Rafał Jaworski - Przyczynek do anatomii zdrady

Nie tak wiele lat temu, chleb powszedni kroiłem zwykłem nożem. Jego stal ostrzyła kamienna osełka. Teraz posługuję się maszynką marki firmy, która w latach trzydziestych produkowała znakomite armaty. Broń świetnie sprawdziła się na zdobycznych dla Germanii obszarach mojej Ojczyzny i nie tylko. Kiedy uprzednio dzieliłem pieczywo zawsze robiłem ostrzem noża, na oprószonej mąką skórce podstawy bochenka, znak krzyża. Był to naturalny odruch, piękny jak zapach świeżego wypieku, jak bezsłowna chwila modlitwy. 

A jak mam teraz błogosławić życiodajny pokarm wymyślną, mechaniczną konstrukcją z elektrycznym silnikiem i plastikiem prowadnic? Ona nie daje pola do refleksji. Jej działanie jest oddalone od prostoty gestu wdzięczności dla natury lub Stworzyciela, za dzielenie się pokarmem, przy codziennym, rodzinnym stole. Tak jest z obecną cywilizacją, zakłamaną co do sedna swych wyimaginowanych wartości: - niewinnie ale i na pozór łagodnie, w nadmuchiwanej tolerancyjności, zabijającą tradycję, a przy okazji sens wspólnotowego życia i sens ciągłości kulturowej.  Bo pomyślmy jak daleka jest droga od ziarna do chleba, od chleba do elektrycznego silnika krajalnicy, kolistych ostrzy osadzonych w pcv.  Odbieramy wytwory cywilizacji w sposób bezpośredni, jak kamień czy obłok. Traktuje się je jako oczywistość. Staliśmy się, po pierwsze, zbiorowym człowiekiem mechanicznym, a w następstwie procesu elektronizacji, atrapą człowieka wrażliwego na bodźce z Sieci, ale nie na impulsy metafizyczne, choćby te najprostsze, płynące z prawa naturalnego. Przytoczę banalną, przysłowiową już reakcję dziecka na skierowane do niego pytanie „skąd jest jajko? czyli odpowiedź „jajko jest z marketu”, to symptomatyczne i kondensuje problem nadmiaru techniki nad sensem i źródłem bytowania. Nie neguję dobra generowanego przez  postęp techniczny, który likwiduje powszechny głód, ulecza z podstawowych chorób, łagodzi cierpienia czy ogrzewa lodowate mieszkania. Ale nie ma w naszej cywilizacji postępu etycznego: - wojny i niesamowita eskalacja zbrojeń, społeczny rak korupcji, kastowość samozwańczych  elit i istnienie, w ramach prawa stosowanego,  równych i równiejszych, wyzysk i bezkarność silnego wobec osób o słabszym statusie środowiskowym.

Moja ciocia,  jednocześnie matka chrzestna,  aktualnie w wieku 92 lat, zachowuje z moją kuzynką, post od potraw mięsnych w środy. Ta tradycja całkiem upadła w naszej społeczności, zwiędła wraz z postępującą sekularyzacją Kościoła i jeszcze głębszym odgrodzeniem zasad moralnych i wiary przodków od życia publicznego. Mało kto obecnie uświadamia sobie, że post piątkowy ma przypominać mękę i agonię Zbawiciela, a nie jest to  ciężar narzucany przez „wypasiony” kler. Jeszcze w XVI-tym wieku narodowy zwyczaj zachowywania ścisłego postu i wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych nie tylko w piątki, ale i w środy był przestrzegany kategorycznie i dotyczyło to nie tylko rzeszy „otumanionych” wiernych, ale i najwyższego dworu. Na pogrzebie Zygmunta I Starego, ze względu na przybyłych posłów obcych państw, podano w środę potrawy na bazie mięsa. Wzbudziło to zgorszenie dużej części rodzimych dostojników. Stanisław Orzechowski tak pisał w „Kronikach polskich od zgonu Zygmunta I”: „Polacy ojczystym zwyczajem we środy nie jadają mięsa na pamiątkę, że Chrystus za grzechy nasze był od Judasza Żydom w ten dzień zaprzedany”.  Zbiorowa pokuta za zdradę pojedynczego człowieka, która przechodzi z pokolenia na pokolenie i stanowi świętą ciągłość jak ikona wzorowana na uprzedniej ikonie. Świadczy to nie tylko o głębokim przeżywaniu misterium Pańskiej Męki, ale i o rycie rycerskości. Oczywiście nikt z młodszego pokolenia mojej rodziny (także ja) nie przestrzega tej środowej tradycji i zakończy się ona wraz z odejściem do Miasta Pana mojej cioci i kuzynki. Co jednak charakterystyczne, moja ciocia nie wiedziała, że środowy post jest „pamiątką” zdrady Judasza, a tylko kontynuuje wiekową tradycję rodzinną i narodową.

Zbiorowość wiernych, ale i jednak równocześnie swoiście wybranych, pokutuje za zdradę  człowieka, który z jej faktem nie potrafił żyć i w akcie honorowej rozpaczy odebrał sobie doczesne życie. Można rozważać w intelektualnych piruetach i wydumanych interpretacjach, że ta zdrada wygenerowała odkupienie ludzkości; ale to zabawa, bo akt tej zdrady odkrywa nędzę człowieka. Nędzę, w tym przypadku, jednak odwróconą wymierzeniem sobie samemu kary ostatecznej. Trudno samobójstwo traktować jako Jakubową drabinę, choć wskazuje na akt obudzonego sumienia.

Wróćmy do naszej współczesności. Wydawało się, nie tak dawno,  kilkanaście lat temu, że problem zdrady, zdrady narodowej jest przeszły, a problem zdrady społecznej będzie absolutnym marginesem po dobrowolnym przystąpieniu do zachodnio-europejskich struktur demokratycznych. Okazało się, że problem jest żywy, a pośrednio doświetliła go rozprawka Jarosława Marka Rymkiewicza „Rejtan. Upadek Polski” z roku 2013. Poeta z Milanówka, w analizie historyczno - literackiej parlamentarnego zatwierdzenia I –ego rozbioru Polski przedstawił swoistą koncepcję metafizyki i socjologii zdrady. Rymkiewicz cytuje m. in. fragment rozprawki Adama Mickiewicza z roku 1833 „O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych”. Nawiązuje ona do kwietniowego sejmu A.D. 1773,  kiedy w majestacie prawa zatwierdzono rozbiór Rzeczpospolitej. Mickiewicz pisał o mentalności sejmowej większości tak: „Gdzież  r o z s ą d e k – wołano – chcieć się oprzeć woli trzech dworów? Gdzie są  ś r o d k i oparcia się? Czy jest c z a s  po temu?  Czy nie lepiej  c z ę ś ć  poświęcić, aby resztę zachować?” Do takiej postawy musiał się zmieniać język debaty, odejść od pojęć dobra ogólnego i honoru, ogniskowania życia na Bogu. Język musiał stać się bardziej „elastyczny”, jak przemieniający się w .Nowoczesny plastik róg Wojskiego: - „róg bawoli, długi, cętkowany, kręty/ Jak wąż boa, który oburącz do ust go przycisnął…”.  Porównanie może i chybione intelektualnie, ale obraz celny i adekwatny. Oburącz to obecnie „ulica i zagranica”.

Aktem założycielskim III RP były nie tylko zakulisowe rozmowy i jawny „sojusz dupy z batem”, „układ” pieczętowało morderstwo księży Kazimierza Niedzielaka i Jerzego Suchowlca, potem odwetowa egzekucja ks. Józefa Zycha. Pierwsza śmierć – ewidentne zabójstwo, nastąpiła jeszcze w trakcie obrad Okrągłego Stołu, co nie przeszkadzało kręgowi Wałęsy i Michnika mocną wódką wznosić  toasty  „pojednania” (choć komunistyczna jeszcze prokuratura umorzyła śledztwo tylko z powodu niewykrycia sprawców). „Eliminacja” sędziwego założyciela Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich pomyślana była i spektakularnie zrealizowana jako ostrzeżenie ostateczne: - są granice, których „my, wszechwładne służby PRL-u” nie pozwolimy przekroczyć. I szło dobrze, nawet lepiej, dużo owocniej. Było kilka miesięcy swobody na niszczenie akt SB i UB  pod patronatem Cz. Kiszczaka i Tadeusza  Mazowieckiego.  „Rycerze Okrągłego Stołu”, po obu jego stronach, mieli oczywiście świadomość kontekstu ugody, w więzieniach „kiblowali” polityczni przyjaciele strony powiedzmy, że „solidarnościowej”.

Zdrada dla interesu, czy tylko incydent  praktyczny?  Czy zdrada może mieć wymiar metafizyczny, czy tylko obrzydliwie praktyczny ?  Czy może być powodem dumy wobec innych? Czy jest tylko czystą ohydą? Jaka jest typologia zdrady i podskórne impulsy jej zaistnienia? Czy warto się w tym wszystkim grzebać, czy tylko przebaczać „swoim winowajcom?

Odkrywanie bolesnych prawd jest „świętym obowiązkiem” niezależnie myślącego człowieka, choć koniecznie trzeba przypomnieć, że „prawda głoszona w złym zamiarze/ najbardziej wszelką prawdę paczy.” Tak pisał mistyk i wizjoner William Blake. I wysuwając wszelkie sugestie, przywołując przykłady, trzeba mieć to  w pamięci i że te słowa winny generować dystans i umiar w ocenie.

Wróćmy do Rymkiewicza, który stwierdza: „Zdrada to taka dziwna zbrodnia… ma przyjemność ze zdrady, czerpie ze zdrady satysfakcję. Zdrada nie widzi powodu, żeby się wypierać zdrady…  jest chytra, przebiegła, a więc mądrzejsza, a więc lepsza od tych zdradzonych… To jest źródłem poczucia wyższości, jakie zdrada ma wobec zdradzonych… Zdrada jest pyszna, lubi się przechwalać, chełpi się tym, że zdradziła, przypisuje też sobie rozmaite zasługi, rozmaite przysługi, które wyrządziła zdradzonym. Jest w tym – w tej różnicy między zdradą a innymi zbrodniami – jakaś tajemnica.” Z tą głębią tajemnicy nie należy jednak przesadzać, bo przypisywanie zdradzie walorów  wręcz misteryjnych, czy ponad rozumowych konotacji, uwiarygodnia głębię działań zwykłych renegatów. Czy duma ze zdrady jest zaraźliwa? Oczywiście. Jest wirusem, który nicuje tkankę społeczną, dzieli członków społeczności w sposób zasadniczy. Oczywiście mówimy o zdradzie w sferze publicznej i narodowej. Nie chodzi tutaj o  małe zdrady prywatne, zdrady ciała, akty chciwości.

Zdrada społeczna!? Cóż to takiego znaczy? Funkcjonuje wieloraka, choć często formalna, wolność obywatelska, wolność zrzeszania się w dowolnym celu, bezkarna swoboda wypowiedzi i wolność ucieczki od rzeczywistości. Pieniądz też daje złudzenie wolności, daje szerokie pole możliwości ekspansji indywiduum bez napiętnowania moralno-etycznego. Cóż chcieć więcej?! Triumfuje dogmat prywatności zachowań i postaw. Ojczyznę zwiedziłem gruntownie, na poziomie nieco ponad turystycznym,  i często dziwiłem się, że powstało w ostatnich latach tak wiele rezydencji prywatnych i obiektów usługowych, na które trudno było zapracować uczciwą pracą. Teraz mamy (pewnie przejściowy) okres zastoju związany z ukróceniem karuzel VAT-owskich, paliwowych przekrętów i klanowości układów biznesowo-prawniczo-mafijnych.

W roku 1915 została sformułowana „Litania Narodu Polskiego” uwspółcześniona 22 sierpnia 2014 r. w liturgiczne wspomnienie Narodzenia Najświętszej Panny Królowej (litanię odmawiał Jan Paweł II). I tam znajdujemy znamienne zawołania „Od godziny zwątpienia, wybaw nas, Panie!; od podszeptów zdrady, wybaw nas, Panie!” - problem jest aktualny nieustannie. Ale zaraz po tych wezwaniach jest przesłanie błagalne: - „od gnuśności…”.

Zdrada może też przybierać formę degrengolady dla poklasku osobistego i swoistej koncepcji lizania butów nacji zamożniejszych i silniejszych politycznie oraz gospodarczo.  Przytoczę cytat z książki Wojciecha i Marka Wareckich „Ten straszny polski patriotyzm”, który dokumentuje i obrazuje brutalnie w/w problem: „W 2013 roku osobnik niezgodnie z prawdą nazywany profesorem, a przez samych Niemców łowcą orderów, Władysław Bartoszewski powiedział: Polska to brzydka panna bez posagu, która nie powinna być zbytnio wybredna. Niektórzy uważają, że mimo podeszłego wieku… Powinien dostać w pysk od tej brzydkiej panny…” Cóż „brzydka panna” III RP nie reagowała, aż do przełomu wyborczego roku 2015 i teraz usiłuje powstać z kolan. „Zjawiska tego świata okazują się zależne od indywidualnej świadomości – pisze Św. Edyta Stein i dodaje: „kto szuka prawdy, szuka Boga”. Trzeba więc szukać prawdy, często wbrew prawu stanowionemu przez człowieka, przez odłam społeczności. Św. Tomasz z Akwinu konstatuje, że „prawo jest dziełem rozumu, celem dobro społeczne, wydane przez właściwą władzę i promulgowane.” Ale co powiedzieć kiedy prawo nie spełnia kryterium celu, czyli „dobra społecznego”. Czy wtedy jest też prawem, czy tylko przywilejem dla osób czy  kast uprzywilejowanych? Czy promulgowanie jest przesłanką konieczną dla prawdy i obowiązku?

Zygmunt Kubiak, w eseju „Do czego nam dziś potrzebna literatura grecko-rzymska?”,  wyłuszcza znamienną refleksję. Być może nie jest „super” odkrywcza, ale wolę powołać się na autorytet ponad podziałami, niż wytaczać własne spostrzeżenia. Kubiak pisze ok. roku 2000: - „Ludzie coraz bardziej uświadamiają sobie, że niewolnictwo, w takiej czy innej postaci istnieje w dziejach ludzkości stale i najpewniej będzie istniało, a co więcej: że w przyszłości może przyjąć formy, jakie dziś jeżyłoby włos na głowie”. Znakomity eseista  napisał to w kontekście skoncentrowanego zainteresowania niewolnictwem w antycznym  Rzymie w amerykańskich uniwersytetach. W kontekście myśli Waltera Burkerta, Kubiak w tym samym tekście pisze: „Zniewolenie jest złagodzonym (przeważnie) zabijaniem”. Trzeba powtarzać to co dzień, nieustannie, co godzinę: - cywilizacja elektroniczna i antychrześcijańska, nad-tolerancja, lewactwo (nie mylić ze zdrowym socjalizmem) i globalizm stosowany zabija nie tylko prawdziwą indywidualność, ale także niweczy prywatność. Mówię oczywiście o cywilizacji Zachodu, „cywilizacja” islamu nie jest godna tej nazwy ze względu na swą krwiożerczość wobec „niewiernych”, zbiorowe pasożytnictwo i bestialstwo  obyczajowe w swoim kręgu (nie obrażając zwierząt). Nie mówię oczywiście o zniewoleniu jako stygmatyzacji danej osoby czy jakiejś grupy. Granice nowoczesnego niewolnictwa są płynne, prawie nie do określenia, ale wykluczenie myślących niezależnie będzie mocno odczuwalne, już jest. Prawdziwa wolność, która jest niby jasną stroną naszych czasów nie istnieje, to tylko gra pozorów. Jesteśmy szczelnie opasani zależnościami i obostrzeniami na każdym  calu życia i właściwie tylko w łóżkach jesteśmy wolni, bo coś się niewolnikom należy. Taka ułuda. A także wprasowanie opinii, że grzech to formacja odczuć  spleśniała do cna.

Moja refleksje przechodzą (niejako automatycznie) do tematu, który mogę określić jako „kawiorowa rewolta i żywa krew niewinnych” i wtedy  przychodzi na myśl tekst z Księgi Koheleta: „Bardziej niż mądrość i sława zaważy odrobina głupoty. Serce mędrca  jest po jego prawicy, serce głupca po jego lewicy.” Ten cytat mógłby adekwatnie  otwierać niniejsze rozważania. Słowa Mędrca, podszywającego się pod króla Salomona, prawdopodobnie z III wieku przed Chrystusem nie są przebrzmiałe,              a uniwersalne i praktycznie sprawdzalne. Brzmią nawet nowocześnie. Na początek zakotwiczenia, w czasie i przestrzeni, passusu tych moich słów, przytoczę cytat                   z diagnozy anonimowego o internauty (2013), antycypującego słynne „Sorry…”  pani „premierki” z czasów PO w sprawie kaprysów aury wobec funkcjonowania kolejnictwa: „Jeśli ktoś zaczyna wypowiedź od "sorry", nie wiem dlaczego, ale zaraz widzę mocno łysiejącego leminga w wieku ok. 28 lat, wyglądającego na ten years later z mocno okrągłym fejsem, mega wancem piwnym, zażerającego się kebabem z psa, ze smartfonem w łapie, komunikującego się z dokładnie tak samo wyglądającym lemingiem, żrącym z kolei kebab z kota, w arabskiej knajpce, prowadzonej przez koreańca z wietnamskim paszportem. Wow!” Pani „premierka” w tzw. międzyczasie, uciekła w sute, brukselskie pielesze, ale to chyba zbyt dosłowne akcentowanie opinii o jej formacie osobowym.

Po co to właśnie przytaczam? Bo tak właśnie wyobrażam sobie osobę, ponoć polskiego naukowca, który w przeddzień Święta Niepodległości, „daje wywiad” „Gazecie Wyborczej” (sprytnie go wyszukali!) i mówi: - „Rozbiory, wypadają mniej więcej wtedy, kiedy ma miejsce rewolucja amerykańska i francuska – dwa wielkie triumfy nowoczesności. Moim zdaniem były trzecim triumfem – eliminacją resztek tego, co przednowoczesne i  anty-nowoczesne” – tak „wybebesza się”, po witkacowsku mówiąc, dr hab. Jan Sowa adiunkt Uniwersytetu, który zwie się Jagiellońskim, a jego były rektor, współpracownik SB wg dokumentów IPN,  jest członkiem komisji etycznej PAN-u pod przewodnictwem kolejnego profesora Zolla (czyżby symbolu - nomen omen -  kolejnej granicy degrengolady?). Oczywiście „GW” wyemitowała te tezy celowo przed Świętem Niepodległości A.D. 2013; to zwykły antypolonizm tego środowiska, żałosna prowokacja wobec osób szanujących społeczność jako naród. „Zabory były szansą na modernizację i postęp”, zauważmy „zabory” – nie post-komunistyczna Konstytucja, której są obecnie  fanatycznymi wielbicielami (2017). Czytając takie  teksty myślę, że rzeczywiście Róża Luxemburg zapłodniła mózgi ojców redaktorów i menagerów z Imperium Agory. Chorobliwa  antypolskość była przecież cechą SDKPiL, a jednocześnie nośnikiem tezy, że wobec światowej rewolucji nie ma miejsca na niepodległość Polaków, bo stany przejściowe są szkodliwe. Redaktorzy liberalno-kosmopolitycznej Gazety uwłaszczyli się na akcie przyznania opozycji antykomunistycznej  jedynej  pozycji prasowej w okresie przed częściowo wolnymi wyborami z 4 czerwca 1989 r. PZPR dała im zielone światło i za to, trzeba to podkreślić, rzetelnie spadkobiercom „realnego socjalizmu” odpłacili się w trójnasób. Ten tytuł, co rzadko kto pamięta, był przyznany całej ówczesnej opozycji, nie tylko centro-lewicy.   Po wyborach 4 czerwca spółka Wajdy, Michnika i innych kolegów dysydentów, ale i praktycznie  pieszczochów komuny pod płaszczykiem „odmitologizowania naszej historii”, z wrogą troską poucza kościół katolicki, a głównym przeciwnikiem jest polska prawica. Nawet Wałęsa (obecnie „Mędrzec Europy”) dość szybko odebrał im znaczek „Solidarności” z logo pisma, a to przecież to postać mocno umaczana w moralnych wywijasach i wtedy zwalczana przez Michnika, Geberta, Blumsztajna i Jarosława Kurskiego. Teraz (2017) znowu na Czerskiej jest bohaterem wyższym od  Sobieskiego, Piłsudskiego i równym Janowi Pawłowi II. Ten zwrot świadczy o rozpaczliwym koniunkturalizmie tego środowiska, jego fałszu i kosmopolityźmie, które zakrywa pozorna troska o jakość naszej państwowości.

Z ojczyźnianych opłotków wyjdźmy na zachodnioeuropejskie regiony. Kiedy się czyta książkę „Tragarze śmierci” Witolda Gadowskiego i Przemysława Wojciechowskiego, rzuca się w oczy fakt, że ulubioną potrawą emerytowanych terrorystów z RAF-u i innych komand śmierci, ale również ich państwowych sędziów (charakterystyczna zbieżność)  jest kaczka po prowansalsku. Te osoby (ewidentni zbrodniarze) za „cenny kontakt” ze sobą żądają kwot dość wysokich  np. 500 euro bez kwitu i podatku, czyli stawki godzinowej jak w kancelariach przez siebie prowadzonych,  sum wygórowanych ich zbrodnią: - żyją z niej, w miastach niemieckich mają swoje grupy wyznawcze, które czczą ich jak świętych. Nikt jednak nie chce przyznać, że byli współfinansowani z budżetu operacyjnego państw Układu Warszawskiego, czyli byli utrzymankami komuny, choć teoretycznie nie chcieli mieć nic wspólnego z totalizmem sowieckim. To cuchnie zdradą narodową, zdradą dla odmiany narodu niemieckiego i ich kulturowego dorobku,  i taką jest. To nie tylko Polska jest zdradzana, także Niemcy Goethego,  Husserla, Wittgensteina; Niemcy wielkie kiedyś myślą i siłą fraz muzyki, poezji. Rainer M. Rilke, najbardziej znaczący po Szekspirze, poeta wszechczasów od czasów Króla Dawida, też pisał w języku Schillera. Teraz państwowość Niemiec zmierza w kierunku rozmycia kulturowego i odpór społeczny jest bardziej niż nikły, czyli Targowica w kraju Mistrza Eckarta i Wagnera, zwycięża swego wewnętrznego oponenta, którego niweczy, swą tradycję. Prześmiewcze wpisy internetowe sugerujące, że Republika Niemiec będzie niedługo kalifatem nie są bezpodstawne, są bolesne.

„Czasami skazuje się tych, którzy podkładają bomby, ale nigdy nie słyszałam     o procesie tych, którzy finansują terroryzm” – mówi  Francoise Rudecki ofiara zamachu RAF-u o zmiażdżonych nogach, która przeszła 70 operacji chirurgicznych i została zarażona wirusem HIV i ma raka. Z kolei inna z kluczowych postaci rewolty RAF-u tak rekapituluje swą działalność: „(…) w jednym pokoju mieszkało dwóch facetów. Obaj byli lewicowi. Obaj  biegali po ulicach i rzucali w policjantów koktajlami Mołotowa. Nienawidzili państwa…  (…)  Ten pierwszy nazywa się Klaus-Joachim Klein, a drugi to… Joschka Fischer. Ja jestem bandziorem - mówi - a mój kumpel szanowanym politykiem… (…) podobnie jak inny mój znajomy Daniel Cohn-Bendit.”  Te przytoczenia są niezwykle ważne w kontekście obecnej ofensywy barbarzyńskiego terroryzmu spod znaku półksiężyca. Trzeba porównywać i myśleć o kontekstach porównań.

„Kawiorowa lewica” – teraz w Polsce typu Zandberg,  Kalisz, Senyszyn, Hartmann, Środa, Nowacka, Gretkowska, zdołowany Palikot,  – teoretycznie nie jest splamiona krwią, ale wyznają polityczną świętość  Jaruzelskiego -„Wolskiego” i innego „człowieka honoru” tzn. tow. Kiszczaka, czyli prowokują, aby kwalifikować ich jako popleczników zbrodni i zdrady. W pełni dumy. Ktoś powie, że o zmarłych nie mówi się źle, ale o funkcjonariuszach zdrady nie można milczeć i nawet zasłona śmierci tego nie winna przesłaniać i zaciemniać. Oceny publicznej działalności na najwyższych szczeblach władzy jest również uprawniona  po odejściu  w inny wymiar rzeczywistości. Natomiast Manuela G. może być płomiennym natchnieniem dla wielu pełnych abberacji osobników i „osobniczek” szczególnie, i kilka lat temu wysmażyłem o niej tekst para-poetycki’:

Logika żeńska, czyli feminizm stosowany
(po nowopolsku)

"Lubię barbarzyński seks - wyznaje -
największym przyjacielem kobiety jest penis…
w wiecznym dialogu”
Zakłada więc…  Partię Kobiet
o jednym fallusie i o dwóch łechtaczkach  

Ta druga
prawdopodobnie
nabrzmiewa na ich korze
mózgowo-emocjonalnej

W roku 2006  Sejm RP (ni z gruchy, ni z Pietruchy, kolokwialnie mówiąc) uchwalił rozwiązanie agentury GRU, czyli WSI (za była nawet Platforma Obywatelska, mimo zaciekłej obrony Marszałka, przyszłego Prezydenta). „Kawiorowa opozycja”       z „Mędrcem Europy” na czele i przyjacielem Daniela Benit-C łyknęła to z przyzwoleniem, porozumiewawczo przymykając oko, przyjmując założenie, że nie pójdą za daleko, że to tylko gest symboliczny. Nadszedł  jednak czas Antoniego Macierewicza, którego bezwzględnej ideowości nikt nie może zaprzeczyć, a ilość kalumnii skierowana w jego stronę świadczy wyłącznie o czystości osoby.

Wróćmy do historii PRL-u: - poplecznik terrorystów, Adu Duad kupował u nas broń dla Palestyńczyków, w 1978 r. szkoliła się na Mazurach grupa RAF (Frakcja Czerwonej Armii). Nic dodać, nic ująć. Warto było promować komunistom Chrystusa z kałasznikowem jak z różańcem i Jego dwunastu uczniów z zaczepnymi granatami, którzy obsłużą też BUK z Łucznika.

Kaczka po prowansalsku: - takie danie jadali najczęściej czołowi członkowie RAF-u ze dziennikarzami, którym kazali sobie płacić za informacje o swej zbrodniczej działalności. Dla pikantności szczegółu podaję przepis, bo przyrządzając  i potem spożywając można czuć się jednocześnie lewackim terrorystą i ich sędzią.

Składniki: Kaczka, marynata do mięsa, 20 dag słoniny, tłuszcz, 0.75 szklanki czerwonego, wytrawnego wina, 50 dag pomidorów, sól, pieprz, cukier, jałowiec, tymianek, majeranek i czosnek do smaku. Wykonanie: sprawioną kaczkę umyć, zalać marynatą i pozostawić w chłodnym miejscu na kilka godzin, często obracając. Następnie naszpikować cienkimi paskami słoniny wg przepisu na „kaczkę a la Radziwiłł”, posypać przyprawami, związać nogi, polać tłuszczem i upiec skrapiając winem połączonym z wodą, potem wytworzonym sosem. Pomidory umyć, sparzyć, obrać ze skórki, pokrajać w cząstki i dodać do tuszki pod koniec pieczenia. Po upieczeniu kaczkę pokrajać na porcje tak, aby w każdej porcji było po kawałku udka i piersi, ułożyć na półmisku żaroodpornym, polać doprawionym sosem i podgrzać.

Określenie „kawiorowa lewica”  jest ugruntowane,  niepodważalne.  Ilicz Ramirez Sanchez, „playboy” świata terroryzmu, zwykły morderca spod paryskiej Rue Toullier 9 w dzielnicy artystów, gdzie obok (nr 11) kwaterował nie tak dawno temu Rainer Maria Rilke, zdobył serca pokolenia 68. To nic, że buntownicy anty-systemowi skończyli na salonach tego systemu. Z buntu pozostała zaledwie beztroska „rewolucji seksualnej”, której apogeum jest pigułka wczesnoporonna, polityczna poprawność i samobójcze dla cywilizacji śródziemnomorskiej - multi-kulti. „Politycznie poprawni” mówią o jakichś „wartościach europejskich”. Tylko żaden ich piewca nie definiuje czym są i w jakiej perspektywie trzeba je odbierać i stosować. Nie ma „wartości europejskich” – jest spuścizna kulturowa kręgu grecko-rzymskiego i judaistycznego. Tzw. „wartości europejskie” są tylko językową papką brukselskiej nowomowy.

Warto przytoczyć też „ekstatyczną” próbę przeszczepiania gloryfikacji fałszu rewolucji anty-kapitalistycznej lat 70-tych przeszłego wieku na grunt sarmacki. Niewątpliwie na mistyczno-kretyńskim poziomie uczynił to poeta, z bliskiego mi emocjonalnie, Makowa Podhalańskiego, jeden z liderów Grupy Teraz: - „W szczelinie twojego światła/ W szczelinie twojego mroku/ Ulryka Meinhof/ Z twarzą dzieciątka Jezus/ Z rewolwerem obciążającym/ Kieszeń jej skórzanej kurtki/ Który ją wydał”.  Zapewnie poecie wydawało się, że ten który ją wydał, to bohaterska figura Judasza z Iskariotu. Teza poprawna logicznie. I potem jest bardzo głupi patos, na który przywalał zapewne cenzor z Mysiej, czy krakowskiej placówki: „Ulryka Meinhof/  Światło Twojego pochodu/ Światło kamiennych kanionów/  Strzeleckich rowów (…) Ulryka Meinhoff/ Bijące serce policyjnej karetki/ Kaliope/ z dwoma bukietami trotylu” i dalej podobne, patetycznie nieuprawnione bzdury. Choć warto jeszcze dodać jak polski poeta instruuje polskiego czytelnika PRL-u: „Wychodzisz jej naprzeciw/ Ty/ Który już dawno nie czuwasz/ A budzisz się tylko / Krzycząc/ W szorstkich prześcieradłach świtu/ U boku kobiet/  I w pochwie Jutrzenki/ Która tym razem nie przyniesie odwrotu”.  Dla  zakotwiczenia się w czasie, trzeba dodać, że  „Poemat”  jest jedna z wizytówek  nurtu ówczesnej Nowej Fali (nowej znaczy ożywczej, rewizjonistycznej). Stanisław Barańczak jeden z jej moderatorów określał marksizm jako „najbardziej romantyczną filozofię w dziejach”. Cóż dodać, cóż ująć? Tekst Stabry, bo używanie terminu „poemat” dla zwykłej propagandówki jest niesmaczne, świadczy o kreowaniu kultu „Joanny Darc” lewackiej  zbrodni, czyli o kulcie Dziewicy bez odrobiny człowieczego dziewictwa. Stanisław Stabro jest profesorem uczącym młodzież. Tekst „Ulryka” publikował „Nowy Wyraz”,  pismo utworzone w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku przez KC PZPR dla ówczesnej młodzieży. Naczelnymi byli Jan Witan,  Janusz Termer… Współredagowali m.in. Jan Zdzisław Brudnicki, Julian Kornhauser, Krzysztof Karasek…

Zainteresowała mnie informacja o więziennych pismach Ulryke Meinhof „Ein Brief Ulrike Meinhofs aus dem Totem Trakt”. Po ich dokładnym, dosłownym  przetłumaczeniu przez mojego niemieckiego przyjaciela, okazało się, że to więzienna sieczka, troska o komfort własnego przeżycia, refleksje więźnia. Idei zero. Zero skruchy za zbrodnie. Meinhof nie przychodzi na myśl (w tych tekstach), że za jej przyczyną zostało  zamordowanych kilkadziesiąt osób, nie za bardzo kluczowych dla walki z kapitalistycznym „imperializmem”. Są to tylko fragmenty lamentu wydelikaconej, czerwonej intelektualistki. Ulryke Meinhof akcentuje w sposób szczególny torturę więziennej ciszy. Traktuje ją jak pozaprocesowy wyrok prokuratora generalnego, zakamuflowany wyrok śmierci. Pisze: „Pranie  mózgu  jest dla uwięzionych kontynuacją procesu sądowego. Jest dla osadzonych w więzieniu, torturą dla ich uszu, torturą ciszy, na której wszystko zawisa, …dźwięk czuły (szmero-kontaktowy) jawi się jako gotowy do przyjęcia, jest jak film światłoczuły.”

30 lipca 2014 r., w dziejach narodu polskiego, był dniem smutnym. Renegata pochowano z honorami. W kościele garnizonowym wisiał napis „Bóg Honor Ojczyzna” i biskup polowy odprawił Mszę Św. w asyście ks. Lemańskiego i ks. Bonieckiego, którzy jak wiadomo mają problemy nie tylko z ortodoksja katolicką i ślubowanym wobec Boga wymogiem posłuszeństwa, ale również ze źle umocowanymi odniesieniami kulturowymi. Ten dzień to ceremonia pogrzebu W. Jaruzelskiego. Kancelaria Prezydenta RP (Komorowskiego) zwróciła się do rodziny zmarłego dyktatora z propozycją zorganizowania pogrzebu państwowego. Propozycję oczywiście przyjęła. Prezydent Warszawy H. Gronkiewicz-Waltz zgodziła się na pochówek prochów generała na Powązkach i nieodpłatnie przekazała kwaterę.

Jednym z  warunków ważności Spowiedzi Św. jest zadośćuczynienie za popełnione grzechy. Grzechy Jaruzelskiego były jawne. Natomiast spowiednik nie przekazał, czy penitent wykazał choćby skruchę wobec osób, które ewidentnie skrzywdził, pośrednio zabił, osobowo zdegradował. Taka spowiedź teoretycznie nie jest ważna (miłosierdzie nie jest teoretycznie nieograniczone). Skrajna obłuda w mianowaniu się patriotą, zależność i realizacja planów okupacyjnego mocarstwa są oczywiste. Grzechy jawne są grzechami innej kategorii. Pochowano Jaruzelskiego z wojskową asystą. Państwo polskie dokonało auto-kompromitacji, wręcz zaświadczyło, że jest proweniencji sowieckiej, bo daje honory wojskowe i inne dyktatorowi z nadania obcego. Podłość zwycięża. „Majestat śmierci” nie ma tu nic do rzeczy.

„Targowica” jest niezniszczalna, odrodzi się kiedy tego się nie spodziewamy. „Nasza” Targowica, ukształtowana wyraziście w sposób wręcz estradowy ma się średnio dobrze, choć jej histeryczność jest na tyle żałosna, że właściwie nie warto o niej poważnie mówić.  Ale też jawna zdrada nie ma odporu w prawie państwowym.  Funkcjonuje wobec niej ogólna tolerancja, przyjmuje się jej prawo do swobodnego funkcjonowania i szkodzenia Ojczyźnie. I to na każdym poziomie społeczności. Targowiczanie świecą w mediach swą dumą ze zdrady i są przez prawie połową społeczeństwa traktowani jako normalna koncepcja polityczna: - macki układnego „smoka”  ubierające się w woalki troski o byt zbiorowości. Dodam: „Sorry…”. Taki mamy klimat.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora