Zbigniew Wilczyński - Jacek Monter

Zeszli z pełnego słońca w cień rzucany przez trzeci wieżowiec i zatrzymali się jednocześnie, niemal jak na komendę. Zaraz też spróbowali osuszyć twarze brudnymi i przepoconymi rękawami drelichowych kurtek.

– Kurwa, jaki upał! – stęknął Jacek. Zdjął z ramienia dużą i ciężką torbę monterską wypełnioną narzędziami i z ulgą postawił ją na ziemi. Jeszcze raz spróbował osuszyć twarz. Był brygadzistą w tym trzyosobowym zespole.

W końcu tyrał najdłużej z nich, Zbyszek i Tadek przyszli tu jakieś pół roku temu. Jako brygada byli dość luźnym elementem w raczej spójnej i wyspecjalizowanej społeczności budowy; naprawiali wszystko, od zdychającego silnika spychacza do zacinającej się klamki przy oknie.
– Zrobimy jeszcze jedną flachę? – zapytał Tadek bez zbędnych wstępów.
– No? – dorzucił swoje pytanie Zbyszek.

Pytali oczywiście Jacka. On tu decydował.

– Jasne, zrobimy – zgodził się Jacek. – W końcu dwie na trzech to tyle co nic.
– A po fajrancie zasuwamy do Jolki – powiedział Tadek. – No nie?
– Taa! – Zbyszek uśmiechnął się szeroko.

Od kilku dni obaj truli Jackowi o Jolce, ale jakoś nie składało się, żeby mogli tam pójść wszyscy trzej. Dopiero dzisiaj, w ostatnim dniu roboty. Rozwódka z dzieckiem, ta Jolka, ale podobno ekstra dupa.

Zza rogu budynku wyszedł mężczyzna w średnim wieku, ubrany w znoszone i brudne drelichy.

– Zawadzki! – ostrzegł Tadek.
– Hej, Jacek! – zawołał Zawadzki.

Jacek pytająco uniósł głowę.

– Tam, na dwójce, szwankuje dźwig! – Zawadzki machnął ręką w kierunku środkowego wieżowca. – Zajebisto szarpie między pierwszym a drugim. Coś do dupy z przeciwwagą. Zajmij się tym, dobra?
– Dobra! Zajmę się!

Zawadzki odwrócił się i znikł za rogiem budynku.

– Szmal, panowie! – powiedział Tadek.

Jacek i Zbyszek wyjęli pieniądze i odliczyli swoje działki.

– To ja zasuwam – rzekł Tadek.
– Zasuwaj – zgodził się Jacek.

Rozeszli się. Tadek żwawo potruchtał w stronę parkanu, do miejsca, w którym już dawno temu obluzowali deski, a Jacek i Zbyszek poszli do wieżowca numer trzy, gdzie w jednym z mieszkań na dwunastym piętrze urządzili sobie metę.

W butelce widać już było dno. Tadek przyglądał się jej posępnie. Siedział po turecku na podłodze. Nerwowo i zachłannie palił papierosa. Co jakiś czas zerkał na Jacka. Jacek półleżał na starym poplamionym materacu, który przed miesiącem przywlekli z pobliskiego śmietnika. Też palił.

Zbyszek stał przy oknie.

– Zrobimy jeszcze jedną? – nie wytrzymał w końcu Tadek. – Po pół basa na ryło to przecież w sam raz!
– Kurwa – powiedział Zbyszek. – Ale tam na dole kocioł! Morawski zapieprza jak wściekły. A Zawadzki za nim.
– Kurwa – powiedział Jacek. – Ten jebany dźwig na dwójce! Morawski łby nam pourywa.
– Łeb to on se może urwać z fiuta! – stwierdził Zbyszek.
– Panowie, zróbmy jeszcze jedną! – w głosie Tadka zabrzmiała desperacka nuta. – Zaczyna mnie kurewsko suszyć!
– Ale ten dźwig…
– No co ty, Jacek! Flacha na ryło to w sam raz. Piliśmy już tak i nikt nie przyuważył. Łykniemy połówkę i zrobimy ten dźwig. Niech Zawadzki ma. Niech się cieszy.
– No! – dołożył swoje Zbyszek.
– To nie Zawadzki, to Morawski…
– Tacy sami! Tylko by w nas tyrali!

Jacek myślał: – „Gówno wiecie, głupie głąby! Porobicie tu przy fuchach jeszcze ze dwa tygodnie, a potem wynocha na zieloną trawkę, bo szlag trafił firmę. A ja idę z Morawskim na nową budowę!”

Rzeczywiście kierownik Morawski obiecał zabrać go ze sobą do jakiejś spółki z Lublina, która stawiała na Chojnach kompleks luksusowych bloków. Kroiła się stała praca z forsą przynajmniej dwa razy większą niż tu. I dlatego Jacek nie mógł nawalić Morawskiemu. W żadnym wypadku.

– Jacek! – ponaglił go Tadek. – Co z tą połówką?
– No dobra, niech będzie – westchnął. – Ale to trza szybko!
– Szmal, panowie! – Tadek uśmiechnął się szeroko. – Ja zasuwam!

Przed wejściem do klatki schodowej stało kilku mężczyzn, byli wyraźnie wkurzeni i co chwila wrzeszczeli na siebie. Celował w tym jeden facet, mniej więcej czterdziestoletni, ubrany w zniszczone dżinsy i białą brudną koszulkę.

– Kurwa! Kurwa! Kurwa! – wykrzykiwał i machał żółtym kaskiem. Głos miał schrypnięty, a czerwoną twarz zroszoną potem.
– Panie kierowniku! Panie Morawski! – darł się drugi mężczyzna, na oko dwudziestolatek, w zniszczonym drelichu, z torbą monterską przewieszoną przez ramię. Twarz też miał czerwoną i spoconą, oczy małe i podpuchnięte, a ruchy spowolnione, co dokładnie było widać, gdy niezdarnie próbował uchylać się przed fruwającym mu koło nosa kaskiem.
– Daj spokój, Marek, olej to! – krzyczał trzeci mężczyzna, rówieśnik pierwszego. Co chwila rękawem brudnej bluzy ocierał mokre czoło. Czterech innych mężczyzn przyglądało się wszystkiemu z umiarkowanym zainteresowaniem.

Facet z kaskiem walnął się nim w końcu w nogę, więc najpierw opluł kask z ledwie hamowaną nienawiścią, a potem nasadził go na głowę.

– Kurwa! – wrzasnął jeszcze raz, po czym spojrzał na mężczyznę z torbą monterską. – Czego się tu pałętasz w tym stanie, Jacek?
– Dźwig, panie kierowniku… No, dźwig nawala w tym bloku…
– Co? Dźwig? Jaki, kurwa, dźwig?
– No, dźwig… Zwyczajny. W tym bloku… Szarpie między pierwszym a drugim… Balast trza poprawić.

Ten w kasku z namysłem spojrzał na blok, potem na mężczyznę z torbą monterską.

– Chodzi? – spytał.
– No… – zamruczał niepewnie ten z torbą. – Co chodzi?
– Dźwig! Chodzi?
– No… Chodzi. Tylko szarpie między pierwszym a drugim. Balast trza…
– Balast! W dupę se właduj balast! – wydarł się ten w kasku. – Najebałeś się jak patefon! Przy fiucie możesz pogmerać, a nie przy balaście!

Wypierdalaj do chaty! Dzisiaj masz fajrant! Jutro przyjdziesz i naprawisz!

– Jutro? W niedzielę, kurwa…?
– W niedzielę, kurwa! Nie masz daleko, wiesz jak tu wejść. Wiesz, gdzie jest klucz od bloku. Przyjdziesz i naprawisz. W poniedziałek ma to gówno chodzić jak szwajcarska cebula! A teraz wynocha! Jasne, Jacek?
– No…
– Jasne?
– No… Jasne, ale…
– Wynocha!
– No dobra, dobra…

Facet z torbą monterską odwrócił się i ruszył wzdłuż wieżowca. Za nim poszło dwóch następnych.

– Kurwa! – wydarł się facet w kasku.
– Olej to, Marek! – poradził jego rówieśnik w znoszonych drelichach.
– Olej! – Facet zerwał z głowy kask i dramatycznym gestem wskazał szeroko otwartą bramę. – A to? Gdzie ten jebany stróż? No gdzie?
– W pakamerze…
– W dupę pijany, co?
– No…
– Kto to zamknie, pytam się, kurwa, kto?
– Ja zamknę. A ty się uspokój. Olej to!
– Ja tu chyba pierdolnę w kalendarz! – Facet nasadził kask na głowę. – Ostatni dzień, roboty do chuja i ciut–ciut, a wszyscy w dupę pijani! Nie wyrobię! No nie wyrobię!

Zbyszek korzystał z tego, że przy stole siedział obok Jacka i przez cały wieczór coraz głośniej i głośniej pytał go i pytał:

– Ekstra dupa, prawda? Ekstra dupa, no nie?

Tadek przez stół zadawał to samo pytanie minami i gestami.

Jacek był przekorą z natury, zmuszanie go do czegokolwiek wywoływało odruchowy sprzeciw, tak więc Zbyszek i Tadek tym swoim rajfurzeniem nieświadomie obrzydzali mu Jolkę. A mimo to Jolka podobała mu się coraz bardziej. Wysoka, szczupła, ciemnowłosa, śmiała się często i sama potrafiła powiedzieć coś do śmiechu; była – jak to mówią – wesołego usposobienia. A na dokładkę Jacek widział, że on też się jej podoba, bo przede wszystkim śmiała się do niego, zagadywała go i dbała, żeby zawsze miał coś w kieliszku i na talerzu. W tym jej dbaniu, w tym śmianiu się i zagadywaniu, nie wyczuwał żadnej nieszczerości, żadnego nachalnego polowania na chłopa. Był pewny, że potrafi wyczuć ludzi, ich krzywe intencje, nawet gdy jest zalany, a może szczególnie wtedy. Cenił siebie, wiedział, że ma dobry zawód, dobrą i stałą pracę, regularną wypłatę z dużą szansą, że niedługo będzie znacznie większa. W dzisiejszych czasach był kuszącym celem dla wielu kobiet, a już na pewno dla matki samotnie wychowującej dziecko.

Dziecko. Mała i cicha, pięcioletnia dziewczynka – imienia nie dosłyszał albo nie zapamiętał – fizycznie toczka w toczkę podobna do matki, popołudnie spędziła na podwórku, a gdy wieczorem ściągnęła do domu, pokręciła się trochę wokół stołu, zjadła w kąciku kolację i szybko poszła spać. Była, a jakby jej nie było i Jacek przeczuwał, że tak jest nie tylko dzisiaj.

Kiedy w drugiej albo trzeciej butelce zaczęło przeświecać dno, Jacek poczuł, że ma dość. Nie wódki, nie. Jak zwykle pił umiejętnie i mógł jeszcze sporo w siebie wlać, ale coraz bardziej dokuczało mu natrętnie hałaśliwe towarzystwo koleżków. Byli mocno pijani, choć nie zdawali sobie z tego sprawy. Wiedział, że będą go namawiać na kupno jeszcze jednej flaszki, a on po prostu chciał zostać z Jolką sam.

Zaczął udawać pijanego, ale tamci nie zwrócili na to uwagi, więc wymruczał do Jolki, że musi się na chwilę położyć, a dziewczyna zrozumiała go bez zbędnych słów; uśmiechała się porozumiewawczo, gdy kładł się na wersalce.

Zdrzemnął się. Gdy otworzył oczy, w mieszkaniu panował spokój. Zbyszek i Tadek znikli, krzesła stały równo, na stole leżała czysta serweta, a z kuchni dobiegał szum wody i ciepły, domowy brzęk mytych naczyń.

Usiadł. Wersalka skrzypnęła przeciągle. Woda w kuchni przestała płynąć, a Jolka wetknęła głowę w drzwi i przesłała mu uśmiech. Spróbował odpowiedzieć uśmiechem, ale twarz miał zdrętwiałą od snu i nie bardzo mu to wyszło.

– Zostajesz? – spytała cicho.

Kiwnął głową. Wtedy podeszła z wyciągniętą ręką, w której trzymała napełniony po brzegi duży kieliszek wódki.

– Wypij – powiedziała. – Kąpiel już czeka.

Jacek rozparł się wygodnie na ławce stojącej w cieniu trzech starych jabłoni. Przed nim ścieliło się długie jak pas startowy trawiaste podwórko, należące do kamienicy, w której mieszkała Jolka. Był rozleniwiony i zadowolony, bo niedawno zjadł suty obiad zakropiony kielichem, bo dzień był piękny jak marzenie, bo Jolka siedziała obok, przytulona, wsunięta pod jego szeroko odrzucone ramię.

A przecież czuł niepokój. Szczególnie gdy spoglądał w bok, gdy ponad dachami sąsiednich kamienic widział ostatnie, najwyższe piętra trzech wysmukłych wieżowców. Wiedział, co powinien zrobić. I absolutnie nie miał na to ochoty. Wciąż nie mógł się zdecydować, czy zrobić to, co musi, czy to co chce.

– Wiesz, dobrze mi – powiedziała cicho Jolka.
– Mnie też jest dobrze – odpowiedział równie cicho.

Chciał posiedzieć z Jolką na tej ławce do wieczora, chciał wykorzystać ten piękny spokojny dzień do oporu, do cna, a później, wieczorem, chciał pójść z Jolką do kina. Jak z własną dziewczyną.

„Jutro wstanę wcześniej i zrobię ten kurewski dźwig!” – obiecał sobie w końcu. „Wstanę tak wcześnie, że zrobię to, zanim Morawski zdąży wetknąć nos na budowę!”

– Pójdziemy dzisiaj do kina? – zapytał.
– Do kina? – powtórzyła.
– Nie chcesz?
– Chcę! Tak dawno nie byłam w kinie! – zawołała i roześmiała się. – Kicię zostawię u Ewy. Ona też u mnie zostawia swojego Tomka. A my pójdziemy do kina. Jak dziewczyna z chłopakiem! – Przechyliła się, zajrzała mu w twarz. – Wiesz, pobiegnę do domu po gazetę. Zobaczymy, co gdzie grają!
– Posiedź ze mną – poprosił, przytrzymał ją za ramiona, przytulił. – Nie ma się gdzie spieszyć, kino nam nie ucieknie. Pójdziemy wieczorem, dobrze?
– Dobrze – zgodziła się.
– Teraz jest tak fajnie, że szkoda się stąd ruszać – powiedział. Spojrzał na dachy wieżowców. Był zadowolony, że wreszcie podjął decyzję, a niepokój w jego duszy gasł jak płomień w lampie naftowej, w której zabrakło paliwa.

Jacek siedział w policyjnym radiowozie i pustym wzrokiem patrzył przed siebie. Nie widział opartego o maskę stróża Stanisława. Nie widział tęgiego gliniarza w średnim wieku, który co jakiś czas podchodził do stróża. Nie widział, że rumieńce na policzkach stróża ciemniały wtedy o kilka tonów, bo gliniarz nie zważając na jego wiek podeszły syczał z pasją przez zaciśnięte zęby: – „A mówiłeś, dziadu skurwiały, że nikt się w windzie nie topi!”

Jacek był kompletnie oszołomiony od chwili, gdy o piątej rano wszedł do środkowego wieżowca, zobaczył zalany wodą korytarz, zobaczył otwarte na oścież drzwi windy, usłyszał słaby, bulgotliwy ludzki głos dobiegający z wysokości podłogi i uświadomił sobie, że człowiek, który mówi do niego, siedzi w kabinie tkwiącej gdzieś w piwnicach i zalanej wodą. Wtedy zrozumiał, że stało się coś strasznego. Zachował tyle przytomności umysłu, że zakręcił wodę w głównym ujęciu i zatelefonował do Morawskiego. Ten kazał czekać. I zapytał: – „Dlaczego nie przyszedłeś na budowę wczoraj? Dlaczego, durniu?” Jacek nie odpowiedział. Już wtedy czuł się tak, jakby oberwał sztachetą w łeb.

Usiadł w pakamerze stróża i czekał. Oprzytomniał trochę, gdy litościwy stróż poczęstował go kielichem gorzały, pomyślał nawet: – „Jakoś to będzie”. A potem do pakamery wpadł tęgi policjant, sierżant w średnim wieku i ryknął do stróża: – „Ty dziadu skurwiały! A ręczyłeś, że nikt się w windzie nie topi!” Później zjawili się inni gliniarze, ale to właśnie tego tęgiego było wszędzie pełno, to jego Jacek zaprowadził do wieżowca, pokazał windę i asystował przy rozmowie z uwięzionym w niej człowiekiem. Gdy wracali, na twarzy policjanta pojawił się drapieżny uśmiech. „Piliście, obywatelu, wódkę w pracy!” – wycedził z satysfakcją, po czym zreflektował się i poprawił: – „Pił pan alkohol w pracy! Proszę za mną!”. Zaprowadził Jacka do radiowozu, posadził na tylnym siedzeniu i kazał czekać.

Jacek czekał. Przybyło radiowozów, nadjechały cztery wielkie wozy strażackie i dwie karetki reanimacyjne. Pojawili się pierwsi gapie, a wraz z nimi ekipa telewizyjna i trzech reporterów z miejscowych gazet. Gapiów przybywało tak szybko, że wkrótce powstał niespokojny, rozwichrzony tłum, co chwila wstrząsany dreszczem nowej sensacyjnej plotki.

Jacek nie widział samochodów ani tłumu, nie widział też, jak tęgi gliniarz w średnim wieku, nagle znacznie mniej aktywny, wyraźnie markotny i osowiały, chociaż wciąż wściekły, przyprowadził do radiowozu stróża. A jeszcze później Morawskiego. Dopiero wtedy Jacek na chwilę ocknął się z odrętwienia i lękliwie zerknął na swojego kierownika. Morawski miał tępy, zagubiony wzrok i nieobecną minę. Wyglądał tak, jakby nagle świat zawalił mu się na głowę.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież