Stanisław Stanik - Moje Kielce

Zdzisław Antolski przywłaszczył sobie jako twórca region Ponidzie, gdzie się urodził (Skalbmierzu), a potem już stolicę Gór Świętokrzyskich – Kielce. Właśnie wydał książkę retrospektywną „Moje Kielce literackie”, nawiązującą do lat wczesno młodzieńczych poety, a i późniejszych – aż po czasy obecne, które spędza w tym mieście, wrośnięty w jego krwioobieg społeczny i kulturowy. „Moje” – oznacza widzenie subiektywne, ale i prywatne, dostępne tylko dla siebie.

Ów zindywidualizowany portret miasta, w którym dojrzewa i wylęga się nowe środowisko artystyczne, głównie literackie, niedostępne przedtem poziomowi swego zakorzenienia w rytm ośrodka, niewiele odbiega od obiektywnego żywota, wszak został wydobyty z trwałych dokumentów: notatek prasowych, artykułów, recenzji, wywiadów. Żeby było barwniej i bardziej dogłębnie przemieszane to jest wszystko z własnymi wspomnieniami autora, które – z racji swej oszczędności – nie mogą być pomówione o tendencyjność ani o czczy wymysł.

Nowa pozycja wydawnicza Antolskiego to solidna książka-portret miasta, dopracowującego się własnego środowiska twórczego w czasie głównie końca XX wieku. Najdonioślejszą warstwą portretu są akcenty osobiste tekstów. Właściwie „wszystko się zaczęło” – można powiedzieć – od pierwszego druku wiersza przez poetę na kartach książki debiutu „Bazar poetycki” (1974). Gdy drogą konkursową gromadzono wiersze do ich publikacji w Kielcach, ja przeprowadzałem się dopiero co z Lublina, po ukończeniu studiów polonistycznych. Znalazłem się na nowym miejscu w redakcji „Echa Dnia”, gdzie wykazywałem inklinacje literackie i zacząłem toczyć bój z notablami życia kulturalnego, niechętnie nastawionymi do młodych. Ale młodzi, których talenty dopiero krystalizowały się, przeciwstawiali się siłą sztuki również oporowi środowiska i ich sposobowi myślenia.

Książka Antolskiego zaczyna się debiutem poety i tym otwiera panoramiczną opowieść o jego własnych doświadczeniach osnutych na kanwie wątków portretowanych. Po publikacji pierwszego wiersza zetknął się autor z krytykami, patronującymi działaniem: Ryszardem Miernikiem, Stanisławem Nyczajem i jego żoną Reną Marciniak. Poznał swego nieco starszego ziomka z „Ponidzia” Adama Ochwanowskiego, uścisnął rękę rówieśnemu sobie, uchodzącemu za najzdolniejszego - Józefowi Andrzejowi Grochowinie. Zbliżył się też do startujących równocześnie Marka Gosudarskiego i Jana Stępnia. Działo się to w Klubie Dziennikarza, w którym mnie zobaczywszy po raz pierwszy, skonstatował: „Wśród świeżo poznanych tego wieczoru osób znalazł się również Staszek Stanik, bardzo przystojny mężczyzna, jak mówiły młode poetki, choć jakby onieśmielony, redaktor działu kulturalnego w gazecie „Echo Dnia”. Staszek niebawem miał się również ujawnić jako poeta”.

Mieszkałem w Kielcach w wynajętym pokoju przy ulicy Spacerowej 23. Odwiedzali mnie różni ludzie pióra, lecz Antolskiego nie gościłem. Widywaliśmy się w kawiarni „Dziurka” i na okazjonalnych imprezach. Szedł własną drogą. Ale już w recenzji z debiutanckiego tomiku dostrzegłem w nim arcyciekawego, zbuntowanego burzyciela ludzkich sumień. Tak Antolski został stałym bywalcem tego klubu.

Zdzisław, ożeniony z jeszcze bardziej buntowniczą poetką, Małgorzatą Gołąbek, gościł na nagraniu poezji młodych literatów kieleckich Piotra Kuncewicza. Zaprosił i mnie – pamiętam – na dużą wódkę do swego mieszkania przy ulicy Słonecznej. Nie wylewano na tym wieczorze alkoholu za kołnierz, ale jak było z nagraniem wierszy, nie wiem już, pamięć mnie zawodzi. Uświadamiam sobie, że w jakiś czas po imprezie ktoś mnie klepie po ramieniu i mówi „słyszałem w eterze, jak recytowałeś poezję”. Skojarzyłem sobie, że chodzi o audycję nagraną przez Kuncewicza. Nie dowiedziałem się tylko, jaki mój wiersz puszczono na antenie, jakie inne wiersze mu towarzyszyły, a szkoda, bo to był szerszy debiut, na miarę krajową, całej grupy artystów słowa regionu kieleckiego. Szkoda to tym większa, że właśnie nie sposób dziś dotrzeć do rezultatów działań Kuncewicza w mieście sobie upodobanym, jakim były Kielce. Z większą drobiazgowością Antolski odnotowuje wystąpienie poetów „Bazaru” na plakacie poetyckim. Wystąpiłem tam wtedy pod pseudonimem Antoni Krakowiak z wierszem pt. „Motyl”, a ten wiersz po latach spodobał się samemu Miłoszowi! Był drukowany w owym pamiętnym 1976 roku poza plakatem poetyckim w almanachu pt. „Bazar 2”.

Po pamiętnych dziś podchodach Zdzisław Antolski zaczął myśleć o wydaniu własnego, dobrze obmyślanego tomu z wierszami. Zrealizował swój zamiar bardzo szybko. W 1982 roku, m.in. za wiersze o chłopie Józefie, dostał nagrodę kieleckiego miesięcznika „Przemiany”. Za zbiór wierszy „Okolica Józefa”, czwartego z kolei, otrzymał w 1985 roku nagrodę w konkursie organizowanym w Kielcach a w 1986 roku krakowską nagrodę im. Andrzeja Bursy. Tom ten rozbudził żywe zainteresowanie, wywołał zróżnicowane sądy, odbił się dalekim echem po opłotkach autentyzmu. Pisali o nim Jerzy Daniel, doświadczony dziennikarz, Zbigniew Nosal, reportażysta, Janusz Lenczewski, opozycjonista ze „Studenta”. Osobne oceny zredagowały „Pismo Literacko-Artystyczne” i „Życie Literackie”, pomijając już napomknięty w podtekście „Magazyn Słowa Ludu”. Sława Antolskiego roznosiła się.

Jak i gdzie odnalazł się poeta, wszedłszy na spektakularny szczyt swoich osiągnięć? Napisał tak: „W 1987 r. ukazała się antologia poetów KKMP pt. „Rysopis” pod redakcją Reny Marciniak. Podsumowuje ona dorobek poetów KKMP, do której to organizacji twórczej zawsze miałem serdeczny, osobisty stosunek. Książkę otrzymałem podczas Warszawskiej Jesieni Poezji, na której długo rozmawiałem z Janem Bolesławem Ożogiem, co było dla mnie ważne, bo ceniłem jego odmianę autentyzmu, będącego twórczą kontynuacją klasycznych tez tego gatunku sformułowanych przez Czernika wspartego i wzbogaconego o dorobek Junga, Fromma, Horney i innych przedstawicieli neo-psychoanalizy”. Ustawicznie powiększał swój dorobek Antolski, ale już nie powtórzył tego sukcesu, jaki osiągnął nadal opiniowanymi utworami z „Okolicy Józefa”. Przywiązanie do swojej małej ojczyzny wykazał wydając debiutancki zbiór opowiadań z 1994 roku pt. „Moje Ponidzie. Historia intymna.”. Pokoleniowo jednolitemu pisarstwu towarzyszyły publikacje w pismach o różnych odcieniach ideowych: „Poezji”, „Twórczości”, „Frazie”, „Nowym Wyrazie”, „Dekadzie Literackiej”, „Akancie”, „Magazynie Literackim”, „Radarze”, „Przemianach”.

Do sprawy autentyzmu poety godzi się powrócić jako że Zofia Korzeńska w monografii jego twórczości powołuje się na żywy wpływ na niego tego trendu literackiego. W wywiadzie dla „Myśli Polskiej” (z 7 marca 1999, nr 10) zadałem mu następujące pytanie: „Autentyzm to poetyka polskiej prowincji. Współcześnie uprawia go spośród starszych grupa krakowska „Tylicz”, a poza tym w kim jeszcze widzi pan podobieństwo w sposobie pisania?”, Antolski odpowiedział: „Ja myślę, że autentyzm jest nie tylko prowincjonalny, jest także bardzo ludowy, trochę siermiężny i bardzo polski. Odwołuje się do czytelnika, który nie lubi, aby mu „opowiadano bajki”. On chce prawdy, ale nie zdaje sobie sprawy, że tę prawdę nie zawsze daje się wyrazić „wprost”, że jest ona często nieuchwytna i można ukazać ją za pomocą fikcji”. A dalej poeta kontynuuje: „Autentyzm więc to protest przeciwko różnym wizjom, przeciwko schematom. Literatura ma być po prostu „narzędziem badawczym” duszy ludzkiej. Dodajmy – narzędziem pięknym. Mimo tylu pozytywów autentyzm stara się przezwyciężyć go w sobie, bo jest genetyczną cechą niemal autorów mających wiejskie korzenie. Wszak fantazja, mit, zmyślenie to także przejawy ludzkiego ducha i autentyzm nie może ich odrzucać”.

Eksponowanie własnej osoby nie jest metodą pracy Antolskiego. Wiersze są w niej zorganizowane w jeden wachlarz o różnych planach, nachodzących na siebie. Drugim planem po podmiotowym jest w tej książce szerokie tło pokoleniowe osób towarzyszących pisarzowi. Stanowią one zestaw nazwisk adeptów pióra, którzy z czasem, wyrastając z nim w literackim miasteczku wspinali się powoli w górę areopagu literackiego w granicach całego kraju. Młodość związała Antolskiego z twórcami, rówieśnikami tej miary co Józef Andrzej Grochowina, Adam Ochwanowski, Jan Stępień, Leszek Kumański, Marek Gomdarski, Andrzej Biskup, Małgorzata Gołąbek. Stanowili oni trzon nieformalnej grupy „Bazar” (nazwa pochodzi od tytułu antologii młodej poezji Kielc), której nie łączył program ani nie łączyła dyscyplina działań. Może z racji na szerokie uczestnictwo młodzieży w zadaniach. Ewa Głębocka z Warszawy nie zaliczyła „Bazaru” do grup (w specjalnej książce), ale też „Bazar” to było coś więcej niż grupa.

Dużo przemawiało za tym, żeby palmę pierwszeństwa w uwadze oddać na rzecz książki osobie obrosłej dziś mitem Józefa Andrzeja Grochowiny. Był on nieformalnym przywódcą pokolenia nowej fali na gruncie kieleckim. Nie mogąc znaleźć tu dla siebie miejsca, wyemigrował do Warszawy, gdzie skończył studia polonistyczne. Pędził życie cygańskie, sycąc swoje potrzeby głównie papierosami i alkoholem. W poezji zaszczuwany, sięgnął po szczyty osiągnięć na rynku piosenkarskim jako tekściarz. Nie mógł poradzić sobie z obciążeniami biologicznymi. Powiesił się na pasku od spodni w swoim pokoju na Ochocie. Niezależnie od uzdolnień, dziś postrzegany jest jako guru swego pokolenia literackiego, przebijającego się z opłotków wiejskich poprzez nonkonformizm (długie włosy, głoszenie swobód) na salony warszawskie. Tyle mówi Antolski o swym koledze wprost, w osobnych passusach i między zdaniami.

Józef Andrzej Grochowina pochodził z Tomaszowa, miejscowości na Ponidziu. To zbliżyło obu: jego i Antolskiego. Podobnym znajomym, którego łączyła z Antolskim jedna ziemia, Ponidzie – był Adam Ochwanowski. Chadzał ze swym nieco młodszym kolegą do tego samego kościoła. Z czasów inicjacji poetyckich wzięła sią podległość jednego od drugiego, bowiem Ochwanowski pracował w Urzędzie Miejskim w Kielcach u boku Ryszarda Miernika, a Miernik, sam pisarz, rozkręcał sprężynę życia literackiego w mieście. Ochwanowski pisał pięknie, Antolski prawdziwie. Pierwszego po emigracji do USA przyciągnęła „Twórczość”, mimo to nie mógł ustabilizować się na Zachodzie. Mieszkał w piwnicach, na plaży, popijał tanią wodę, aż wrócił na Ponidzie, nie omijając częstymi wypadami Kielc. Ta przyjaźń przetrwała najgorsze, jest żywa do dziś.

Trzecim przyjacielem, godnym szerszej uwagi, jest zdolna autorka, zwana „Safoną poezji kieleckiej”, Małgorzata Gołąbek, zbuntowana żona Antolskiego. Pędziła bogate życie towarzyskie, a w twórczości nie stroniła od skandali. Nie była byle płotką, skoro dostrzegł ją krytyk Piotr Kuncewicz i przedstawił jej sylwetkę w „Agonii i nadziei”. Znudziło się wszak Gołąbkównie, a od poezji wolała sutą strawę i dalekie wojaże. Wyjechała do Niemic, gdzie znalazła pracę i zaczęła pędzić inne życie. Długo milczała jako poetka, czasem w tym względnie daje o sobie znać.

Nie wszystkie te rzeczy opisuje Antolski, aczkolwiek ma ich świadomość, bo narracja jest prowadzona z pozycji czasu dzisiejszego, z wglądem w retrospekcję. Ale nie tylko istotny jest opis. Poeta i krytyk przytacza fragmenty twórczości swoich kolegów-pisarzy. Relacja wskutek tego jest dokumentacją żywej działalności, nie pomijająca opinii krytycznych, relacji z drugiej ręki i autopsji. Wszechstronność wizerunku odznacza „bazarowców”, z których zostali przywołani tylko najbliżsi, a omówieni – nie bez zasady wartości. A przecież na widnokręgu drugiego planu pojawiają się i jednostki niewiele mniej ciekawe. Są też twórcy drugiego kręgu, do którego Antolski zbliżył się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To rówieśnicy z KKMP, ośrodek kielecki. Los zetknął go z takimi autorami tego środowiska jak Grzegorz Kozera, Jarosław Gawlik, Krzysztof Sowiński, Andrzej Piskulak. Byli starzy ze środowiska, którzy uczyli organizacji i mecenatu, byli młodsi, dopiero raczkujący. W każdym razie Antolski uczył się „miasta”, ale uczył się i szerokiego świata.

Jest coś, co nadaje klimat artystyczny tej książce, a tym czymś jest jej trzeci plan, obejmujący tradycję literacką Kielc i Kielecczyzny. Na horyzoncie pełno tu pamiątek i dokumentów literatury. Z żywo bijącym źródłem literackim, pismem „Młodzi Idą”, zetknął się jeszcze w liceum im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, a to przez profesor Helenę Wolny. Tak o tym napisał z perspektywy lat: „Pani Helena Wolny była inicjatorką wskrzeszenia szkolnego pisma „Młodzi Idą”, w którym przed wojną drukowali „kieleccy Skamandryci”, a więc Józef Ozga Michalski, Mariusz Sołtysiak (w czasie wojny głośny dowódca oddziału partyzanckiego Armii Krajowej o nazwie „Wybranieccy”; nosił pseudonim „Barabasz”) i Józef Krzeczowski (zaraz po wojnie wyemigrował do Kanady) oraz późniejsi prozaicy: Gustaw Herling Grudziński i Wiesław Jażdżyński”. W pamięci o tych ludziach i ich działalności późniejszej wzrastał młody Zdzisław.

Ale była też arcyciekawa tradycja wcześniejsza, młodopolska. Współtworzyli ją Stefan Żeromski, Adolf Dygasiński, zahaczyła o nią Zofia Nałkowska. Ci twórcy ciągle, nawet po zakończeniu żywota, współkształtowali świadomość powagi całego regionu Kielecczyzny, zanurzonego pamiątkami po czasy wczesnosłowiańskie, a nawet rzec można – starożytne. Te ancedencje teraźniejszości można by wyprowadzać od czasów piśmiennictwa najdawniejszego. Jeszcze na poły po łacinie i po polsku pisał pierwsze poezje u nas Władysław z Gielniowa, po nim za pewien czas Mikołaj Rej i Jan Kochanowski, dwaj „słowiarze” zahaczający biografią o tereny Świętokrzyskie, a potem doszedł jeszcze Wespazjan Kochowski. O tej najdawniejszej tradycji Antolski nie pisze, lepiej zgłębił ją Stanisław Mijas, ale już późniejsi autorzy tworzą otoczkę chwały i wielkości regionu. Doskonale ją poeta-krytyk wychwytuje.

Obchodziła talentami ta ziemia w okresie międzywojennym, acz żaden nie chciał tu ostać się na miejscu. Tu powinny paść takie nazwiska jak wspomniani Herling Grudziński i Nałkowska oraz godni uwiecznienia Witold Gombrowicz i Józef Morton.

Ziemia ta obrodziła w talenty po II wojnie światowej. W 1971 roku w Kielcach odbył się zjazd dwudziestu trzech pisarzy, pochodzących z Kielecczyzny, którzy osiedlili się w innych miejscowościach kraju, głównie w stolicy. Wśród gości byli m.in. Sylwester Banaś, Józef Morton, Józef Ozga Michalski, Edmund Niziurski. Był to drugi tego typu zjazd, pierwszy przed dziesięciu laty zorganizowało pismo „Ziemia Kielecka”. Z miejscowych talentów przewijali się przez środowisko, osiadłszy na Kielecczyźnie: Waldemar Babinicz, Henryk Jachimowski i przybyły z Opola Stanisław Nyczaj. Wspomagał młodych Henryk Kawiorski, a duszę im oddał wspominany Ryszard Miernik. Po wystąpieniu „Bazaru” środowisko pisarzy kieleckich wzrastało do rangi ciekawszych i liczniejszych w kraju. Najpierw powstał tu oddział literacki ZLP, potem wyklarował się na najprężniejszy w kraju, osiągając liczbę 53 członków.

Wielki udział w szerokiej autonomiczności twórców Ziemi Świętokrzyskiej, z początku im nieprzychylnej, mieli i mają literaci „Ponidzia” (do których i Henryk Jachimowski należał). Taka jest statystyka zjawiska miejscowego życia literackiego. Przez pryzmat indywidualnych działań i aktywności pisarskiej Antolski ukazuje szczególnie życie literackie sobie współczesne. Wspiera się przy tym o własną pamięć, wskutek czego zjawiska są żywe i bogate. Szerokiego oddechu nabiera jego tekst z momentami przytaczania całych recenzji, wystąpień krytycznych i cytowania utworów. Mam sobie za zaszczyt, że wśród autorów przewijających się na kartach tej książki pojawia się nieraz i moja osoba. Dzięki temu w ten sposób ta praca ma podwójny subiektywizm odautorski i czytelniczy, przynajmniej w moim przypadku.

Cóż mogę powiedzieć o stosunku autora do mojej osoby? Jest on na pewno życzliwy i poświęcający mi wystarczająco dużo uwagi. Pierwszy bodaj ujawnił, że w środowisku dałem się poznać jako poeta drukujący pod pseudonimem (także w „Bazarze 2”). Przytoczył niemal w całości trzy ważkie moje materiały krytycznoliterackie, dwa drukowane w „Echu Dnia” (recenzja „Bazaru” i artykuł „Ich wejście do literatury”), jeden drukowany w „Myśli Polskiej”. Czwarty artykuł – „wstępniak” do prezentacji „Poetów z Kielc” w „Kamenie”, nr 23 z 1975 roku, puszczony w piśmie anonimowo, też był mojego autorstwa, do czego się przyznaję. Po latach liczne znaki, jakie zostawiłem w życiu Kielecczyzny, odczytuję jak hieroglify, a pasjonaci typu Antolskiego tylko pozwalają im ożyć.

 


Zdzisław Antolski, Moje Kielce literackie, Kielce 2016, ss 228.

 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org