Roman Sidorkiewicz - Antoniego Tokarczuka walki plemienne

Instytut Pamięci Narodowej wyszedł ze słuszną inicjatywą wydawniczą – publikowanie wspomnień ludzi, którzy znaleźli się w epicentrum  historycznych wydarzeń. Dotyczy to różnych wydarzeń. Tym razem na tę arenę  wkroczył  Antoni Tokarczuk.
To wybitny działacz solidarnościowy. W latach 1980-2001 był bez przerwy w wirze wydarzeń związkowych i politycznych. Jest więc wiarygodnym świadkiem tamtego okresu. Dziś jest politycznym emerytem.

Sam wycofał się z polityki w wieku zaledwie 50 lat. Nie podał przyczyn. To niewiarygodne, gdyż jest „zwierzęciem politycznym”. Jego towarzysze z Porozumienia Centrum rządzą dziś Polską. Na odchodne dostał dobrze płatną posadę w administracji gospodarczej  lecz  bez  żadnego znaczenia  politycznego.

Jego wspomnienia są bardzo cenne. Szkoda, że w książce brak jest jakiejkolwiek  naukowej, historycznej recenzji. W stopce widnieją co prawda nazwiska recenzentów – Krzysztofa Osińskiego oraz Wojciecha Polaka – lecz na próżno ich szukać w opasłej księdze. To poważny błąd wydawniczy. Zatem moja skromna osoba spróbuje nadrobić te braki.

Pojemną  książkę – ponad 400 stron – przeczytałem jednym tchem. Należę do pokolenia autora, zatem pamiętam te wydarzenia dokładnie, choć oczywiście z innej pozycji – z pozycji obserwatora. Antoni Tokarczuk w Bydgoszczy i województwie był „wszystkim” – posłem, senatorem, wojewodą. W strukturach Solidarności działał od samego początku. W najgorętszym czasie, od września do grudnia 1981 roku był sekretarzem Krajowego Prezydium Solidarności. W latach 1999 – 2001 piastował urząd ministra środowiska w rządzie premiera Jerzego Buzka. A więc jest świadkiem tych historycznych czasów jak najbardziej wiarygodnym. Fakty, które podaje są bardzo interesujące, zarówno ze sfery publicznej jak i osobistej.

Autor pisze językiem prostym, zwięzłym, nie sili się na literackie uniesienia. Dzięki temu książkę świetnie się czyta, nie ma nudnych rozdziałów. Jest kopalnią wiedzy o tamtych czasach. Dobrze, że autor pisze nie tylko o swych politycznych dokonaniach – dużo jest osobistych wycieczek. Urodził się na  wsi pod Lęborkiem, dokąd po wojnie przyjechali rodzice – chłopi spod Zbaraża. Nie było łatwo żyć tej rodzinie w  kaszubskiej wiosce. Czytelnik może zajrzeć do jego domu rodzinnego, do szkoły, do życia na studiach w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Często wspominany jest wuj – wybitny hierarcha Kościoła Rzymskokatolickiego – ordynariusz  przemyski, ks. arcybiskup Ignacy Tokarczuk.  Był bratem mamy. Skąd takie samo nazwisko? Mama jest z domu…Tokarczuk! Zatem rodzice mieli takie same nazwiska a krewnymi nie byli. Rzadki to przypadek. Autor nie pomija  także intymnych przeżyć z życia - był odrzucony przez pewną koleżankę ze studiów. Nie miał ponoć zadatków na zrobienie kariery. Ot, wyobraźnia tej panny! Została nauczycielką gdzieś na dalekiej prowincji. Takie wyznania i opisy są niewątpliwie plusem w jego wspomnieniach. Po prostu „uczłowieczają” autora i wzbudzają  sympatię czytelników.

A. Tokarczuk kończył socjologię. Skierowano go do pracy najpierw w Poniatowej a potem przeniósł się do Zakładów Rowerowych „Predom-Romet”. Zawód socjologa jest może ciekawy ale w praktyce, w przemyśle mało przydatny. W epoce Edwarda Gierka zatrudniano ich w większych fabrykach, aby czuwali i badali nastroje załóg. A także, aby gonili ludzi do wykonywania planów. Przeżywał frustrację, bowiem robotnicy mogli, nie bez powodu, uważać go za zausznika dyrektora. Wuj podtrzymywał go na duchu. Z przeżyć tych wyzwolił go dopiero Sierpień 1980.

Tu obudził się w nim lew. Z okresu  zastoju wpadł w epokę walki. Zawód socjologa na pewno był mu przydatny. Ta ciągła walka trwała aż do końca jego politycznej kariery a nawet jeszcze później. Trzeba przyznać, iż los był mu przychylny – sierpniu 1980 roku miał zaplanowany rejs rowerowy z Aten do Polski. Niestety albo stety, złodzieje skradli mu paszport i nic z eskapady nie wyszło. Musiał wracać zatem do Bydgoszczy. Znalazł się tam w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Dołączył bez wahania do strajku w Zakładach Rowerowych „Predom-Romet” organizowanego przez Jana Rulewskiego. I lawina się potoczyła. Losy połączyły go z ruchem solidarnościowym na dobre i złe. Ale także ze wspomnianym J. Rulewskim – swym wieloletnim rywalem o rząd dusz.

A. Tokarczuk wykazał w swej książce duży talent pisarski. W tej branży jest nowicjuszem, nie słyszałem aby przedtem cokolwiek napisał. Widać polityczna emerytura pożytecznie podziałała na jego ukryte dotychczas wartości. Czytelnik ma doskonały przegląd wydarzeń w omawianych latach. Liczba nazwisk z pierwszych stron gazet, z którymi A. Tokarczuk się spotykał jest imponująca. Potrafi wiedzę o nich przekazać od podszewki a nie tylko operować ogólnymi banałami. Umie ocenić człowieka na podstawie jego działania a nie tylko przywar choćby towarzyskich. Precyzyjnie opisuje rozwój Solidarności w terenie a później w Polsce. Praca polityczna to jego żywioł. Z pasją ją opisuje.

Stan wojenny nie złamał go. Był pewien plus tej sytuacji -mógł w Białołęce, miejscu internowania, skupić się intelektualnie po 15 miesięcznej harówce politycznej. Miał czas na rozmyślanie, na rzeczowe rozmowy z towarzyszami niedoli. Można powiedzieć, że zasłużenie, choć nie z własnej woli, odpoczywał. Ja, będąc jego czytelnikiem też jakoś się odprężyłem po uprzednim śledzeniu jego ostrych zmagań.
Po wyjściu z miejsca internowania znowu błyskotliwie opisuje swoją walkę. Świetnie się to czyta. Ta wojna trwa aż do końca jego działalności publicznej czyli do 19 października 2001 roku. W tym dniu opuszcza urząd ministra środowiska i zrywa z polityką. Jakiś mędrzec powiedział, że polityka to jest walka wszystkich ze wszystkimi. A. Tokarczuk dał się poznać z tej strony – ciągle z kimś walczył a najbardziej z wrogami wewnętrznymi. Postanowił zatem dać sobie spokój. Cel swej walki o wolną Polskę osiągnął.

Książka posiada ogromne walory poznawcze. Jest źródłem wiedzy dla młodego pokolenia. Problemem jest czy owo pokolenie będzie zaczytywało się w szczegółach, które serwuje autor. Nie bardzo w to wierzę. Wspomnienia A. Tokarczuka przeznaczone są głównie dla pokolenia 55 plus. Zbyt dużo jest mało znaczących nazwisk, drobnych zdarzeń, które nie mają dla młodej generacji większego znaczenia. Niestety, to prawda, chociaż smutna. Im dalej od czasu wydarzeń tym mniej żądamy szczegółów. Kto dziś będzie czytał w detalach o I czy II wojnie światowej? A. Tokarczuk, moim zdaniem, winien mocno odchudzić te wspomnienia gdyby chciał je dedykować młodszym pokoleniom. Mógłby zmniejszyć ilość stron do 200 z obecnych 422. Zostawić to, co jest najbardziej cenne a reszty się pozbyć. Nie każdy bowiem ma tyle wytrwałości co moja skromna osoba, aby dokładnie książkę przeczytać.

Wspomnienia od strony literackiej są znakomite. Natomiast od strony czysto politycznej  już mniej  doskonałe. Razi przede wszystkim wieczny bój z Janem Rulewskim o przywództwo na terenie miasta i województwa. Niesnaski osobiste nie sprawiają dobrego wrażenia. Mam wrażenie, że szczytne idee wolności i solidarności społecznej idą w kąt wobec bezsensownej wewnętrznej walki. Rulewski jest zupełnie innym człowiekiem niż Tokarczuk, ma inny charakter, ma na pewno większą charyzmę. Tokarczuk ma inne cechy górujące nad swym adwersarzem – potrafi być dobrym menedżerem, ministrem, jest dowcipny i towarzyski. Ta wewnętrzna walka o pozycję nr 1 jest kompletnie bez znaczenia wobec historii.

Wspomnienia bezpośrednich uczestników ówczesnych wydarzeń są niezwykle cenne. Bydgoski Instytut Pamięci  Narodowej winien zaproponować napisanie ich  innym  postaciom tamtego okresu ze strony Solidarności – Janowi Rulewskiemu i Stefanowi Pastuszewskiemu. A także, co może być niespodzianką, człowiekowi z drugiej wówczas strony – Januszowi Zemkemu. Ten prominentny działacz PZPR, zawodowy polityk i parlamentarzysta miałby ogromnie dużo do powiedzenia.

Wszyscy oni byli w centrum huraganu dziejowego. Czas nieubłaganie płynie. Winni oni  zostawić  coś dla przyszłych pokoleń. Tokarczuk jako pierwszy odważył się na ten krok i zrobił to z powodzeniem. Problem czy wszyscy mają literackie zdolności. Z S.Pastuszewskim nie powinno być kłopotu, on literaturą żyje. Gorzej z następnymi dwoma panami. Najprawdopodobniej  pisać nie umieją, to może ktoś ich wyręczy. Czasu mają w bród – oddelegowani bowiem są do Senatu i Parlamentu Europejskiego. Tam nikt ciężko, osiem godzin dziennie nie haruje. Opisywanie wydarzeń widzianych z innych pozycji, innymi oczami daje czytelnikom bardzo szeroki dostęp do obiektywnej prawdy.

 


Antoni Tokarczuk, Mój czas. Flirty z historią, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2017, ss. 422.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora