Janusz Gryz - Pomarańcza

Jest upalny bezchmurny czerwiec. Wycieczka do Gdyni. Na Skwerze Kościuszki stoi zacumowany, okazały lśniący bielą statek „Batory”. Jest ogromny, majestatyczny, budzący trwożny szacunek i zachwyt. Wokół widać niezrównanie gładką równinę ciemnozielonego morza, o którym czytali, marzyli i które wreszcie odsłoniło się och oczom. Transatlantyk „Batory” mieszczący w sobie te wszystkie oszołamiające egzotyką i przygodą nazwy jak: Afryka, Robinson Kruzoe, bezludna wyspa, ludożercy, kapitan Nemo, czerwonoskórzy, Winnetou, Old Shatterhand…

Ostrożnie po trapie, upominane przez nauczycielki wchodzą dzieci na pokład statku. Na końcu wchodzi zaś ten najmniejszy z nich, drobny, płowłosy o smutnym spojrzeniu i siono podkrążonych oczach. Chłopiec dzisiaj znów się zmoczył i ojciec wściekły jak zawsze, kazał mu klęczeć na woreczku z grochem, tuż przy szafie z twarzą do ściany i uniesionymi nad głową rękami.

Po urodzeniu został on oddany na wychowanie dziadkom, gdzie mieszkał przez dziewięć lat na parterze w jednym pokoju, w kamienicy na przedmieściu. Dziadkowie darzyli go całą miłością starzejących się samotnych ludzi. W tym czasie, również podrósł synek młodszej siostry matki, i ta dała w niedwuznaczny sposób znak swoim rodzicom, że ona również chciałaby, aby jej ulżono, gdyż była w zaawansowanej ciąży. Dziadkowie, nie chcąc więc kłótni w rodzinie, musieli rozstać się ze swoim wnuczkiem. Przyszło mi to bardzo ciężko, popłakali sobie, żegnając się z nim na peronie, w tłumie podróżnych wybierających się na wczasy nad morze. Miasto oszołamiało i przytłaczało chłopca. Wyrwany został w prowincjonalnego pustkowia, z jego niespiesznego bezruchu, z czasem, który zdawał się zastygać wśród goździkowych ogródków, z ciepła rozświetlonego księżycem zmierzchu. I nagle trafił tu, w ogrom wielopiętrowych domów, w gwarne nieprzeliczane ludzie tłumy, gorączkowy hałas samochodowy, z jego słodko mdlącym zapachem spalin. Czuł się tu zagubiony i samotny.

Ojciec, którego nie znał, był mu obcy, surowy chłop bez zawodu. To człowiek rzucony do tego miasta z całą jego bezwzględnością, niemal chłopskim okrucieństwem, który wyładowywał swoje niepowodzenia życiowe na dzieciach, na nim. Chłopiec owładnięty nieustannym strachem przed biciem, przed wymyślnymi torturami, samotny swą samotnością porzuconego dziecka, pełen odbierającego przytomność lęku, moczył się wtulony całym sobą w miękką poduszkę. Kiedy matka, bojaźliwie próbowała interweniować, to spadał na nią grad wyzwisk i ciosów, przed którymi ratowała się ucieczką.

Po roku czasu, kiedy przyjechał do dziadków na wakacje, ci zasmucili się, zatroskali widząc, jak ich ukochany wnuczek, chłopiec usposobienia bardzo żywy, przymiły, zapadł się w sobie, starał się być niedosłyszalny, niedostrzegalny, który teraz niechętnie wychodził na podwórko, i unikał dzieci.

Kiedy wycieczka mijała oficerską kajutę, z której sączył się subtelny zapach dymu z cygar, chłopiec spojrzał przez uchylone drzwi. Oślepił go blask orzechowego drewna i czerwonego aksamitu. Stał tam wysoki mężczyzna z czarną brodą i w zamyśleniu patrzył w okno. Chłopiec zastygł, oczarowany jego wykwintnym, śnieżnobiały mundurem z dwoma rzędami dużych złotych guzików, złotym szamerunkiem i groźną piracką brodą. Oficer wyraźnie dostrzegł go kątem oka, bo odwrócił głowę, spojrzał swymi wesołymi oczami i uśmiechnął się. Ujął w dłonie, ze stojącej przed nim na stoliku, że srebrnej patery pomarańczę, przekroczył próg kajuty i podał chłopcu owoc.

Widząc to, dzieci zatrzymały się i patrzyły na niego ze zdziwieniem. U niektórych na twarzy pojawił się uśmiech rozbawienia, a u innych lekceważąca pogarda. Nawet nauczycielki wydawały się być zaskoczone. Chłopiec zmieszał się, poczuł wstyd. Jakże to, dlaczego jemu ten oficer dał pomarańczę, dlaczego to on wyróżniał się, czym sobie na to zasłużył. On, który nic nie znaczył, który czuł się ostatnim z ostatnich. Ta duża, pachnąca pomarańcza, nie należała się jemu, to pomyłka. I żeby nie zwracać na siebie uwagi szybko podszedł do najbliższego kolegi, wyciągnął rękę i chicho powiedział:

- Weź ja nie chcę.

Kolega bez namysłu zabrał pomarańczą, a on poczuł ulgę. Wszyscy poszli dalej, po lśniących czystością, wyszorowanych deskach pokładu na rufę, pozostawiając go samego. Chłopiec położył ręce na przyjaźnie ciepłym relingu, oparł się na nich brodą i zapatrzył w połyskujące morze. Na redzie, tu i tam nieruchomiały malutkie sylwetki rudowęglowców. Za nimi na horyzoncie, w oddali, w drgającym powietrzu migało przed jego wytężonym wzrokiem ciemne, podłużne pasemko lądu. Wydawało się to mirażem. Optycznym złudzeniem, wytęsknionym majakiem. I nagle, z całą siłą swego dziecięcego serca zapragnął uciec, zamieszkać tam, na tej mrowiącej się w oczach wyspie, z dala od ojca, z dala od wszystkich ludzi.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież