Stanisław Stanik - „Quinarius” – zapomniana grupa

Prof. Ewa Głębocka z IBL PAN w książce o grupach literackich w Polsce nie umieściła informacji o casusie „Quinariusa”. Rozmawiałem z nią na temat tego artykuliku, ale wytłumaczyła się z niedopatrzenia enigmatycznie. Żeby było ciekawiej w książce wymieniła rozmówcę jako uczestnika grupy warszawskiej „Świat”, działającej w Warszawie na przełomie lat 80. i 90.

A wiedza o grupie poetyckiej „Quinarius” jest w świadomości krytyków literatury zerowa. Jak to się mogło stać? Grupa powstała w 1971/2 roku, zwołana przez niżej podpisanego na podstawie zgłoszeń poetów, raczej raczkujących, o dorobku niewielkim (mowa o doświadczeniach drukiem). Kto przyszedł na pierwsze spotkanie zespołu na parter gmachu Uniwersytetu w Lublinie nieopodal biblioteki językoznawczej, z drugiej strony korytarza od lektoratów? Joachim Lodek, Józef Zon, Jan Gonet, Jan Piotrowiak, Stanisław Stanik – studenci różnych kierunków studiów. Lodek był historykiem sztuki, Zon filozofem, Gonet psychologiem, Piotrowiak i Stanik polonistami.

Najpierw zastanawiali się nad obiorem nazwy dla grupy. Przystawałem za jakąś nawiązującą do świeżych trendów w literaturze, do nowej fali, ale zwyciężyła propozycja „stonowana”, wzięta z języka klasycznego, łaciny (bo towarzystwo lubowało się w klasyce, która miało swój kierunek na uczelni). Wygrała nazwa „Quinarius”, zaproponowana przez Zona, która oznaczała „Pięciu”, tylu, ilu nas było.

Mogliśmy znaleźć oparcie w piśmie KUL-owskim „Polonista”, ukazującym się nieregularnie, drukowanym na powielaczu. Publikowano w nim przede wszystkim rozprawy naukowe, ale i literaturę piękną studentów uczelni. Za moich czasów prowadził je doc. dr Ireneusz Opacki, opiekun, znakomity znawca romantyzmu, człowiek żywy i inspirujący. Strony technicznej pisma dopilnowywał Tadeusz Pudło, który zmienił potem nazwisko na Polanowski. W zespole redakcyjnym znajdowali się Jerzy Kaczorowski, Janusz Olczak, Jan Piotrowiak i ja. Wszyscy projektowaliśmy zawartość numeru i podejmowaliśmy decyzje odnośnie działań na niwie literatury. Toczył się dyskurs kogo zaprosić na wieczór autorski: Piotra Kuncewicza czy Andrzeja Mencwela (ja optowałem za drugim), bo był modnym publicystą w „Literaturze”). W tych czasach przyjeżdżali różni pisarze na spotkania autorskie ze studentami: Anka Kowalska, Stanisław Barańczak, Piotr Kuncewicz, Wiktor Woroszylski i inni. Ciekawe, wszyscy zapowiadali się świetnie, wydawali się być szczerze oddanymi krajowi, patriotami o duchu narodowym, a okazali się potem zawirowanymi figurami: Kowalska została działaczką KOR-u, Barańczak okazał się liberałem, Woroszylski stał się aktywistą na rzecz żydostwa, Kuncewicz masonem.

KUL to było także panopticum osobliwości; jedność zachowywał przez różnorodność. Odbijał się wyraźnie od zasad i praktyki stojącej w opozycji do innej uczelni lubelskiej UMCS (Uniwersytet im. Marii Curie-Skłodowskiej). Można powiedzieć, że obie uczelnie KUL i UMSC były wrogo nastawione do siebie. Różnice między nimi widoczne były i na poletku poetyckim. O KUL otarli się Edward Stachura, Dominik Opolski, starsi poeci: Łączkowski, Tkaczuk, Eyssmontt, Markowa, Krzysztoń, Anka Kowalska. A tu teraz wysforowali się do przodu poeci młodszej uczelni, formując grupę literacką „Samsara”. Byli szybsi od KUL-owian, wystąpili przed „Quinariusem”, narobili dużo, dużo więcej hałasu, bo wydawali jednodniówki, organizowali happeningi, jeździli na spotkania autorskie­… Wybijali się w niej Waldemar Michalski, Dominik Opolski (po przejściu na UMSC), Tadeusz Kwiatkowski-Cugow, Cezary Listowski. Głosili oni hasła kolektywistyczne i tym samym nie przystawali do nowej fali, która opowiadała się za indywidualizmem.

Nie ważne jak było z zasługami „Samsary”. Wiadomo, że rozbili jakiś konkurs studencki w Lublinie (przeciw Hipolitowi Piątkowskiemu jako przewodniczącemu jury), wywołali skandal w Kielcach podobny skandalowi Niemena w Radomiu etc. „Quinarius” przy nich miał się nijak. Jak na grupę pokoleniową, a takie powstały w okresie nowej fali, wystąpił późno, poza tym jej program odstawał od haseł nowofalowych. Zamiast krwi studenci mieli trociny, jakby powiedział krytyk Szaniawskiego: Zamiast głosić jakieś świeże, odważne, ekscytujące poglądy, chowali się za parawan tradycji literatury klasycznej.

Już nazwa łacińska „Quinarius” mogła się nie podobać, przecież pokolenie było plebejskie, a sterowane potrzebami tzw. proletariatu; cóż dopiero mówić o wierszach, które u Quinariuszy były spokojne i lały się jak woda nurtem rzeki o wysokim korycie. Nie było werwy, nie było chęci romantycznego „wzlatywania nad poziomy”, błyszczącego blichtrem polotu. Jednak patrząc z perspektywy czasu: cóż zostało z buńczucznych zapowiedzi grup „Teraz”, „Wprost” i innych? Ziściły się ich zamiary i retorsje? Przecież jasno widać, że pokolenie „Współczesności”, przeciwko któremu wystąpili, wydało więcej indywidualności, utrwaliło się dobitniej i pozostawiło po sobie lepsze wrażenie.

A jak było dalej z „Quinariusem”? Grupa wystąpiła wspólnie z programem, dość zawoalowanym, utrzymanym w wiadomej tonacji, reprezentowanym przez wiersz każdego jej członka w piśmie „Polonista” (nakład 99 egzemplarzy, a pismo przechodziło jeszcze przez cenzurę Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk, cóż mogło znaczyć?). Program przy niewielkiej pomocy przyjaciół napisał zaaprobowany przez wszystkich przywódca grupy Stanisław Stanik, naówczas szef Sekcji Twórczości Własnej i członek zespołu pisma „Polonista”.

Było i drugie wystąpienie w piśmie „Polonista”, ale już nie sygnowane nagłówkiem „Grupa”. Już każdy pisał jakby indywidualnie, na swoje konto, acz w otoczeniu zespołu kolegów. Działo się tak dlatego, że akurat po okresie wybuchu rewolty za czasów Edwarda Gierka, coraz bardziej przyciskano ludzi do muru, i na wydawanie tak podejrzanego, reakcyjnego pisma jak „Polonista”, i to na KUL, gdzie nawet nie było SZSP, nie było zezwolenia. Ostatni numer „Polonisty” ukazał się w 1973 roku, a pismo miało tradycję długą, sięgającą roku 1958.

Jaka była poezja młodych zebranych w grupie „Quinarius”? Stanisław Stanik miał za sobą doświadczenie współpracy z pismami takimi jak: „Kamena”, „Za i Przeciw”, „Współczesność”. Jego poezja była ściszona, nie krzykliwa jak u rówieśnych, ale pisywał też odważne artykuły programowe, które odrzucało systematycznie pismo „Student” a zaaprobowało tylko jedno „Za i Przeciw” („Młodzi oryginalni”). Joachim Lodek był studentem starszym, ale miał szacunek i uznanie, bo prowadził teatralną grupę Teatr Ubogi, pisywał scenariusze widowiskowe i trochę za dosłowne wiersze. Jan Piotrowiak zapowiadał się na naukowca, jego wiersze, rzadko drukowane, porównywano do wierszy grupy „Sztuki i Narodu” o wielkiej rozpiętości skojarzeń. Jan Gonet, ekspresyjny, trochę nieskładny, wodził rej jako mówca w wiersza – mimo zapobiegliwości źle sobie poczynał. Najoszczędniejszym, trochę zimnym, ale gnomicznym okazał się w stylu Jan Zon. Wbrew pozorom to on wybił się później najwyżej jako profesor filozofii. Inni tak wysoko nie wznieśli się.

Ponieważ poeci wystąpili w grupie pod koniec studiów, porozjeżdżali się wkrótce po całym kraju i zerwali więzi między sobą. Mogli jeszcze tworzyć na własny rachunek, ale nic takiego się nie stało. Nawet Joachim Lodek gdzieś utknął w Austrii jako sprzedawca antyków a niżej podpisany też długo był atakowany, zatrzymał się przy Warszawie i spisał niniejszą notkę.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież