Janusz Gryz - Bez imienia

Tydzień przed zakończeniem roku, dwie licealistki przyszły czyścić konie, a potem na nich pojeździć. Hałaśliwe, rozgadane, pewne siebie. Bluzki wyzywająco obcisłe, mocny makijaż, fryzury w stylu wet look. Przechadzają się ze smartfonami, ze śmiechem po podwórzu, przegadują z gospodarzem, starym kawalerem. Wypiły piwo, zostawiły butelkę na zbitym stole z bali, w blaszanej pokrywce od słoika leżą niedopałki. Odwiązały psa i poszły z nim bitą drogą na spacer w kierunku lasu.

Pies jest myśliwski, krępy, silny. Całe swoje życie od maleńkiego szczeniaka, trzymany na łańcuchu w drewnianej szopie przybudowanej do bocznej ściany stajni. Karmiony od przypadku do przypadku, bez imienia, jak nieprzytomny ciągnie swój łańcuch  do rowu, w krzaki, w tatarzyny, pod pnie drzew, z nosem przy ziemi - węszy, węszy.  Zachowuje się przy tym  tak, jakby cały świat przestał istnieć- i jest na nim tylko zarośnięty chaszczami rów, twarde kolczaste gałęzie tarniny, olchowa drągowina, strojne pnie brzózek. Dziewczyny próbują wciągnąć zwierzę na drogę, szarpią go, z przyduszonego gardła wydobywa się charkot, a pazury drą trawę.

Nagle stara naderwana obroża nie wytrzymuje kolejnego gwałtownego szarpnięcia i pies ucieka na łąkę. Obiega konie, obwąchał się z ubabraną wietnamską świnką czochrającą się o wannę z wodą i potruchtał polną drogą. Dziewczyny biegną za nim, wołają go, gwiżdżą, a następnie wyjmują z plecaka kanapkę i zbliżają się do psa wolno, przywołują go przymilnie, wabią. Zwierzę poczuło ów smakowity zapach i ostrożnie wyciągając szyję, powąchało kanapkę i raptownie z całych sił w łapach rzuca się w bok, na skoszoną łąkę. Jak oszalałe miota się, i rzuca w bok. Tam i z powrotem, tam i z powrotem, tarza się w zgrabionej w kupki trawie, otrząsa, to znów zastyga na chwilę, jakby błogo rozkoszując się tym radosnym bieganiem i znowu pędem w koło, w ostrych wirażach, aż fruwają źdźbła!

- Niepotrzebna mi, znaczy Wasza szynka, tylko wolność mi dajcie!...

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież