Janusz Gryz - Powrót

I.

Był jasny majowy dzień. Na bladobłękitnym niebie łagodnie zaokrąglały się białe obłoki. Jechaliśmy autostradą, a potem skręciliśmy w wąską, wysadzaną lipami drogę. Samochód toczy się wolno – gdyż chcemy zobaczyć jak najwięcej – wśród zielonych pastwisk i pól, po których przesuwają się lekko cienie i światła. Wiosenne przejrzyste powietrze pozwala widzieć daleko. I wydaje się, że to nie my jedziemy, lecz droga, drzewa, pola nadbiegają i mijają nas, że to ziemia obraca się pod kołami stojącego pojazdu.

Przez opuszczone szyby ciepły wiatr owiewa twarz, usypiająco zanoszą się śpiewem czubate skowronki. Ich dzwoniący trel zlewa się z monotonnym szumem silnika, chropowatym nieustającym szuraniem opon. Pachnie słodko rozkwitające żyto, trawy i kwiaty.

Mijamy wieś z ukrytymi za krzakami bzu domami, porośnięty mchem stary ceglany budynek gorzelni z małymi ciemnymi szybkami okien w pordzewiałych ramach, do którego ściany tuli się śnieżna czeremcha, tonący w łopuchach i martwej pokrzywie zwalony komin. Za nim połyskuje w słońcu żółtą, glinianą wodą płytki długi staw zarośnięty po brzegach zdziczałym gąszczem osiczyn i leszczyny.

W rowie przy sklepie, z czerwoną spaloną słońcem twarzą pokrytą srebrną szczeciną zarostu, śpi z szeroko otwartymi bezzębnymi ustami chrapiący mężczyzna, jego rozrzucone nogi w wymiętych dziurawych spodniach giną w trawie.

Za wsią na pagórku ocienionym brzozami znajduje się cmentarz, dalej rozpościerają się grodzone żerdziami łąki, jasnożółte ciągnące się aż po zaznaczony ciemnym pasemkiem lasów horyzont pola rzepaku, na których z dala od siebie stoją stuletnie brzozy wyrastające po dwie, po trzy z jednego pnia.

Na niebie błyszczą i kędzierzawią się białe obłoki. Wraz ze zbliżeniem się południa powietrze nieruchomieje coraz bardziej. Droga unosi się ku zalanym zielonym owsem wzgórzu, z którego otwiera się widok na szeroki, rozłożysty parów. Pełno tu, żółtych od kaczeńców, podmokłych łąk, a płytka rzeczka wijąca się wśród nich tworzy mnóstwo rozlewisk, gęsto porosłych zielonymi szczotkami oczeretu.

A potem stojący na wyścielonym, rudym igliwiem piasku, ciągnący się długo sosnowy las, po drugiej stronie drogi zagajnik o bladym odcieniu delikatnej zieleni, lecz mocny i gałęzisty, cały jeszcze w jasnych bryzgach i drobnym wodnym pyle, połyskujący srebrzyście pajęczynami.

Wreszcie za ciemnozielonymi świerkami, za zmurszałym murem oplecionym bluszczem błyskają bielą ściany kościoła. Lśniąca cynową blachą i zwieńczona krzyżem wieża wznosi się pośród otaczających lip. Przed bramą na brukowanym placu rozstawiono kilka białych płóciennych namiotów z dewocjonaliami, odpustowymi zabawkami, z zawieszonymi na palikach podtrzymujących daszki wieńcami jasnożółtych obwarzanków. Nie ma tłoku, ludzie leniwie, pojedynczo podchodzą do straganów, oglądają jaskrawy towar, od którego błyszczą się oczy dzieciom i kupują, a to wiatraczek, a to amarantową wypchaną trocinami piłeczkę na gumce, a to klekoczącego skrzydłami drewnianego motyla na kółkach.

Na dziedzińcu przed dębowymi drzwiami kościoła rozproszony tłum. Ludzie stoją w grupkach, rodzinami i widać, że wszyscy miejscowi, wszyscy się znają. Kobiety i dziewczęta wystrojone pstrokato, mężczyźni z zaplecionymi do tyłu rękami z podwiniętymi rękawami białych koszul trzymają w dłoniach samochodowe kluczyki. Nad głowami unosi się świąteczny dziwię dzwonów nie milknących nawet na chwilę, nie pozwalający rozmawiać ani słuchać. A potem z wolna zapada cisza. Czysty, dźwięczny głos księdza płynie wśród radosnego trelu dzwoneczków, wyraźne słowa nauki docierają do uszu z tą niewątpliwą pewnością jaką daje tysiącletnia wiara. Ludzie skłaniają głowy w zadumie, z pokorą, z sercem ściśniętym słodyczą wybaczającej miłości. Duże gipsowe anioły pomalowane odpustową farbką ustawione w trawie wzdłuż wewnętrznego muru rozpościerają nad nimi swoje miłosierne skrzydła.

Z tyłu za kościołem rozpościera się szeroko porośnięta wysoką trawą łączka, na której rozsiadła się pachnąca nowością parterowa kaplica. Tę łączkę kiedyś, gdy byłem dzieckiem, porastał przestronny las sosnowy. I pamiętam jak w czasie odpustu pomiędzy sosnowymi pniami rozstawiony był ekran fotografa z wymalowanym aeroplanem, z napisem na jego kadłubie: Warszawa-Paryż-Rzym i z wyciętym kółkiem okienka. Byłem za mały, aby wyjrzeć przez ten powietrzny bulaj, więc podsadził mnie wujek, weselny muzykant i tak został uwieczniony na zaginionej fotografii płowowłosy chłopaczek frunący w białych obłokach tuż nad ziemią pokrytą śliskimi sosnowymi igłami.

II.

Zjechaliśmy długą prostą drogą po łagodnym zboczu rozległej, wypełnioną młodą, świeżą zielenią zbóż i traw doliny. Wzdłuż jej dna zamiast rzeki ciągnie się wąska linia kolejowa. Widać pociąg jeździł tu rzadko, bo szyny są pordzewiałe, zarośnięte ostnicą, a po krótkim piaszczystym nasypie przystanku rozpełzał ptasi rdest. Na rdzawej, z białymi naciekami, tablicy widnieją wyblakłe czarne litery. Zawieszone w bladym błękicie nad ogromną przestrzenią słońce przygrzewa mocno poprzez lekką, przejrzystą mgłę i wszystko jaśnieje w oczach. I patrząc na tę zalaną słońcem, dyszącą nowym życiem dolinę, wdychając ciepłe polne powietrze przypominam sobie wyczytane niegdyś w starej książce słowa modlitwy wygłaszane podczas nabożeństwa odprawianego w Przewodnią Niedzielę w polu, na oziminach: „Obdarz, Boże, ziemię nową radością, nową runią, pobłogosław ją nowym życiem, niechaj w zapomnieniu zbutwieje w niej nasienie stare, z którego rodzi się ona, młoda i czysta…”

Za starym przejazdem skręciliśmy tam, gdzie w zbitej gęstwinie lipowego parku stał dawny dwór. Przejechaliśmy wolno obok jego otwartej szeroko bramy i w głębi cienistej alei zobaczyliśmy za klombem rozświetloną słońcem różową fasadę. Fasada oddychała otwartymi na oścież oknami, na stopniach schodów bawiło się dziecko. Na fotografii, która się również nie zachowała, a którą znam z opowiadania matki, stoi ona w skromnej sukience wraz ze swoim młodszym rodzeństwem – siostrą i bratem przed tymi schodami. W rękach trzymają kromki chleba grubo posmarowanego masłem – poczęstunek dziedziczki. I kiedy fotograf nachylał się już nad aparatem przygalopował z polowania młody dziedzic. Zatrzymał się przy nich na chwilkę w otoczeniu dyszących chartów, przystojny, z czarnym wąsem, ze szpicrutą w ręce. I po nim to, jak wyznała matka, „odziedziczyłem” imię.

Dziedziców, wraz z ich majątkiem zdmuchnął wiatr historii. We dworze po wojnie rozlokowało się wiejskie przedszkole.

Matka, która siedzi z tyłu, od czasu do czasu wyciąga rękę i opowiada. Opowieść ta jest pełna szczegółów, drobnych, zdawałoby się, nieistotnych zdarzeń, które jednak przechowała jej zadziwiająca osiemdziesięcioczteroletnia pamięć, potwierdzając, że wszystko to, co miało miejsce w dzieciństwie pozostawiło w niej głęboki, trwały ślad. I mamy wrażenie, że te szczegóły są dla niej nieskończenie ważniejsze od całego jej późniejszego dorosłego życia. Czyżby dopiero na końcu drogi odkrywamy prawdziwą wagę zdarzeń czy przez niemalże całe życie nie trwamy w pozorach czczej ważności i dopiero śmierć nadaje mu prawdziwy sens i smak.

Idziemy nad zarośnięty tatarakiem staw. Mieści się on wśród łąk, otoczony głogami, z siwą spróchniałą wierzbą, do którego prowadzi zagłuchła, w wysokiej trawie droga. Matka opowiada, jak się w nim kąpała zarazem z dziećmi z wioski, a ja słuchając jej słów widzę oślepiający blask nieruchomego żółtego stawu i jego żółtych gliniastych brzegów. Przyprowadzone na obiadowy wypoczynek krowy stoją po brzuch w wodzie. Obok rozbrzmiewa radosny pisk, krzyk, śmiech – to rozbierają się dzieci. Zrzucają przez głowę szare, zgrzebne koszule i rzucają się do wody.

III.

Zjechaliśmy do miasta zakurzonego, zastygłego w upale. Rozprażone białe ściany domów, prowincjonalna cisza wypełniająca pozbawione cienia puste ulice, ospale rozgałęziające się skrzyżowania. Na obszernym, wybrukowanym fioletową kostką, rynku stoi pokryty szarym pyłem, zgarbiony brzemieniem niewidzialnej historii Piłsudski. Na rogu kamieniczka o pretensjonalnej fasadzie posmarowanej farbką do prania, w której nocował Napoleon. Obok drzwi muzeum otwarte na nieważki półmrok sieni, na połyskujące w głębi szyby, na zamknięty w nich zasuszony czas. Na ławkach wśród gazonów z przywiędłymi bratkami tu i tam pojedyncze sylwetki starych ludzi, jakby przyklejone do tych ławek, wraz z torebkami, reklamówkami. W dole, przed kościołem, zastygło w bezruchu ogromne jarmarczne koło diabelskiego młynu. Na deskach pomostu pije piwo mężczyzna w zielonym kombinezonie zachlapanym białą farbą. Przejechaliśmy obok długiej ceglanej ściany neogotyckiego kościoła, z jego dwiema wieżami o rażącej ostrości i niedługo potem znaleźliśmy się pośród przedmiejskich ogródków pełnych kwiatów i kwitnących jabłoni. Ledwo widoczne w głębi kryją się kryte papą parterowe domkami w osprzęcie drabin, tyczek, szpadli, grabi, beczek na wodę. Zaczynają się dzielone miedzami liliowiejące zagony, asfalt urywa się i szara wyboista droga zbliża się do ułożonego wysoko na kamienistym nasypie kolejowego toru, by równie nagle zginąć na zarosły tarniną i dzikim bzem wądole.

Na skraju drogi stoi otoczona leszczyną kapliczka. Zbutwiałe liszaje starości, jak macki opuszczenia pełzną po jej złuszczonych wapiennych ścianach. Za pękniętą szybą Matka Boska w biało-niebieskiej szacie rozkłada bezradnie ręce. Dalej dąbrowa. Potężne stuletnie dęby otaczają polanę, na której oślepiająco żółci się rzepak. Brzęk pszczół wypełnia skwarne nieruchome powietrze. Mocno, słodko pachnie rzepakiem, soczystą zieloną trawą, rozprażonymi kamieniami podtorza. I wydaje się patrząc na te dęby, na równe odległości między nimi, na ledwie widoczną wiodącą w głąb dawną drogę, że jest to pozostałość jakiegoś parku. Matka wyciąga rękę.

- Tam stał dwór, w którym moja mama, gdy była panną pracowała jako pokojówka. Przed wojną przychodziliśmy z mamą odwiedzić dziedziczkę. Siedziała na niskim frontowym ganku w wyplatanym fotelu, otyła, ze starannie zaczesanymi w kok siwymi włosami, z pomarszczoną jak jesienne jabłko twarzą. Częstowała nas ciastem i cukierkami, potem kazała iść do sadu, nazrywać czereśni. Z mamą rozmawiała długo i przy pożegnaniu podarowała jej białą bluzkę w niezapominajki. Mama zakładała ją zawsze na uroczystości rodzinne i do kościoła. We wrześniu Niemcy zbombardowali dwór, zginęła dziedziczka, jej córka z mężem i ich kilkuletni synek. A tu, gdzie teraz jest rzepak, był staw pełen ryb, a z tamtej strony na brzegu stała budka kąpielowa pomalowana w biało-niebieskie pasy. Do pomostu przywiązana była  zielona łódka.   

Idziemy drogą zarosłą wysoko trawą, poprzerzynaną zaguchłymi koleinami, śladami dawnego życia, odsuwając nawisłe gałęzie leszczyny. Za ostatnimi dębami, nad równymi, swobodnymi polami w obłokach, w bezkresnym słonecznym przestworzu zanoszą się śpiewem skowronki.

Z prawej strony nasyp toru zatacza łuk aż po horyzont. Dlatego też stoi przy nim budynek stacyjny o niebieskich ścianach. Za torem znad lasu wysuwa się wolno burzowa chmura, powietrze matowieje, coraz szerzej i bliżej rozbiega się po dąbrowie letni szum. Od zbóż, do szarego niewysokiego żyta, ciągnącego się jak okiem sięgnąć, przyjemnie dmucha polny wiatr.

- Tam - matka pokazuje na las - były koszary, stało wojsko. W święta państwowe i religijne w przestronnej świetlicy z dużymi jasnymi oknami wraz z innymi dziećmi występowała na scenie moja młodsza siostra i brat. Hanka pięknie śpiewała, a Zbyszek recytował. Tym samym nalotem Niemcy zbombardowali koszary.

Kiedy uczuwając zmęczenie i głód wróciliśmy do samochodu zaczęło już kropić. W ciemniejącej od deszczu sali restauracji „Magnolia” zapalono światła. Jedliśmy wolno, w milczeniu, ja wciąż spoglądałem na parterowy budynek ze schodami po drugiej stronie ulicy, którego okna zasłonięte były gazetami. Gazety w słońcu pożółkły, wypłowiały. Nie było w nim na pozór nic interesującego, ciekawego, a mimo to patrzyłem na niego, wydawał mi się dręcząco bliski. Ten szary tynk, te schodki, te pożółkłe gazety…  

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież