Dariusz Pawlicki - Przeciw literatom. O literaturze alternatywnej i pisarskiej uczciwości

Dopóki nie przeczytałem Dziennika pisanego nocą autorstwa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, wyraz „literat” traktowałem jako synonim „pisarza”. Tak jak zresztą jest to prezentowane w kolejnych edycjach Słownika języka polskiego wydawanego przez PWN. Z lektury wspomnianego Dziennika dowiedziałem się jednak, że Herling-Grudziński terminy „literat” i „pisarz” traktował rozdzielnie. Okazało się też, że nie był w tym osamotniony.

Przytoczył na przykład fragment tekstu Elsy Morante, w którym ta sprawa została tak oto, zwięźle i jednoznacznie przedstawiona:

„Nie należy mieszać pisarzy z literatami. Dla literatów, jak wiadomo, jedynym tematem ważnym jest, i zawsze była, literatura. Więc muszę tu zaraz ostrzec, że w moim słowniku codziennym pisarz (czyli przede wszystkim poeta) jest przeciwieństwem literata. Więcej, jedna z możliwych ścisłych definicji pisarza byłaby dla mnie wręcz taka: człowiek, któremu na sercu leży wszystko, co się dzieje, z wyjątkiem literatury”.

Nie wiem czy definicje „literata” i „pisarza” zostały w tekście Morante podane w szerszym kontekście, czy też sprowadzały się tylko do tego, co zawiera powyższy cytat. Natomiast Herling-Grudziński wspomnianą wypowiedź dopowiedział. Wyjaśnił bowiem, że słowo „literat” pochodzi od włoskiego letterato, co oznacza człowieka umiejącego „dobrze pisać” o wszystkim tym, czego od niego oczekiwali/życzyli sobie panujący i wysocy dworscy urzędnicy, a w pewnych sytuacjach także niżsi.
                              
Owi ludzie pióra gotowi do takiej właśnie „twórczości”, świadczyli usługi nie tylko dla włoskich władców, jak też rządów republikańskich epoki renesansu (do tego okresu nawiązuje, najprawdopodobniej, letterato). Zapotrzebowanie na nich istniało już we wcześniejszych epokach. Nigdy jednak nie mieli tyle pracy, co w państwach totalitarnych XX w. Niewątpliwie wpływ na to miała ogromna wówczas rola słowa pisanego (w czasach nam współczesnych zastąpionego, w znacznej części,  przez ruchome i nieruchome obrazki). A także to, że u źródeł tych totalitaryzmów leżały konkretne teksty, które następnie stały się ich „Świętymi księgami”.

Zdarzało się jednak często, że i w państwach demokratycznych powstawały publikacje inspirowane bądź wręcz zamawiane przez rządy, partie bądź inne organizacje społeczne; nie inaczej jest w czasach współczesnych. Z tego powodu ich treść była i jest niejednokrotnie uzależniona od tego, co w danej „chwili” zleceniodawcy uważali/uważają za dopuszczalne lub nie, do rozpowszechniania. Przykładem może być wpływ partii komunistycznych na życiu umysłowe, kulturalne, społeczne w takich krajach jak Włochy i Francja w latach 40., 50., 60. i 70. ubiegłego wieku.

Wręcz wzorcowym przykładem pisarza w znaczeniu podanym przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Elsę Morante jest Michaił Bułhakow. Tym bardziej, że w rzeczywistości, w jakiej przyszło mu żyć (tajemnicą poliszynela były jego negatywne poglądy na temat owej rzeczywistość), chęć pozostania pisarzem, czyli odmowa bycia literatem, miała konsekwencje nie w postaci zakazu druku, ale – najczęściej utraty życia. Lecz władza radziecka, a konkretnie Josif W. Stalin, nie upomniała się na szczęście o jego życie. Wciąż bowiem miała nadzieję, że będzie on pisał utwory chwalące „dokonania” Związku Sowieckiego, a nie przedstawiające go w szponach szatana, jak to zostało zaprezentowane w Mistrzu i Małgorzacie. Niestety, wspomniana władza upomniała się, przykładowo, o życie Osipa E. Mandelsztama, który także chciał pozostać pisarzem, a konkretnie poetą, i pisać tak jak chciał, jak czuł.

Ale o ile Gustaw Herling-Grudziński „pisarzy” i „literatów” umieszczał na tle politycznym (przynajmniej w tym fragmencie swego ciekawego Dziennika, który stał się punktem wyjścia do moich rozważań), to ja w mym szkicu mam zamiar poruszyć, nieco inne, ale pokrewne sprawy. A na początku chciałbym wspomnieć o umizgiwaniu się literatów (wykorzystując słowo „literat”, podaję je, nie tylko w tym momencie, w znaczeniu podanym przez Elsę Morante), w przypadku pisarzy nie wchodzi to w grę, do wydawców, autorów piszących recenzje wewnątrzredakcyjne, krytyków, redaktorów czasopism, przedstawicieli gremiów przyznających nagrody. To jest do tych środowisk opiniotwórczych, które, w zależności od swych potrzeb bądź przekonań, mogą promować bądź „niszczyć” (cudzysłów odnośnie konkretnych przypadków nie zawsze jest wskazany) pewne utwory i pewnych autorów. Nie chcę jednak pisać obszerniej o wspomnianym umizgiwaniu się, jak i „niszczeniu”, i poprzestać na napomknięciach o nich. Natomiast zamierzam rozpisać się nieco szerzej o postawie wobec wspomnianych środowisk opiniotwórczych, którą znamionuje pewnego rodzaju obojętność. Dobrym jej przykładem jest postępowanie wielu przedstawicieli generacji ludzi pióra urodzonych w Stanach Zjednoczonych w latach 20. XX w. Choć należeli do niej również twórcy urodzeni nieco wcześniej i nieco później (posiłkuję się przykładem amerykańskim, a nie polskim ze względu na tamtejszą dłuższą historię wspominanego przeze mnie w tym fragmencie zjawiska). Niezmiernie wielu było pośród nich poetów. Owi autorzy przynależeli do takich ruchów/nieformalnych szkół/kierunków jak, na przykład, Black Mountain College, nowojorska szkoła poetycka, grupa poetów skupionych wokół Roberta Blya. Najbardziej znane pośród nich, którego znaczenie nie ograniczało się tylko do literatury, to Beat Generation (na zachodnim wybrzeżu określane też mianem: San Francisco Renaissance). Do inicjatorów tego ruchu należeli Jack Kerouac, Allen Ginsberg, William Burroughs, Neal Cassady.

Zabarwiona dużą uczuciowością, erotyzmem, głosząca wyzwolenie od obowiązujących norm społecznych, nie stroniąca od wulgaryzmów (niekiedy nawet lubująca się w nich), czerpiąca wiele z mowy potocznej, twórczość beatników była nowością literacką w USA i nie tylko tam (w tym miejscu napomknę, tak dla porządku, że nie jestem miłośnikiem owej twórczości, jako takiej. Natomiast interesuje mnie konkretne zjawisko z nią związane). Ale nowością, równocześnie czerpiącą wzorce z amerykańskiej tradycji piśmienniczej. Odwoływała się bowiem, zarówno w sensie  światopoglądowym jak i literackim, do twórczości Walta Whitmana, Ralpha Waldo Emersona, Henry’ego D. Thoreau. Do utworów niezmiernie bliskich temu pokoleniu, nie tylko przedstawicielom Beat Generation, należały wiersze Williama Carlosa Williamsa. Były one przy tym im współczesne, gdyż Williams zmarł w 1963 r. A w jego wierszach pociągało ich między innymi to, że był on „apologetą języka bezpośredniego i wyzbytego wielosłowia, poetyckiej ekspresji (...). Nie stronił od dosadnych, a nawet obscenicznych określeń (...)”.

Preferencje środowisk dominujących w ówczesnej amerykańskiej literaturze, wyznaczających obowiązujące wzorce, były zdecydowanie inne, chociażby jeśli chodzi o słownictwo.

Po przeczytaniu zapisanych powyżej słów, być może zapytasz, szanowny czytelniku: gdzie tu miejsce na pochwalę, jako pisarzy, dla wspomnianych grup ludzi pióra działających w Stanach Zjednoczonych?

Otóż o tym, że byli pisarzami, a nie literatami (przynajmniej w początkowej fazie ruchu) świadczyła kompletna obojętność (może niekiedy udawana/upozowana) dla opinii wyrażanych przez literackie czynniki decyzyjne. Efektem tego było i to, że choć ich utwory ukazywały się, w niektórych niskonakładowych czasopismach, to jednak przez wiele lat nie były publikowane w postaci książek. Przykładem są powieści Kerouaca, które czas jakiś przeleżały w jego szufladzie. A gdy ukazały się drukiem, to nie dlatego, że autor przerobił ich pierwotne wersje, tak aby zadowolić wydawców, lecz, że oni zwietrzyli dobry interes w wydaniu tekstów jednego z czołowych beatników, któremu wiele uwagi zaczęły poświęcać media.

Doskonałym przykładem postępowania młodych autorów wobec opiniotwórczych środowisk związanych z literaturą, jest postawa wspomnianej już grupy poetów nazywanej nowojorską szkołą poetycką. Tę postawę można określić skrótowo dwoma słowami: róbmy swoje! W okresie istnienia owego ugrupowania (połączonego głównie koleżeńskimi więzami, o wspólnym programie nie sposób bowiem mówić), czyli w latach 50. i 60. XX w., dokonania Franka O’Hary, Johna Ashbery’ego, Kennetha Kocha, Jamesa Schuylera, nie były w ogóle zauważane przez wspomniane czynniki. Na co wpływ miało i to, że owi poeci nowojorscy tych czynników… nie zauważali. Nie zabiegali o pochwały, nie wygłaszali odczytów na uniwersytetach, nie otrzymywali nagród (nie tylko tych prestiżowych), nie uczestniczyli w spotkaniach, których organizatorem była chociażby Amerykańska Akademia Sztuki i Literatury (American Academy of Arts and Letters). Publikowali natomiast w czasopismach i wydawnictwach, o których istnieniu gremia opiniotwórcze reprezentowane na przykład przez Amerykańskie Stowarzyszenie Poezji (Poetry Society of America), nie miały pojęcia, albo, co najwyżej, które znały tylko ze słyszenia. Do tego przesiadywali w pubach Greenwich Village i East Village, gdzie nie tylko dyskutowali i plotkowali, pijąc i jedząc, ale również czytali swoje utwory, jak też pisali, tak dla nich charakterystyczne, wspólne utwory poetyckie zwane kolaboracjami.  

Gdy brakowało zainteresowania ze strony wydawnictw i redaktorów uznanych czasopism, przedstawiciele alternatywnej literatury amerykańskiej, radzili sobie jak mogli. Swoje utwory wydawali na własny koszt bądź zakładali niewielkie oficyny wydawnicze. Klasycznym przykładem tego drugiego rozwiązania jest wydawnictwo City Lights Books, które później znacznie się rozrosło. Powoływali też do życia czasopisma, czego przykładem może być „Village Voice”. Często przy tym, dla obniżenia kosztów, stosowali rozmaite techniki powielaczowe.

To, że niektórzy przedstawiciele wymienionych ruchów, w późniejszym okresie zaczęli przenikać do wpływowych środowisk związanych z literaturą, jest już inną sprawą. Inną, gdyż nie dotyczy pionierskiego okresu istnienia owych ruchów.
    
Wspomniane zjawisko, jakim jest literatura alternatywna (zdaje sobie sprawę z pewnej nieprecyzyjności tego terminu w tym kontekście), które omówiłem powyżej na przykładzie części literatury Stanów Zjednoczonych powstającej od lat 50. XX w., możemy obserwować po 1989 r. w Polsce. Co konkretnie mam na myśli? Ruch wydawniczy finansowany z własnych środków przez autorów. To dzięki tej możliwości, będącej, po pierwsze wynikiem zniesienia monopolu wydawniczego państwa, po drugie, likwidacji cenzury, niejeden autor/niejedna autorka, może bez zawstydzenia (oczywiście jeżeli widziałby/widziałaby powód ku temu) spoglądać w lustro. No bo odpadł problem związany z dylematem, jaki miał miejsce niejednokrotnie przed wspomnianym 1989 r., a który daje o sobie znać także po tym roku, ale w przypadku kontaktów z wydawcami prywatnymi. To znaczy: iść na ustępstwa czyli zgodzić się na żądane zmiany i ujrzeć książkę opublikowaną, czy też nie ulec wszelkim naciskom i ponieść tego konsekwencje?

Publikowanie na własny koszt ma jeden minus, i to minus niezwykle istotny – są to pieniądze autorów. A tego typu pisarze czy poeci rzadko mają ich wiele. Lecz, jakby na pocieszenie, towarzyszy temu bardzo istotny plus – upragnione „dziecko”, jeśli tylko autor poświęci temu odpowiednio wiele uwagi, zawrze w sobie zamierzoną treść i nabierze wymarzonego wyglądu.

Po napomknięciu na temat kosztów towarzyszących spełnianiu marzenia, wspomnę o powstającej dzięki temu literaturze. A zacznę od postawienia takiego oto pytania: czy ruch wydawniczy istniejący dzięki pieniądzom autorów (niekiedy są to środki sponsorów niewnikających w jakikolwiek sposób w treść utworów) szkodzi literaturze? Nie sądzę, aby tak było. Lecz jeżeli nawet miałby szkodzić, to nie bardziej niż książki wydawane przez oficyny, z ich własnych środków, które ukazują się nie ze względu na zawarte w nich wartości, ale ze względu na spodziewane zainteresowanie ze strony czytelników, to znaczy na zysk. A które to zainteresowanie jest odpowiednio stopniowane/budowane/dozowane za sprawą, ukazujących się w rozmaitych mediach, materiałów. Także tych mających postać dosłownych reklam.

Jeśli już miałbym kogoś/coś obarczać winą (jeśli jest to odpowiednie określenie i jeśli należałoby szukać winnych), to wskazałbym na zły/zatrważający poziom współczesnej krytyki literackiej w naszym kraju. Ta bowiem, niestety, bardzo rzadko jest w stanie pełnić swą podstawową funkcję. A ta, najpewniej nie tylko moim zdaniem, polega na oddzielaniu ziaren od plew. Choć faktem jest, że opinie co do tego czy Coś jest ziarnem, czy plewą, często są rozbieżne. Stan owej krytyki ma jednak istotny wpływ na to, że w Polsce, jeśli chodzi o działalność wydawniczą, ostatnie słowo, niestety, należy najczęściej do Księgowych i Menadżerów.

* * *

Rzecz jasna łatwiej jest zachować pisarską uczciwość  – podążać własną drogą jako twórca, prezentując przy tym obojętność (autentyczną bądź udawaną), gdy w grę nie wchodzi zainteresowanie ze strony wydawców, jak też środków masowego przekazu. Łatwiejsze jest to także wówczas, gdy owo zainteresowanie daje o sobie znać, ale okazujący je, nie formułują pod adresem człowieka pióra warunków dotyczących przykładowo przemilczenia pewnych tematów, złagodzenia niektórych sądów (warunki/sugestie związane ze zmianami stylistycznymi, poprawieniem błędów merytorycznych, są jak najbardziej zrozumiałe).

Łatwo, oczywiście, jest stroić się w szaty Ostatniego Uczciwego/Wiernego/ Nieustępliwego, gdy nie stało się, i nie stoi, przed takimi wyborami/dylematami (jak i wszelkimi innymi, niezależnie od czasów, w których przyszło ich dokonywać).

Trudno, może nawet nie sposób, zarzucać autorski oportunizm komuś parającemu się piórem, kto deklaruje, że jest… oportunistą. Tak, racja, nieliczni to czynią (osobiście nie znam nikogo). Znacznie liczniejsi są ci, którzy twierdzą Coś zupełnie innego, a równocześnie idą na ustępstwa, aby zaistnieć...

Z tym, że ów oportunizm polega także na, mniej czy bardziej, świadomym dostosowywaniu języka utworów, jak też ich tematyki, do obowiązujących aktualnie mód. A to wszystko po to, aby pisać na przykład powieści, które ze względu na swą treść, mogą liczyć na duże zainteresowanie ze strony czytelników, co najczęściej jest równoznaczne z zainteresowaniem okazywanym przez wydawców. Ów oportunizm może zostać jeszcze „pogłębiony” przez podjęcie starań, aby utwór wzbudził zainteresowanie filmowców.

* * *

Istnienie literatury alternatywnej w obrębie literatury amerykańskiej stosunkowo szybko zostało zauważone przez tamtejszych czytelników. A przynajmniej przez znaczną ich część, szczególnie młodych. To fakt, że sprzyjały temu ruchy społeczne dające o sobie w latach 60. i 70. ubiegłego wieku, skierowane przeciw obowiązujących dotąd normom/zasadom/kanonom itd. Sprzyjała temu niewątpliwie także zdecydowanie większa niż obecnie rola słowa drukowanego. A mniejsza jego rola po 1989 r. w Polsce (zjawisko zresztą prawie ogólnoświatowe), zaowocowała między innymi ograniczeniem rynku książki, jak też czytelnictwa książek. To zaś wpłynęło w sposób zdecydowany na to, że literatura umownie nazywana przeze mnie alternatywną, a powstająca w naszym kraju za sprawą pieniędzy jej autorów, nie może (wciąż) zaistnieć w szerszych kręgach czytelniczych. A nie może, gdyż do owych kręgów, po prostu, nie dociera.

* * *

Na koniec przytoczę, jako rodzaj krótkiego podsumowania, wyimek z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego:

„Być naprawdę pisarzem – to móc nie wydawać, jeśli okoliczności są przeciwne temu, co ma się do powiedzenia, ale niezłomnie wierzyć, że to powiedziane być musi”.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież