Janusz Marian Paluch - Wołyń – tak było…

Z żalem skończyłem czytać książkę Piotra Tymińskiego „Wołyń bez litości”, choć początkowo bardzo się lękałem tej lektury. Sięgałem po nią z obawami, że opisy wszechobecnej zbrodni ludobójstwa, jaka dokonana została na ludności polskiej na Wołyniu, pogrąży mnie w stany depresyjne. Wszak powieści, tak jak filmy, mają to do siebie, jeśli są oczywiście dobrze napisane, a taką jest powieść Piotra Tymińskiego, że „wciągają” nas – czytelników czy też widzów – w tryby swoistego wehikułu czasu.

Bo i cóż z tego, że czytam książkę w Krakowie, w realiach wiosny 2017 roku, jeśli ma dusza umyka co chwilę w czas straszny i okrutny wywoływany na stronach książki przez Piotra Tymińskiego. Żyję już kilkadziesiąt lat i przez ten czas sporo naczytałem się i naoglądałem o zbrodniach, jakie w międzyczasie ludzie sobie zgotowali. Wietnam, Kampucza, Afryka, Ameryka Południowa, Afganistan, Iran i Irak, w końcu Bałkany w Europie a obecnie płonący Bliski Wschód i tląca się Ukraina. Te chyba niezliczone miliony ofiar zbrodni wojennych w jakimś sensie powinny uodpornić mnie i wprowadzać w stan obojętności emocjonalnej. Opisy zbrodni dominują w newsach płynących z różnych zakątków świata każdego dnia. To już codzienność. Na mnie te informacje działają odwrotnie, wręcz depresyjnie. I choć urodziłem się kilkanaście lat po dokonaniu przez Ukraińców opanowanych szałem nacjonalizmu rzezi na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, a więc ten czas to dla mnie na szczęście tylko historia, to ludobójstwo wołyńskie zawsze przeraża mnie niemiłosiernie, powoduje wewnętrzne łkanie duszy. Świat wartości wali mi się z trzaskiem na głowę za każdym razem, kiedy czytam taki choćby opis: „w lesie trafili na obnażone zwłoki siedemnastoletniej córki Żarczyńskich. Miała poprzebijane piersi w kilku miejscach, cała była pokłuta i od łona po brzuch rozcięta” – wystarczy... Czy takie bestialstwo mogło być dokonane przez człowieka? – pojawia się natychmiast pytanie. A jednak tak czynili i czynią ludzie. Nic innego przecież nie działo się na Bałkanach w latach 90-tych XX w. między Serbami, Chorwatami i Bośniakami nie tylko na tle narodowościowym, ale i dodatkowo religijnym. Po dzisiejszy dzień straszą tam pustymi, wypalonymi, ostrzelanymi, oczodołami okien domy. Mieszkańcy tych domostw nie żyją, a jeśli mieli trochę szczęścia, udało im się uciec. Nie chcą jednak wracać do zniszczonych domostw, do tych samych sąsiadów…

Autor podjął się trudnej pracy opisania skomplikowanej sytuacji społeczno-politycznej na Wołyniu podczas II wojny światowej, a właściwie już u jej schyłku. Wołyń znajduje się jeszcze pod niemiecką okupacją. Żywioł polski został mocno osłabiony mordami i wywózkami na Syberię w czasach pierwszej sowieckiej okupacji (1940 r.). Przez lata wojny radykalizowały się ukraińskie siły nacjonalistyczne. Apogeum dramatu to lata 1943-44. Oddziały partyzantki ukraińskiej zamiast walczyć z okupantem, Niemcami, skupiają się na mordowaniu bezbronnych Polaków, wciągając – pod karą śmierci – w ten dance macabre zwykłych mieszkańców wsi. Polacy jednak sami się bronią, nawet jak są bezbronni. Organizują samoobronę przed grabieżami i ludobójstwem Ukraińców. Nie idą potulnie na rzeź. Jest też trzecia siła – partyzantka sowiecka walcząca z Niemcami. Rosjanie zachęcają polskich partyzantów do wspólnej walki z Niemcami. Czasem wspierają Polaków w walce z Ukraińcami, ale zachowują się też nieobliczalnie. W pewnym momencie rozbrajają i internują cały polski oddział, przesłuchują dowódców, dopuszczając się także mordów na tle ideologicznym. Zmuszają Polaków do walki pod swą komendą. Zdradą posługują się jak narzędziem do eliminacji ideowych przeciwników. W pełnej krasie rozwinie się ta walka z AK i polskim podziemiem narodowym po 1944 r., po przesunięciu się frontu na zachód. Wypełnią się Polakami obozy i więzienia na ziemiach polskich oswobodzonych spod niemieckiej okupacji, tysiące zginie na miejscu, a na wschód pojadą znowu pociągi wypełnione ludźmi do syberyjskich obozów pracy. Autor opisuje też przypadki, że polskojęzyczni żołnierze niemieccy, korzystając z tego, że żywi trafili do niewoli partyzanckiej, przechodzą na polską stronę. Tamten czas i rejon, to był prawdziwy kocioł!

Na tle tej skomplikowanej sytuacji obserwujemy głównego bohatera powieści, Stanisława Morowskiego, który uszedł z życiem z matni, jakiej dokonał na jego rodzinie oddział złożony z Ukraińców pod dowództwem jego kolegi z wsi, a do tego konkurenta do ręki jego żony. Cudem udaje mu się przeżyć. Traci rodzinę. Jest przekonany, że także świeżo poślubioną żonę, która spodziewa się dziecka. Wojna jest jednak pełna niespodzianek. Autor pokazuje, że zawsze trzeba mieć nadzieję na dobre zakończenie największego dramatu. Dopóki nie ma się pewności, nadzieja zawsze trwa.

Powieść partyzancka Tymińskiego oparta jest –  jak twierdzi autor –na faktach autentycznych. Jestem pełen podziwu dla znajomości terenu, i faktów związanych z tragicznymi losami wsi zamieszkałych przez polską ludność. Tymiński przywrócił pamięci, na stronach swej powieści, dramatyczne losy często przecież zupełnie anonimowych miejscowości, o których może nie usłyszelibyśmy nigdy, gdyby nie wojna i nacjonalizm ukraiński.

Jeśli można mówić o mankamentach książki Tymińskiego, to chyba tylko o tym, że od pierwszych stron, nieprzygotowani, wchodzimy w bieg akcji. Ktoś niezorientowany w zawiłościach naszych dziejów na Kresach, na Wołyniu, może się zagubić. Trwa wojna, krwawa wojna nie na żarty, ale właściwie nie ma wojska. Są partyzanci, ale walczą bardziej między sobą, niż z okupantem niemieckim. Jest to więc książka dla przygotowanego czytelnika. Chyba, że dla takiego czytelnika, któremu wszystko jedno kto z kim, i dlaczego, walczy, a priorytetem w powieści jest sama walka, pokotem kładący się trup – najlepiej przeciwnika – i lejąca się strumieniami krew. No i oczywiście zgrabne sanitariuszki opiekujące się bohaterskimi chłopcami nie kłaniającymi się kulom… Tak się też dzieje na kartach książki Tymińskiego, bo tak się działo na Wołyniu w ten dramatyczny czas.

Główny bohater, który zdążył zaledwie „dotknąć” wojska w 1939 r., nagle przez losy wojny pozbawiony zostaje rodziny, którą wymordowali „sąsiedzi”. Chcąc nie chcąc wpada w wiry walki. Oddziały samoobrony, oddziały Armii Krajowej. Bezwzględna, brutalna walka na śmierć i życie.

Obserwujemy, jak chłopak w krótkim czasie dorośleje, kiedy dotyka go śmierć najbliższych, a śmierć przyjaciół i znajomych, nie tylko towarzyszy walki, staje się codziennością. Ze zdumieniem, ale i zrozumieniem, czytamy jak bez cienia wątpliwości, litości wydaje wyroki na morderców, którzy w chwili zbliżającej się śmierci w jednej chwili z butnego bohatera stają się pomiotem ludzkim, bez honoru, błagającym o litość. Panuje wtedy prosta wojenna logika, której w czasie pokoju nikt nie zrozumie. Jeśli nie zabijesz – zostaniesz zabity. Konstatuję po chwili ze zdumieniem, jak podstępna była walka przez nich prowadzona. Udawali Ukraińców, Niemców, Rosjan, by podstępem wejść do obozu czy wsi, a potem znienacka zaatakować i zniszczyć. Wszyscy tak robili Polacy, Rosjanie i Ukraińcy.

Stanisław podejmuje też najtrudniejszą w życiu decyzję, świadomie biorąc na siebie odpowiedzialność. Kiedy dowiaduje się o planach Ukraińców mających na celu zorganizowanie zgrupowania i dokonania statecznej eksterminacji polskiej ludności, wyprzedza ich atak, wchodzi do ukraińskiej wsi, którą pali i zabija mężczyzn. Kobiety, dzieci i starcy są pod ochroną. W czasie tej akcji okazuje się, że jego żona jednak żyje, więziona przez ukraińskiego kolegę, konkurenta do jej ręki. Uwalnia ją, ale niebezpieczeństwo nie mija. W takim momencie książka się kończy. Autor pozostawia nas z dylematem o słuszności dokonanej zemsty na Ukraińcach. Ta myśl jest tak ciężka, że właściwie mało nas interesuje dalszy los bohaterów książki. Czy przeżyją wojnę? Czy Staszka noszącego pseudonimy „Len” – „Czart”, spotkały szykany sowieckie, a może już polskie? Mógł też zginąć w dalszych walkach, a jeśli przeżył, czy uniknął szykan, jakim byli poddawani członkowie AK?

Kto wie, czy nie szykuje nam się wołyńska partyzancka epopeja pisana piórem Piotra Tymińskiego, jeszcze młodego ale odpowiedzialnego historyka. Temat trudny, ale już na kartach tej książki udowodnił autor, że do przeskoczenia. Materia delikatna, bo łatwo zejść na margines, by odchodząc od prawdy historycznej, jednym się przypodobać, a w drugich zrobić sobie wrogów.

 


Piotr Tymiński, Wołyń bez litości, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2017.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież