Lesław Czapliński - Dwie korony, albo Nawiedzony przez Niepokalaną

W dwadzieścia sześć lat po fabularnym filmie Krzysztofa Zanussiego „Życie za życie. Maksymilian Kolbe”, skupiającym się wszakże na oświęcimskim, obozowym epilogu życia Maksymiliana Kolbego, powstały obecnie „Dwie korony” w reżyserii Michała Kondrata, przywołujące jego pełną biografię.

Przypominają one telewizyjny reportaż, w którym wypowiedzi ekspertów (głównie franciszkanów, ale także reżysera i Tomasza Terlikowskiego) ilustruje materiał „terenowy”, w tym przypadku inscenizowane, budujące scenki z rezonerskimi, czysto deklaratywnymi dialogami. Nie mamy w nich do czynienia z żywymi ludźmi, lecz wyłącznie alegoriami, ilustrującymi główne, hagiograficzne przesłanie filmu. A przecież nawet w procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych występuje advocatus diaboli, który wysuwa wątpliwości, co do zasług sługi bożego, a więc kandydata na ołtarze, które mają zostać rozwiązane w oparciu o dostarczane dowody na heroiczność jego cnót.

„Dwie korony” (pierwsza, biała, dotyczy czystości, druga, czerwona, męczeństwa, co w profetyczny sposób wyjaśnia matce mały Mundek, bo metrykalnym imieniem przyszłego świętego był Rajmund) stanowią zatem przykład narracji parabolicznej, rodzaj baśni, w której znajduje się miejsce na cuda i nadprzyrodzone interwencje, jak odnalezienie na ołtarzu w pełni materialnej koperty, podpisanej przez Niepokalaną, a zawierającej niezbędną sumę pieniędzy na publikację inicjatyw wydawniczych młodego zakonnika Kolbego.

Dla przekonującego ukazania fenomenu świętości zabrakło zatem kamery Márty Mészáros, która w swym „Siódmym pokoju”, filmie o Edycie Stein o niczym nie przesądzała, ograniczała się przede wszystkim do obrazu (na przykład w scenie chrztu, kiedy uchylają się drzwi i przenika promień słońca, co nie wykracza poza zjawisko mające całkiem naturalne uzasadnienie), unikała egzaltowanych wynurzeń werbalnych.

O wiele lepiej, gdyby zdecydowano się na paradokumentalną czerń i biel, zwłaszcza że wmontowano autentyczne, archiwalne materiały zdjęciowe i filmowe w tej tonacji. Oleodrukowe barwy przydają natomiast opowieści znamion naiwności, co być może stanowiło zamierzenie autorów, aby wpisać rzecz w konwencję żywotów świętych.

W tytułowej roli wystąpił Adam Woronowicz, a spośród zawodowych aktorów warto jeszcze odnotować udział Sławomira Orzechowskiego, etatowego odtwórcy wyższych duchownych, tym razem jako dobrotliwego gwardiana franciszkanów, wspomagającego wydawnicze ambicje młodego zakonnika, Artura Barcisia jako bezdusznego kanclerza-biurokraty warszawskiej kurii, by na jego małostkowym tle tym bardziej zajaśniała gwiazda przyszłego świętego, a zwłaszcza Cezarego Pazury jako brata Zeno. Czyżby aktor powielił w swym życiu metamorfozę granej przed dwadzieścia cztery lata temu w filmie Konrada Szołajskiego „Człowiek z…” postaci nawróconego esbeka, który przywdział habit i odmawiał modły na szczycie wieży w Kałkowie, świętokrzyskim sanktuarium Golgoty Polskiej (druga znajduje się w podkrynickim Tyliczu)?

Znaczne wrażenie wywiera natomiast i budzi autentyczne wzruszenie sekwencja oświęcimska, w której rolę narratora pełni Manfred Deselaers, niemiecki ksiądz, pracujący w Oświęcimiu jako przewodnik. Jego powściągliwa relacja oraz przywołana, zgodnie z realiami scena w bunkrze śmierci (w odwiedzanym wcześniej przez filmowców Muzeum Nagasaki zgromadzono odtwarzające to obozowe rysunki), wypełnionym ciałami nagich mężczyzn odmawiających różaniec.

Na szczęście zrezygnowano z beatyfikacyjno-kanonizacyjnej apoteozy, przywołującej watykańskie uroczystości. Dodano za to krótkie ujęcie małego Mundka z Matką Boską, dopełniające jego powołanie z początku filmu.

 


„Dwie korony” (2017)
Scen. Joanna Ficińska
Reż. Michał Kondrat
Zdj. Marcin Krynicki, Andrzej Szulc, Karol Łakomiec, Jan Sobierajski, Kamil Polkowski.
Muz. Robert Janson, Roberto Ignis

 

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org