywilizacją.

Akademia Ignatianum w Krakowie wydała zestaw publikacji naukowych dotyczącą tej problematyki. Jedenastu autorów wprowadza nas w tematykę kresową. Ja wybrałem trzy publikacje dotyczące problemu zasiedlania Śląska przez ludność napływową. Wybrałem ten problem, gdyż tam właśnie kresowiacy zetknęli się z ludnością autochtoniczną, która pozostała na swym terenie. Z innych terenów Ziem Zachodnich i Północnych ludność niemiecka została całkowicie wyrugowana. Zasiedlanie ziem zachodnich przez kresowiaków miało zupełnie inny charakter niż zasiedlanie przez rodaków z Polski centralnej. Ci ostatni przyjeżdżali pierwsi, najczęściej samodzielnie, rzadko z rodzinami. Ich głównym procederem był szaber czyli złodziejstwo. Łupy mieli gdzie wywozić – do swoich domostw. Później osiedlali się na Zachodzie, lecz nie stworzyli zwartych grup społecznych. Byli w rozsypce. Natomiast kresowiacy, jak wspomniałem, przyjeżdżali w zwartych grupach. Ich celem było osiadanie na nowych ziemiach, a nie rozbój i kradzieże. Być może wynikało to z zaistniałej sytuacji, a nie z ich wzorowych i cnotliwych postaw obywatelskich.

Trzy panie historyczki – Maria Kalczyńska, Marta Hold-Łukasik i Alicja Badetko zajęły się problemem zasiedlania Śląska przez kresowian. Jest to temat-morze, który nie znalazł odzwierciedlenia w jakimś wybitnym dziele literackim. Tylko genialny film „Sami swoi” podjął, i to udanie, tę tematykę. W filmie tym widzimy kresowiaków w otoczeniu swoich krajanów i szabrowników.

Na Śląsku było inaczej. Tu kresowiacy zetknęli się z autochtonami, głównie robotnikami wielkoprzemysłowymi, górnikami i wzorowymi rolnikami. Inteligencja niemiecka wyjechała bowiem do Niemiec. Na miejscu pozostali ludzie bez specjalnego wykształcenia, ale zdolni do ciężkiej pracy, zdyscyplinowani aż do bólu. Cechował ich etos pracy. Władze powojenne w Polsce nie zachęcały ich do emigracji na Zachód. Byli niezbędni w nowej ojczyźnie. Bez nich trudno sobie wyobrazić nasz ciężki przemysł. Węgiel był podstawowym źródłem pozyskiwania dewiz przez państwo zrujnowane wojną.

Kresowiacy byli to zupełnie inni ludzie. Wnieśli ogromny wkład w polonizację Śląska. Jednak pojęcie „etosu pracy” było im nieznane. Tu przebiegała więc linia konfliktu między tymi dwoma społecznościami. Alicja Baderko zauważa „Przyjezdni nazywali miejscowych: szwabami, luterakami, Niemcami. Kresowian tytułowano: ruskami, parsiukami, zabugolami. Ukraińców określano: chachałami, kacapami, a dawnych mieszkańców Polski centralnej wręcz bosymi Antkami, złodziejami. Z kolei mieszkańcy Zagłębia Dąbrowskiego na swych śląskich sąsiadów wołali: wasser polaki, nie zapominając o podpisanej przez nich volksliście. Zdarzało się, że Zaburzanie gardzili Ślązakami z powodu wstępowania wielu z nich do PPR-u. Natomiast Ślązakom nie podobało się u Kresowian: niski poziom wiedzy technicznej oraz ich stosunek do pracy. Jak zauważano: ludzi ze Lwowa, a także z Polski centralnej, nie widać po kopalniach i fabrykach. Są oni na kolei, w biurach, do pracy ciężkiej nie pójdą”. (np. autorka wielokrotnie forsuje Zabużan jako Zaburzanie. To oczywisty błąd, przecież kresowiacy przyjechali zza Buga a nie zza jakiegoś Burza).

Ludzie ze Wschodu ciężką pracą się nie przejmowali. Dla nich ważniejsze były inne wartości. Przyjechali do obcego świata i zastali niebywałą różnicę cywilizacyjną. Na wsiach poniemieckich były wodociągi, kanalizacja, prąd; obory były zmechanizowane. Zabudowania były porządne, sieć dróg oraz linii kolejowych - znakomicie rozwinięte (wystarczy popatrzeć na mapę kolejową Polski – granice zaborów widoczne są jak na dłoni). Ciężko było im się do tego przyzwyczaić i dbać o dobro, które uzyskali. Do tego doszła niepewność polityczna – Niemcy uznali nasze granice na Odrze i Nysie dopiero w grudniu 1970 roku. Wszystko to doprowadziło do wielu zaniedbań w wioskach, w których przeważali kresowiacy. Do dziś wiele wsi jest zrujnowanych przez zwykłe niedbalstwo rolników. Nie są to puste słowa – wystarczy pojechać w Opolskie. Na wschodnich krańcach widać znakomite, zadbane wsie i zabudowania. Zalecam pojeździć po gminach Krapkowice, Kędzierzyn, Gogolin, Cisek, Bierawa, Reńska Wieś i sąsiednich, a następnie ocenić. Mieszka tam ludność autochtoniczna – Ślązacy z dziada pradziada. Potem trzeba udać się na zachodnią część Opolszczyzny, którą zasiedlili kresowiacy i porównać. Niestety nic dobrego dla Zabużan.
Szkoda, że autorki bardzo pobieżnie potraktowały ten temat. Skupiły się prawie wyłącznie na wartościach społeczno-kulturalnych. I tak Maria Kalczyńska skupiła się na dziedzictwie kulturowym kresowian na Śląsku Opolskim, Marta Hold-Łukasik na Dolnoślązakach z historycznej konieczności – na przykładzie przesiedleńców z Siemianówki koło Lwowa, a Alicja Badetko na wpływie kresowian na rozwój społeczny i kulturalny Górnego Śląska.

Jak można scharakteryzować kresowian? Czy to jest możliwe w kilku zdaniach? M. Hold - Łukasik przytacza opinię Pawła Eberharda i księdza Zdzisława Peszkowskiego. Oto pierwsza opinia: „Polska ludność kresowa, te trzy złączone ze sobą słowa, tworząc całość etymologiczną, maja wydźwięk nie tylko etniczno-geograficzny. Kryje się za tym olbrzymi ładunek uczucia związany z pamięcią narodową. Żadna grupa ludności polskiej nie zaznała tylu cierpień i ucisku, nie poniosła tylu ofiar, co związana rodowodem z kresami… Ludność polska na kresach nie tylko traciła zgromadzony dzięki pracy pokoleń majątek na skutek konfiskat i niszczenia, ale często poddawano ją deportacjom, a nawet masowej zagładzie. Może właśnie dlatego polska ludność kresowa była tak oddana i wierna tradycjom Rzeczpospolitej i z takim poświęceniem dążyła zawsze do znalezienia się w granicach państwa polskiego”.

Religia była wartością niesłychanie ważną. Przywiązanie do Kościoła Rzymskokatolickiego było ogromne. To on podczas exodusu na Zachód był dla nich „przenośną ojczyzną” (podobnie jak dla Żydów wygnanych z ziemi Izraela). Ksiądz Peszkowski konkluduje: „Kresowiec wierzy w Boga i czci Matkę Najświętszą. Kresowiec kocha Polskę, heroicznie broni jej imienia, a swym kresowym doświadczeniem wzbogaca ją i wspiera ofiarnie. Każdy człowiek jest dla Kresowca umiłowanym bratem. Kresowiec szuka prawdy, pamięta swoje dzieje a w imię Jezusa Chrystusa przebacza. Gdziekolwiek los rzuci Kresowca, kocha on swoją Ojczyznę, służy jej ze wszystkich sił w nadziei na powrót”. Jest to

opinia wielce naiwna, ale coś w tym jest.

Kresowiacy to głównie dwie warstwy społeczne: inteligencja oraz mało wykształcone chłopstwo. O tych ostatnich wspomniałem. Nijak nie pasowali do nowoczesnego stylu gospodarowania, jaki zastali na Zachodzie. Ich życie to zmagania się z codziennymi problemami oraz tęsknota za zaginionym światem. Fanatycznie przywiązani do Kościoła Rzymskokatolickiego, w nim widzieli ostoję w nowym życiu. Nie przyjmowali nowinek technicznych, byli szalenie konserwatywni. Sam to osobiście mogę stwierdzić. Pracowałem na Dolnym Śląsku w firmie mechanizacji rolnictwa. Wręcz na siłę musieliśmy instalować im dojarki szwedzkiej firmy Alfa Laval. Dostawali je prawie za darmo (z programu rządowego), a i tak go nie chcieli. „Panie ja całe życie ręcami doiłam i było dobrze”. Domostwa były zaniedbane, nie widziały nawet pędzla. Płot jak się rozwalał, to nikt go nie naprawił. Lecz to mała strata – gorzej jak rynny się rozlatywały, a także dachówki. Woda deszczowa spływała po murze lub bezpośrednio wpadała na strych. Taki był właśnie początek rujnowania własnego dobytku. A było to 30 lat po wojnie! Dopiero, gdy nowe pokolenie obejmowało gospodarstwa to zaczęło zmieniać się na lepsze. A zatem, jak u Żydów prowadzonych czterdzieści lat przez Mojżesza z niewoli egipskiej. Musiało wymrzeć pokolenie niewolników aby na ziemi obiecanej było lepiej.

Zupełnie inne problemy miała inteligencja. Oni trafili na pustkę intelektualną. Niemiecka inteligencja uciekła, zostali tylko robotnicy śląscy. Wypisz-wymaluj sytuacja jak na Wileńszczyźnie – stamtąd też inteligencja uciekła do Polski, zostali sami prości ludzie na swych wiejskich domostwach. I borykają się z problemami do dziś (Hasło patriotyczne „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród” jakoś było obce inteligentom). Na nowych dla siebie ziemiach inteligenci mieli szerokie pole do działania. Śląsk opanowali głównie lwowiacy. Zasadą było równoleżnikowe przemieszczanie ludności. W ciągu kilku lat postawili na nogi instytucje kultury, szpitale, uczelnie. Opera Bytomska do niedawna była w ścisłej czołówce, Politechnika Gliwicka odegrała ogromną rolę w kształceniu kadr inżynierskich, Akademia Medyczna w Zabrzu zasłynęła z poziomu i eksperymentów medycznych. Mało znanym jest to, iż w tych trzech miastach mieszka najwięcej rodowitych Ślązaków. Lwowiacy stworzyli także swój klub sportowy na bazie lwowskiej Pogoni – Polonię Bytom. Ongiś był w ścisłej czołówce piłkarskiej ligi – dziś już podupadł. W drużynie tej grali zgodnie kresowiacy i autochtoni.

Inne problemy miała nieliczna inteligencja techniczna. Niemożliwym było opanowanie nowoczesnej infrastruktury technicznej w miastach, wsiach, w przemyśle. Niemieccy fachowcy byli niezbędni, aby w pokojowy sposób przekazać wiedzę o produkcji, o systemie wodno-kanalizacyjnym w miastach itp. Dlatego władze ówczesne bardzo dobrze zrobiły, iż w pierwszym okresie nie wypuszczały fachowców do Niemiec. Musieli przekazać wiedzę Polakom. Ja pracowałem także w Cieplicach w fabryce maszyn papierniczych. Po wojnie niemieccy konstruktorzy przekazywali praktyczną wiedzę naszym inżynierom, technikom, wykwalifikowanym robotnikom. Bez tej swoistej sztafety my Polacy nic byśmy nie zrobili. Taka jest prawda. A fabryka ta była jedyną w całej RWPG produkującą znakomite maszyny papiernicze i celulozowe.

Jak już wspomniałem trzy panie autorki skupiły się przede wszystkim na zagadnieniach społeczno-kulturowych exodusu kresowiaków. Zrobiły to znakomicie. Ich opracowania naukowe są kopalnią – nomen omen – wiedzy o problematyce przemian na Śląsku po II wojnie. Warto poczytać mimo, że nie uwypukliły zagadnień cywilizacyjnych. Ale jak są słabe w tej tematyce, to dobrze zrobiły, że milczały.


Dziedzictwo Kresów. Przeszłość i teraźniejszość, red. Irena Kozimala, Anna Królikowska, Beata Topij-Stempińska, Akademia Ignatianum, Wydawnictwo WAM, Kraków 2013, ss. 297.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora