Robert Zarychta - Opowieść wigilijna

Pracowałem w księgarni. Praca na chwilę. Okolice świąt. Klienci różni. Księgarnia była outletem, dawniej tytułowano takie miejsce "Książką za 5 złotych". Kiedyś takie przybytki były dla wielu ludzi jedynym punktem na mapie miasta, gdzie można było dosłownie "wpaść na książkę”. Pomimo zmiany nazwy na bardziej europejską grono klientów stanowią te same grupy: uczniowie, matki z dziećmi, łowcy tanich okazji, emeryci.

Dwa tygodnie przed świętami przyszła starsza pani, wyglądająca na siedemdziesiąt lat. Typowe szarości ubrania, które charakteryzują osoby w podeszłym wieku, malutkie oczy powiększane przez grube szkła okularów, alabastrowa skóra i czarne koronkowe rękawiczki. Podeszła do lady kasowej i drżącym, piskliwym głosem zapytała, czy mogę jej zaproponować, polecić książki o komunie, jakieś biografie osób publicznych tamtych czasów, konkretnie zaś aktorów, piosenkarzy. Podeszliśmy do regałów z biografiami i wśród "Stalinów", "Pawlikowskich" i "Curtisów" znaleźliśmy sześć pozycji, które wzbudziły zainteresowanie. Były to biografie Jerzego Połomskiego, Anny German i Poli Raksy, do tego trzy tomy z serii Słynne pary PRL-u. Każdy egzemplarz za dziesięć złotych, łącznie sześćdziesiąt. Udaliśmy się do kasy i taką kwotę zakomunikowałem.

- Oj, to mi się trafiło, tyle dobra za sześćdziesiąt złotych. Mam prośbę, czy może pan napisać w tych książkach dedykacje?
- Nie ma najmniejszego problemu – odpowiedziałem i wyszedłem zza lady. Zacząłem pisać.
- To Pola Raksa? To wtedy "Dla miłej, spokojnej, ładnej pani Basi", bo pani Basia ładna jest, jak Pola Raksa.
- A od kogo? - zapytałem.
- Niech pan napisze, że od Świętego Mikołaja. A to Połomski? Połomski dla pana Zbyszka, "dla miłego, sumiennego i uczciwego pana Zbyszka". Połomski dla pana Zbyszka, bo ma taki ładny głos, jak Połomski. I też, że od Świętego Mikołaja.

I było sześć książek, było też sześć dedykacji. Każdy obdarowywany był "miły, uprzejmy, ładny…". W gruncie rzeczy to prawie każdy z ludzi, jeśli ich bliżej nie poznać, jest „miły, uprzejmy, ładny...”, takie bezpieczne i bezkonfliktowe określenie mało znanej osoby. To tak, jakby starsza pani chciała rozdać te książki przypadkowym ludziom na ulicy. Zastanawiało mnie, dlaczego robić prezenty dla "miłych, uprzejmych, ładnych…", w moim mglistym przekonaniu wcale nie „bliskich”, a nie zrobić sobie samej jakiegoś prezentu?

- A może zainteresowałaby się pani tą biografią Marii Kownackiej, tej od Plastusia? Warto podarować coś sobie samej, prawda? - powiedziałem. Nie spodziewałem się jednak odpowiedzi, którą usłyszałem z jej ust.
- Drogi panie, nie dla mnie takie prezenty, nie dla mnie. Kilkanaście lat temu poszłam do lekarza, żeby zbadał mi wzrok. Martwiłam się, ponieważ coraz gorzej widziałam. Lekarz wysłał mnie   do specjalisty, a tamten oznajmił, że muszę oszczędzać wzrok, jakaś choroba, nie pamiętam już jaka.

Spytałam tylko, czy mogę czytać książki? Powiedział, że w żadnym wypadku! Jeśli mam cokolwiek wiedzieć, to jedyną opcją jest tylko i wyłącznie niewymuszone spoglądanie, żadnego obciążania oczu, żadnego wysiłku. To był wyrok, bo kocham książki, kocham czytać. Pochodzę z przedwojennej rodziny nauczycieli, literatura była u nas od zawsze na pierwszym miejscu.

- I dlatego wszystkie z dedykacjami, tak? - odrobinę smutny zacząłem powoli rozumieć jej zakupy.
- Tak, tak. Ja już nawet nie mogę pisać, pisanie to też zmuszanie wzroku, niestety. Dlatego poprosiłam o napisanie tych kilku słów na każdej z nich. A wszystkie są dla osób, które mieszkają w mojej klatce schodowej. Rodziny nie mam, przynajmniej sąsiadów obdaruję. Nie wiem czy się ucieszą, ja ucieszę się bardzo, bo jeśli przeczytają choć kilka stron, to przecież przeczytają. Ja już nic w życiu nie przeczytam. Przynajmniej oni przeczytają, przynajmniej oni. Taki prezent dla nich i przy okazji dla mnie.

Po tym zwierzeniu starsza pani rozejrzała się wokół siebie i zauważyła torebki z Mikołajami. Zapytała, ile kosztują, kupiła sześć, zapakowała w nie wszystkie książki, pożegnała się i wyszła.

Wracałem po pracy do domu. Zastanawiałem się nad tym wydarzeniem. Moje myśli krążyły wokół pobudek, motywacji klientki. Przyglądałem się spotkaniom na klatce, kiedy pan Zbyszek, ten klatkowy Połomski, dostaje prezent od sąsiadki. Może pomyśli, że znowu się naprzykrza ta staruszka, jakieś głupoty mu daje. A może odwrotnie. Może będzie to jedyny prezent na święta dla pani Basi. Jeszcze inaczej? Możliwe, że moja klientka po prostu położy książki na wycieraczkach i nikt poza nią i mną nie będzie wiedzieć, kto dał te podarunki. Myśli mimowolnie zaczęły zbliżać się do innej opowieści. Przypomniałem sobie opowieść świąteczną z ostatnich scen filmu Dym. Zrządzenie losu prowadzi Auggiego do ślepej babci młodocianego złodziejaszka. To ogromne pragnienie opuszczonej starszej kobiety, żeby wreszcie odwiedził ją wnuczek, ten dobry wnuczek. Ta rola, której podejmuje się Auggie, rola, aby zrobić świąteczny prezent i stać się tymże wnukiem na tę krótką chwilę.

Łączyłem wszystko i splatałem. Czyż obie opowieści nie są do siebie podobne? Samotni ludzie pragną obecności w mikroświatach innych osób. Świąteczny czas, przynajmniej z założenia ma zbliżać nas wszystkich. Czy opowieść Auggiego była prawdziwa? A może to fikcja? Może moja opowieść też jest fikcją? Czy to jest ważne? Obie traktują o zwyczajnym życiu. Życiu, które przydarza się Auggiemu, mi oraz Tobie. I tylko od nas zależy, czy dostatecznie wnikliwie będziemy się temu życiu przyglądać.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież