Elżbieta Zdzitowiecka - Trudna znajomość

Znajomość z nim spowodowała, że zaczęłam inaczej patrzeć na siebie. Przeprogramował mnie: jestem piękna, mam urocze piegi, wspaniały orli nos, dobrze dobrane oprawki okularów, a utykanie dodaje mi wdzięku - ale ożenił się z inną. Nie-wiem dlaczego po roku, poniosło mnie pod jego zakład, bo w bibliotece już nie pracował. Obok był sklep z butami w którym ich przymierzanie zajmie mi trochę czasu i da możliwość obserwacji, czy czasem chłopak, który mnie zafascynował, nie zostanie sam w kantorku.

Doczekałam się. Jego żona wyszła. On podjechał wózkiem do lady.

- Jak dobrze, że panią widzę. Chciałbym zdrobniałym imieniem do pani mówić. Może być Janeczka?
- Oczywiście panie Janie. Czy już pan coś wie o swoim rodzie Walensów, których pana mama podejrzewała, że odziedziczył po nich swoją chorobę.
- Nie interesowałem się tym.
- Ja pojechałam na wieś do Białcza, gdzie mieszkała moja babcia Walens. Właściwie to wsi już nie ma. Stoi jeszcze po pegerowski blok, w którym gdzie nie gdzie wiszą brudne firanki. Nie było kogo spytać o babunie. Pod lasem stała okazała willa. Gdy do niej podchodziłam zadzwoniła moja komórka i włączył się alarm. Przed dom wyszedł barczysty mężczyzna. Zobaczył mnie; machnął ręką i wrócił do budynku. Wróciłam na przystanek PKS -u. Nadal nic nie wiem o moich przodkach.
- Przepraszam. Muszę pojechać na zaplecze.
Do pomieszczenia weszła, chyba jego żona. Za parę dni zadzwonił do mnie
- Przepraszam, że tak szybko ulotniłem się.
- Nie szkodzi. Skąd pan miał mój numer telefonu?
- Podała mi go pani, jak naprawiałem jej laptopa.

Czekał z tym, dopóki nie pojawiłam się u niego. Następnego dnia znów zadzwonił.

- Moja żona wychodzi do kosmetyczki i z psem o godz. 9-tej. Czy mogę wtedy zadzwonić?
- Oczywiście. Będę czekać do 10-tej Zaczęły się banalne rozmowy o pogodzie i problemach dnia codziennego. Mnie nurtował problem, jego i moich przodków Walensów. Wreszcie zdecydowałam się spytać.
- Myślę o swoich przodkach, ale teraz nic w tym kierunku nie robię. A Pan?
- Dużo czasu zajmuje mi walka o byt, czego przypuszczam moi przodkowie nie mieli. Pani radzę pojechać na wieś do swojej babci.
- Żeby pojechać zobaczyć jak moi przodkowie walczyli o byt? Nie mam kiedy. Pracuję.
- Zawsze można wziąć urlop.
- To nie jest aż takie ważne, by poświęcić temu swój urlop.
- Gdybym miał jakiś trop, jakąś miejscowość, to zaraz bym tam pojechał. Jak w komputerze nie ma to nie wiem, gdzie szukać.
- Może w herbarzu - cicho powiedziałam. Czy to wyszedł mój kompleks niższości? Czy ten dystans jego mamy, który kiedyś odczuwałam w bibliotece? Czy to moja niechęć do jego żony, związanej z tym, że wyraźnie się jej boi?
- Kupiła pani te buty? - przerwał moje milczenie
- Nie. Muszę nosić ortopedyczne. Tylko popatrzeć mogę na drogie buty. Wiesz, jak niecierpliwie czekam, aż twoja żona wyjdzie z psem. Przepraszam.
- Słucham? Możesz mi mówić na ty, Pewnie znudzi ci się facet na wózku inwalidzkim i do tego żonaty.
- Jesteś szczęśliwy z żoną?
- Zadzwonię do pani, gdy zdobędę części do laptopa.

Pewnie to nie jest miłość, ale jest mi „cholernie potrzebny". Po błyskawicznie zakończonej rozmowie, przez kilka dni nie było telefonu. Między 9.00, a 9.45 mój niepokój sięgał zenitu. W domu czepiałam się, że mama przesoliła, w pracy byłam nadmiernie przymilna. Mama przestała solić i odzywać się do mnie.

ZADZWONIŁ

- Byłem w szpitalu. Miałem zapalenie płuc. To jest normalne w dystrofiach mięśniowych Laptopa tam nie miałem. Żona nie chciała mi go przynieść.
- A ja tak bardzo się bałam. Nie umiesz sobie tego wyobrazić?
- Byłaś na tej swojej wsi?- w jego głosie wyczułam rezerwę.
- Nie było mi to w głowie.
- To pojedziemy razem. Załatwię transport i pojedziemy, gdzie zechcesz.
- Ale to kosztuje.
- Wynagrodzi mi to mój przodek Walens

Byłam totalnie zaskoczona. Skąd mu wezmę mojego plebejskiego przodka? Gdzie on będzie szukał hrabiego, lub innego szlachetnie urodzonego dziedzica fortuny? Przez parę dni nie poruszał tego tematu. Mówił, że żona zmieniła kolor włosów, a ich jamnika pogryzł wilczur. Słuchałam tych opowieści, ale dręczyło mnie poczucie niższości.

On mi się po prostu podobał, chociaż okoliczności znajomości były beznadziejne. Postanowiłam jeszcze raz pojechać do Białcza. Jechałam też PKS-em. Kierowca zboczył trochę z trasy, na którą wrócił, gdy wysadził chłopca o kulach, pomagając mu przy wysiadaniu w jakieś wiosce daleko od szosy.

Później drogę do domu ciotki pokazali mi miejscowi, wypytując co taka młoda dziewczyna chce od tej wariatki. Ciocia była starą kobietą. Na jej twarzy była zmarszczka, koło zmarszczki, skóra ziemista, worki pod oczami, ale spojrzenie żywe.

- Powiedz dziecko, co słychać u mamy? Dlaczego nie odzywa się? Jak ty wyrosłaś? Skończyłaś studia?
- Chciałam studiować etnografie. Zostało mi tylko o przodkach moich zainteresowanie. Co wiesz o twoim i mamy dziadku Walensie?
- Niewiele. Wyszłam za mąż i wyjechałam ze wsi. Nie lubiłam dziadka i jego żony. Okazywali mi swoją wyższość. Nie mam cię dziecko czym poczęstować. Mam tylko kozie mleko, od jedynej kózki, którą czasami przyprowadzam do domu, jak jest zimno na dworze. Gadam sobie z nią, jak inni z psem.
- Ciociu z czego żyjesz??
- Dostaje trochę pieniędzy z pomocy społecznej. Dają mi opał i .... mam kozę.

Nic się nie dowiedziałam. Co powiem Janowi jak zdzwoni?

- I co? Byłaś na wsi?- powiedział z dziwnym u niego napięciu.
- Byłam w Białczu. Odwiedziłam ciotkę Walenckę. Pardon. Walens. Zobaczyłam u niej w domu talerzyk z cieniutkiej porcelany. Mówię ci cudo. Nie chciała mi go dać, bo łączą się z nim bardzo ważne wspomnienia - kłamałam jak z nut. Prawdziwe było tylko to, że w tym pomieszczeniu promieniował niebywałym blaskiem
- Moja babcia na kresach też miała takie cacko i dała je mojej mamie. Ja w dzieciństwie je stłukłem. Do dziś pamiętam tamto lanie i tę moją krzywdę. Przecież to tylko skorupy. Po tych „wcirach" przez miesiąc nie wstałem z łóżka i.... przerwał nagle rozmowę.

Znów przez parę dni nie było telefonu.

ZADZWONIŁ

- Jedziemy. Załatwiłem transport za dwa tygodnie.
- Nie rozumiem - serce waliło mi jak młotem. Chyba nie ma takiego telefonu, co wychwytuje szmery np. mojego serca.
- Żona jedzie do sanatorium. A twoja nadopiekuńcza mama?
- Teraz jest za granicą. Reszta rodziny mną się nie interesuje.

Po miesiącu czekania na telefon wreszcie się ODEZWAŁ.

- Myślałem o tobie, ale nie mogłem dzwonić, bo żona wróciła z sanatorium, ze złamaną ręką i siedzi w domu na zwolnieniu. Jak wróci do pracy to zamówię transport i pojedziemy do twojej ciotki.
- A twoi Walensowie?
- Nie wiem, i nie chcę ich szukać. Mama chyba już nie interesuje się genetyką mojej choroby.
- Ale....
- Co? Nie chcesz się ze mną spotkać?
- Jak ty nic nie rozumiesz.
- Co tu do zrozumienia? Gdybym mógł to już bym był u ciebie. Jestem ci potrzebny do poprawy nastroju jak dzwonię - przeraziłam się goryczy w jego głosie, gdy mówił te słowa- Do jutra, jak dobrze pójdzie.

Przez parę dni nie było telefonu. Przez te dni patrzyłam w lustro i widziałam siebie, piękną młodą i bogatą jak to się teraz mówi, że każdy by chciał.

ZADZWONIŁ

- Będę w czwartek o 9 00 przed twoim domem. Czekaj na samochód pefronowski .
- Ale, ja pracuje.
- Weźmiesz urlop.
- Gdzie pojedziemy?
- Na lotnisko po mojego wujka z Ameryki.
- Zwariowałeś?
- Możliwe. Wujek zabierze mnie do siebie, gdzie mi przeszczepią komórki macierzyste.

W czwartek nie przyjechał. Musiałam oswoić się z myślą, że jakiś czas go nie zobaczę, ale myśl, że pewnego dnia ujrzę go bez wózka pozwoliła mi żyć dniem codziennym… Powiem mu wtedy, że wyobrażałam go sobie wyższego, a wnuczki zapytają, kto to jest ten pan?

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież