Janusz Orlikowski - Czy za wysoko?

Katolickie dogmaty są jakby o parę centymetrów
za wysoko, wspinamy się na palce i wtedy
przez mgnienie wydaje się nam, że widzimy.

Ale tajemnica Trójcy Świętej, tajemnica Grzechu
Pierworodnego i tajemnica Odkupienia
są opancerzone przeciw rozumowi.

Tak napisał Czesław Miłosz w Traktacie Teologicznym, w jego czwartej części zatytułowanej Przepraszam. Zaczyna się ona od słów:

„Przepraszam, wielebni teologowie, za ton nie licujący/ z fioletem waszej togi”.Podjęty przez Noblistę temat, a właściwie trzy: Trójca Święta, Grzech Pierworodny i Odkupienie od jakże odległych już czasów późnego antyku były wielokrotnie dyskutowane głosami przemawiającymi za tak, jak również często za nie. Z tych trzech interesować nas tu będzie ten pierwszy, czyli Trójcy Świętej.

Już na pierwszym Soborze Nicejskim w roku 325 pojawia się formuła, która nie występuje w Biblii ale wyjaśnia stosunek Jezusa do Ojca, czyli Boga. Jest to – współistotność. Syn został uznany za współistotnego Ojcu. Pojawił się kierunek, który wytyczył drogę następnym setkom lat. I tak, opierając się na tej formule, sobór w Konstantynopolu  (381 r.) uznał również boskość Ducha Świętego. Następnie na trzecim z kolei soborze w Efezie przyznano Marii, matce Jezusa, tytuł Matki Boga. Tym sposobem ten, by tak powiedzieć, kierunek który został wytyczony na pierwszym z soborów począł stwarzać pewne niebezpieczeństwo rozpłynięcia się istoty Jezusa całkowicie w Jego boskości, bez uwzględnienia ludzkich wymiarów. Zapobieżono temu na soborze w Chalcedonie w roku 451. Pojawiło się, by tak rzec, podkreślenie Jego ludzkiej natury. Tam właśnie, przy istotnym udziale papieża Leona Wielkiego, wskazując na ciągłość z poprzednimi soborami stwierdzono, że Jezus Chrystus jest „współistotny Ojcu  co do Bóstwa, współistotny nam co do człowieczeństwa”. Nastąpiło to, co oddało całkowicie istotę Jezusa, połączenie dwóch natur, ich zjednoczenie w „jednej osobie i jednej hipostazie”. Uzyskano sformułowanie, które w sposób klasyczny wyważyło językowo podwójną naturę Nazarejczyka. Powstała tym sposobem chrystologia dogmatyczna, która miała miała decydujący wpływ nie tylko na późny antyk, ale również na myślenie  średniowiecza i czasów nowożytnych, aż po dzień dzisiejszy.

Czytający te słowa można zapytać o Prawdę, jej interpretację i tejże zrozumienie. Tego ostatniego z pewnością obawiał się Czesław Miłosz pisząc słowa cytowane wcześniej. Niepokoiły go dogmaty, które sobory formułowały. O czym piszę? O przeniesienie tego, co zawierają ewangelie na język wspomnianych soborów. I skąd takie sformułowania się pojawiły. Bo czymże innym one były, jak nie interpretacją tego co zawierała Biblia? Trójca Święta w Biblii nie występuje, jest soborowym dogmatem. Czy jednak ten fakt zaprzecza jej autentycznemu istnieniu?

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na język, czyli i poprzedzające go myślenie czasów, gdy ewangelie zostały zapisane. Jest on wyraźnie, by tak rzec, zapisującym wydarzenia, które miały miejsce. Analiza tekstów biblijnych, co zostało niezbicie dowiedzione, nie traktuje o naturze Boga, ani  człowieka. Zajmuje się tylko i wyłącznie opisywaniem wydarzeń, ich głoszeniem. Nie mamy tam nigdy do czynienia ze sformułowaniami, które by w ten czy inny sposób starały się dotyczyć natury, czy osoby, w jakiś sposób je właśnie chciały zinterpretować. Podobnie dzieje się i w przypadku listów Pawłowych. Zawsze mówi się o wydarzeniach. To i to się zdarzyło, to i to miało miejsce. I nic poza tym. Przedstawione są dzieje, zapisane to, co się wydarzyło i nic więcej.

W książce Czas i tajemnica współczesny niemiecki wybitny filozof i teolog Bernhard Welte   zauważa: „Tekst biblijny, który nowoczesna egzegeza wyjaśnia nam na nowo, (…), mało interesuje  się problematyką rozważaną przez sobory, od Nicejskiego do Chalcedońskiego. A nawet więcej, tekst biblijny z reguły odróżnia Boga od Jezusa. Używany w nim język wyraźnie odbiega od sformułowań nicejskich lub chalcedońskich.” I tu autor służy przykładem z 1 Listu do Tymoteusza, który również przytoczę: „Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus, Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich jako świadectwo we właściwym czasie.”

Bóg zatem występuje tu obok człowieka Jezusa Chrystusa, jak pisze Welte i jest z nim w ścisłym, bym rzekł, związku. W ewangeliach mamy do czynienia z takim sposobem mówienia (pisania), które wskazuje, że piszący w żadnym razie nie myślał jakby miał świadomość identyczności Boga i Jezusa. „Zostało to tak napisane – konkluduje teolog – jak gdyby w ogóle nie myślano o tym, że Jezus jest po prostu <<homoousios to patri>> – współistotny Ojcu.”

Co z tego wynika? Czyżby pierwsi ojcowie Kościoła się mylili tworząc dogmat o Trójcy Świętej? Nic z tego, a nawet wręcz przeciwnie. Cała sprawa opiera się na sposobie myślenia i co za tym idzie rodzaju języka jakim się oni posługiwali. Jest to język typowy dla tego okresu, który poprzez średniowiecze przetrwał do czasów nowożytnych. Zmierza on zawsze do poznania istoty rzeczy i zajmuje się przedmiotami wykraczającymi poza doświadczenie. Tym „przedmiotem” była z pewnością postać Jezusa z Nazaretu, który poprzez swe działania jakby spowodował, że należało przyjąć taki, a nie inny sposób myślenia. Z drugiej strony to sposób, który całkowicie odpowiadał myśleniu metafizycznemu, w stylu Arystotelesa, a to przecież ten okres. Pierwsi ojcowie zachowali się tak, jak wymagała tego epoka. Jakby nie spojrzeć, dokonali interpretacji Pisma Świętego zgodnie z duchem swego czasu. A że on różnił się od języka Biblii, która była pisana w innym czasie, w innej epoce, gdzie dominantą był zapis wydarzeń, to już rzecz inna. Nie mogli inaczej. To był właśnie ten sposób myślenia, tak jak i my dziś jakiś mamy.

Najkrócej i lapidarnie by można całą sprawę określić słowami: w Biblii nie ma mowy o współistotności Boga i Syna, tym niemniej gdy zbierze się wszystkie wypowiedzi, które mówią o relacji pomiędzy Bogiem a Jezusem  i biorąc pod uwagę język pierwszych soborów, który przecież był uwarunkowany kulturowo, to dogmat o Trójcy Świętej nie tylko ma sens, ale również jest Prawdą. Prawdą w znaczeniu metafizycznym i poprzez to również nie można odmówić mu racji.

Heidegger, którego Welte był wielkim zwolennikiem, mówił o naszych czasach jako końcu metafizyki. Twierdził także o konieczności jej przezwyciężenia. Z pewnością pod wieloma względami miał rację. Tym niemniej nie widzę możliwości całkowitego wyzbycia się tego sposobu myślenia. Z pewnością nie jest ono pozbawione sensu. To, że zostało ono zdominowane przez naukę empiryczną, technikę, nie oznacza tym samym jego końca. Ten koniec chyba nigdy nie jest możliwy, a to z uwagi na wieczną chęć człowieka do poznania istoty rzeczy, a tym samym do poznania Prawdy. Chyba, że się mylę.

Z pewnością na soborach doszło do przeniesienia dawnej tradycji, która charakteryzowała się przedstawianiem faktów, konkretnych wydarzeń na język, który owe fakty począł interpretować, tym niemniej tym interpretacjom nie sposób odmówić racji. Z drugiej strony, można zapytać, czy były one czytelne, a tym samym, jakby nie spojrzeć, właściwe. Skoro taki umysł jak Czesław Miłosz ma co do tego wątpliwości, możemy mieć i my. Kwestia rozumienia ma tu znaczenie priorytetowe. Noblista pyta teologów wprost – tak: „I co z tego mogą zrozumieć biało ubrane dziewczynki/ przystępujące do pierwszej komunii?”. Pytanie jak najbardziej zasadne i zbija wszelkie argumenty które byśmy postawili broniąc tezy o słuszności dogmatu o Trójcy Świętej.

Czy zatem sytuacja jest patowa? Sądzę, że nie. Bo zawsze warto wrócić do źródeł. Zawsze pierwszą księgą jest Biblia. I nie chodzi tu tylko o dzieci przystępujące do pierwszej komunii świętej. Chodzi o człowieka naszych czasów. Z pewnością w dużej mierze jest on pozbawiony odczuć metafizycznych. To persona technologiczna, wychowana na kinie akcji, czyli po sobie szybko następujących wydarzeń, bez wnikania w istotę poszczególnych bohaterów. Dobro i zło dzieją się poprzez to, co się wydarza. Bez analizy tego, by tak rzec, kim kto jest, jaka jest jego natura. Czyż nie przypomina to języka Biblii?

Tak, Bernhard Welte na początku naszego wieku (data wydania książki w języku polskim), czyli i nieco wcześniej, miał rację widząc podobieństwa pomiędzy językiem Biblii a sposobem widzenia rzeczywistości przez współczesnego człowieka. Jest to myślenie – wydarzeniowe, czyli prawdą jest to, co się faktycznie wydarzyło. Język Biblii, jego siła, nie opiera się na tym kto kim jest, jakie są jego właściwości, a na tym – co się za sprawą danego człowieka wydarzyło. Tym człowiekiem jest Jezus. I zdarzeń tam co niemiara. To sprzyjało i może i dziś sprzyja myśleniu metafizycznemu i ukonstytuowaniu dogmatu o Jezusie, jako – współistotnemu Ojcu, czyli Bogu. Niby koło się zamyka, a jednak nie. Warto ukazać całą sprawę w sytuacji obecnej.  

Bo współczesny człowiek, by chciał widzieć sprawę: tak, albo tak. A tu tak jest właściwe. Bo będę bronił dokonania soborów, choćby z takiego powodu, że ich nagłe odrzucenie mimochodem powoduje odebranie prawa do boskości Jezusowi. No niestety takie jest dzisiaj myślenie, które mówi – a jednak Jezus nie jest Bogiem, tak jak myślałem i od razu zapomina się o Jego dokonaniach, stwierdzając powyższe. I to nam wystarcza „za wszystkie nasze grzechy”. Czyż nie?

Bernhard Welte proponuje, by poprzez język metafizyczny (Trójca Święta) dotrzeć do języka biblijnego, czyli widzenia Jezusa jako tego, który dokonał to i to. Tym sposobem problem wspomnianej trójcy mógłby ulec przedawnieniu, powolnemu zanikowi...Wspomniany tu wcześniej sposób myślenia technologicznego, postrzeganie kinem akcji by temu sprzyjał.  Ale wcześniej wiele pacierzy, wiele modlitw musiałoby zmienić swe oblicze. Cz to możliwe? O tym wspomniany wcześniej filozof nie pisze. Tym niemniej wygłasza znakomitą konkluzję: „że w spotkaniu z tym Człowiekiem (mowa o Jezusie Chrystusie) i tym, co się przez Niego wydarzyło, dokonuje się zarazem przeobrażające i wyzwalające spotkanie z Bogiem żywym, który zbawia grzeszników i przezwycięża śmierć. Gdy wydarza się prawdziwy człowiek, wydarza się zarazem prawdziwy Bóg żywy, który zwraca się w stronę wierzącego człowieka, w jednym wydarzeniu, wydarza się zarówno człowiek, jak i Bóg żywy. Prawdziwy człowiek i prawdziwy Bóg – jedno wydarzenie.” Czy to jest możliwe? Tak, to jest możliwe. Bo to jest prawda.

 

Również tego autora