Zbigniew Wilczyński - Krótkie półkola

1.

Anna mówiła. Od kilku minut. Głośno, coraz głośniej. Podniecała się własnymi słowami. Była wyższa od męża, ale teraz, gdy pochyliła się, żeby rękę wysunąć przez okno, jej twarz znalazła się na wysokości twarzy Donera.

Mieczysław Doner patrzył na żonę. Widział jej urodziwą twarz pobladłą z gniewu, widział drobniutkie kropelki potu błyszczące w zagłębieniach zmarszczek przecinających czoło, widział roziskrzone złością brązowe oczy, a także czerwone usta z pasją wyrzucające słowa, pryskające niewielkimi banieczkami śliny.

Oczywiście wiedział, o czym Anna mówi, chociaż jej nie słuchał. Słyszał, to fakt; tylko kompletnie głuchy mógł nie usłyszeć słów wywrzaskiwanych z odległości dwudziestu centymetrów. Ale Doner wyłączył swój mózg, pozbawił go zdolności rozumienia i tym samym zredukował wrzask Anny do tego, czym w swej istocie był: do trochę uciążliwego hałasu. Miał ochotę zamknąć oczy – wtedy bez trudu wmówiłby sobie, że to nie Anna emituje ten hałas – ale nie mógł tego zrobić. Już i tak zbytnio rozwścieczył żonę zachowując swój normalny, obojętnie uprzejmy spokój. Z zamkniętymi oczami mocniej poczułby zapach dolatujący z jej ust; delikatny, a przecież wyraźny zapach alkoholu. Anna w złości zapomniała, że po wypiciu nie powinna się do niego zbliżać.

„No tak, późne sobotnie popołudnie jest równie dobre jak wieczór każdego innego dnia” – pomyślał.

Oczywiście wiedział, o czym Anna mówi. Wiedział również, co wskazuje wyciągniętą za okno ręką: furtkę w drewnianym parkanie po drugiej stronie ulicy; parkan otaczał rozbebeszony plac i trzy wysokie na kilkanaście pięter budynki, wzniesione tam w ciągu ostatnich paru lat. Ręka Anny chwilami unosiła się. Wtedy wskazywała środkowy budynek. W nim właśnie, na siódmym piętrze, znajdowało się mieszkanie oznaczone numerem trzydzieści. Klucze do tego mieszkania Donerowie mieli odebrać za trzy dni, we wtorek, czwartego lipca.

Anna zamilkła nagle i przymrużyła oczy.

– Czy ty słyszysz, co ja do ciebie mówię? – zapytała cicho.

Oczywiście to zrozumiał, już zdążył włączyć swój mózg, bo przejście od wrzasków do pytań zadawanych niemal szeptem zawsze oznaczało, że wielka awantura może rozpocząć się w każdej chwili. Czuł wstręt do awantur, nawet do tych mniejszych.

– Słyszę, kochanie – powiedział szybko. – Natychmiast tam idę.

Zanim ruszył w stronę drzwi, zdążył zauważyć nagłą zmianę w twarzy Anny: szczęka jej opadła, usta rozchyliły się, brwi uniosły, a oczy rozbłysły niemym zdumieniem.

Zaskoczył ją. Nie wiedział czym. Może swoją błyskawiczną zgodą, może nawrotem do początkowego tematu. Anna w czasie kilkuminutowych tyrad potrafiła dokonać gruntownej retrospekcji ich wspólnego życia i zażądać rekompensaty za coś, co zdarzyło się lata temu. Dzisiaj zaczęła od nieszczęsnego mieszkania. Na czym skończyła?

Nieważne. Ważne, że zaskakując ją zarobił kilkanaście cennych sekund i bez przeszkód zwiał z domu. Wychodząc zgarnął z przedpokoju marynarkę; odruchowo sprawdził, czy ma w kieszeni klucze.

Zszedł schodami dosyć szybko jak na swój wiek i przyzwyczajenia; prawie zbiegł; w końcu uciekał. Przeciął bramę i wyszedł na ulicę. Oślepiło go zniżające się ku zachodowi słońce, niemal obezwładnił żar buchający z rozpalonego chodnika. Zmrużył oczy i kilkakrotnie poruszył połami marynarki, jakby chciał ją zdjąć. Nie zdjął, oczywiście, nawet przez myśl mu to nie przeszło. Miał swoje przyzwyczajenia, na przykład poza domem zawsze chodził w marynarce.

Spod zmrużonych powiek spojrzał w prawo i zobaczył Piotrusia w grupie kolegów. Stali niedbale oparci o żelazną balustradę otaczającą okno wystawowe sklepu cukierniczego. Trochę dalej ludzie ustawieni w kolejce kupowali lody. Chłopcy, mimo niedbałych póz, zachłannie i w napięciu obserwowali odchodzących od okienka klientów. Właśnie mijał ich mężczyzna niosący dużą porcję śmietankowych. Chłopcy powiedli za nim wzrokiem. Piotruś też. I dostrzegł Donera. Roześmiał się. Podbiegł.

Miał dwanaście lat, równo tyle, ile trwało małżeństwo z Anną. Był oczywiście synem Anny. Nie był synem Donera. Miał jasne włosy matki, jej oczy i usta. Był wysoki jak na swój wiek i Doner wiedział, że chłopak wkrótce go przerośnie. Trzymał się prosto i dumnie, jak Anna, ale umiał się śmiać, czego Anna od dawna już nie potrafiła.

– Potrzebujesz mnie? – zapytał. Kochał Donera i chyba dlatego zawsze skory był do świadczenia drobnych usług. Anna coraz częściej musiała takich usług wymagać.
– To raczej ty mnie potrzebujesz – odpowiedział Doner.
– Ja?
– Brak forsy, co? – Doner ruchem głowy wskazał chłopców opartych o balustradę.

Piotruś spojrzał przez ramię, a potem roześmiał się.

– Jasne.

Doner odruchowo zlustrował fasadę kamienicy, upewnił się, że Anny nie ma w oknie, po czym wcisnął banknot w małą umorusaną dłoń. Chłopiec mrugnął porozumiewawczo, zaśmiał się i pobiegł do kolegów. Doner schował portfel, odwrócił się i przeszedł przez jezdnię. Pchnął furtkę, ale przed wejściem na teren budowy jeszcze raz spojrzał na kamienicę. Anna tkwiła w oknie. Uniósł dłoń. Dzieliła ich szerokość jezdni i wysokość drugiego piętra. Z tej odległości nie mógł być pewny, ale miał wrażenie, że Anna odpowiedziała wzruszeniem ramion.

Wszedł i zamknął furtkę. Przed sobą miał kilkadziesiąt metrów zrytego i podziurawionego terenu. Tu i tam poniewierały się betonowe płyty i sterty gruzów, których nie potrafił rozpoznać, rosły również trzy lub cztery kępy nadmiernie wybujałych chwastów. Pośród tego bałaganu kręciło się dwóch mężczyzn w drelichowych kombinezonach, a kilku innych – już przebranych w wyjściowe ubrania – zmierzało w stronę furtki. Z lewej strony przytulały się do parkanu drewniane baraki, a z prawej pod wielkim kopcem ziemi tkwił zapomniany spychacz. Naprzeciw stromo wznosiła się szara, frontowa ściana wieżowca. Prowadziła do niej wąska, żółta od suchej gliny ścieżka.

Doner przetarł spoconą twarz, powachlował się połami marynarki i ruszył ścieżką. To, co teraz robił – a robił to od ponad pół roku, od dnia, w którym robotnicy odstawili dźwigi i zabrali się za wykańczanie mieszkań – było pozbawione wszelkiego sensu. Przychodził tutaj dość regularnie, zazwyczaj wyganiany awanturami żony, która domagała się, by sprawdził, jak w ich przyszłym mieszkaniu postępuje naprawa rozlicznych usterek. Wcale nie postępowała. Przeciwnie. Od dnia, w którym Anna zdobyła klucze do mieszkania i opłaciła fachowców, żeby zajęli się usterkami, te nagle zaczęły się mnożyć; oczywiście fachowcy wyczuli źródło gotówki i postarali się, żeby biło nieustannie i coraz mocniej. Anna mieszkaniem emocjonowała się bardzo. Doner traktował to obojętnie, jak większość dziejących się wokół niego spraw. Gdy musiał, szedł na budowę i odsiadywał swoje godzinki, ale nie robił nic, gdyż według niego nie miało to żadnego sensu, a poza tym była to jeszcze jedna mała sprawa, której lepiej nie dostrzegać, którą lepiej omijać, bo kiedy człowiek jej dotknie, to przede wszystkim ubrudzi się, to uwikła się w dziesiątki związanych z nią drobnych i większych małych spraw.

Żółta ścieżka doprowadziła go do ściany wieżowca, tu skręciła w prawo pod kątem prostym i okrążyła budynek od północy, a potem wyszła na zachodnią ścianę, w której były wejścia do klatek schodowych. Doner zwolnił, gdy znalazł się poza zasięgiem wzroku Anny.

Doner zatrzymał się, ponieważ przed wejściem do klatki schodowej stało kilku mężczyzn i blokowało mu drogę. Nie próbował przecisnąć się między nimi, gdyż byli wyraźnie wkurzeni i co chwila wrzeszczeli na siebie. Celował w tym jeden facet, mniej więcej czterdziestoletni, ubrany w zniszczone dżinsy i białą brudną koszulkę.

Doner stał grzecznie, obojętnie przysłuchując się wrzaskom. To, co się działo, nie dotyczyło go w najmniejszym stopniu, nie budziło więc żadnych refleksji ani emocji. Teraz, gdy podniecenie wśród mężczyzn trochę opadło, gdy przed klatką schodową zrobiło się luźniej, spróbował wejść do bloku.

– A pan tu czego? – warknął ten w kasku.
– Ja…? Do siebie… – bąknął Doner.
– Do siebie, kurwa! – wydarł się facet. – Zaraz fajrant! Zamykamy ten burdel! Przez dziury w płocie będziesz pan łaził!

Doner zgarbił się, trochę spłoszony; w końcu naprawdę nie znosił awantur. I wtedy zza odległej o kilkanaście metrów wielkiej sterty betonowego śmiecia wypadło dwóch sczepionych mężczyzn. Trzymali się mocno, mieli złe, spocone i nabrzmiałe twarze, sapali, szarpali się i charkotali coś z wściekłością.

Ruszyli ku nim ludzie. Facet w kasku także. A Doner, zadowolony że uniknął awantury, obrzucił sczepionych mężczyzn obojętnym spojrzeniem i wszedł do budynku. Skręcił w ciemny hol, teraz tym ciemniejszy, że jedyne okno wychodziło na wschód.

Obie windy stały na parterze. Doner wybrał tę z prawej strony, ponieważ była zdecydowanie większa, miała przynajmniej półtora metra głębokości i niemal tyle szerokości.

Klawisz oznaczony numerem siedem po przyciśnięciu nie rozbłysnął światłem, ale winda ruszyła, kiedy zamknęły się szerokie, zewnętrzne, półautomatyczne drzwi. Chwilę później przed nosem Donera przesunęły się identyczne drzwi oznaczone rzymską jedynką, znikły w dole, a potem kabina nagle zadygotała, zgrzytnęła nieprzyjemnie i zatrzymała się. Trwało to sekundę, może dwie i Doner już wyciągał palec w stronę alarmu, gdy winda zakolebała się mocno i poruszyła z metalicznym zgrzytaniem. Po chwili powtórnie zakolebała się, coś w niej krótko stęknęło, po czym równo pomknęła w górę.

„Dźwig szarpie między pierwszym a drugim!” – przypomniał sobie nagle. „No tak, teraz jasne. Dźwig to winda w ich języku. A szarpie rzeczywiście. Ale to nieważne. Ważne, że chodzi. Właśnie!”

Pierwsze, co zobaczył po zapaleniu światła w przedpokoju, to wyboje deformujące płytki na podłodze. Wzruszył ramionami i poszedł do kuchni. Zlew wyglądał, jakby był solidnie przymocowany. Tylko wyglądał. Gdy Doner nacisnął go dłonią, miękko osiadł na syfonie; jak długo plastykowy syfon utrzyma ciężar metalowego zlewu?

Zapalił światło. Okna kuchni wychodziły na wschód i Doner wiedział, że Anna będzie je obserwowała. Z drugiego piętra nie mogła zobaczyć, co dzieje się na siódmym, a zapalone światło sugerowało, że coś się jednak dzieje.

Spojrzał na zegarek. Dziesięć po szóstej. Musiał spędzić tutaj co najmniej godzinę, by przekonać Annę, że – mimo braku widocznych efektów – coś jednak robił.

W rogu pod gładką ścianą zmajstrował kiedyś z trzech kawałków betonu coś w rodzaju stołka. Wyjął z kieszeni gazetę, środkową stronę wypełnioną ogłoszeniami rozłożył na stołku i usiadł. Wsparł się plecami o ścianę, wyciągnął nogi, odetchnął z zadowoleniem i pogrążył się w lekturze.

Godzina absolutnego spokoju.

Gazeta była dzisiejsza, poranna, a więc już praktycznie stara, bo całą zdążył przeczytać w pracy, ale przecież nie o lekturę mu chodziło, tylko o spokój właśnie. Czytał niektóre artykuły po raz drugi; mógł ich nie czytać, i tak by się nie nudził; nigdy nie nudził się w swoim towarzystwie.

2.

Doner po opuszczeniu mieszkania przez chwilę zastanawiał się, w którą stronę pójść, bo w obie było tak samo blisko. Korytarz miał kształt kwadratu, a środek tego kwadratu wypełniała szeroka studnia klatki schodowej i szyby obu wind. Wejścia do kabin znajdowały się po przeciwnej stronie.

Poszedł w prawo i zaraz za zakrętem nadział się na sąsiada, Włodarka. Facet stał w drzwiach mieszkania i wyraźnie rozpromienił się na jego widok. Lubił ponarzekać, lubił powygadywać na „NICH”, obojętne kim „ONI” byli, a tydzień temu udało mu się zaciągnąć Donera do środka i pokazać zapchany, a mimo to używany przez robotników sedes.

– Panie! – zawołał Włodarek radośnie. – Panie, mówię panu, co za burdel! W poniedziałek odbiór komisyjny, we wtorek my dostajemy klucze, a kibel, kurwa, wciąż zapchany! Panie!
– Tak – bąknął Doner. Znali się stosunkowo krótko, ale wiedział już, że od Włodarka najłatwiej uwolnić się okazując grzeczną obojętność.

Próba wyrażenia zdania – nawet zgodnego ze zdaniem Włodarka – natychmiast stawała się przedmiotem długiego, zawiłego i chaotycznego komentarza.

– Mówię panu, panie, gówna po wierzchu pływają! Chodź pan zobacz, jak mi pan nie wierzysz!
– Wierzę panu.
– No ale chodź pan zobacz! – zawołał Włodarek radośnie, pochylił się, chwycił Donera za ramię i pociągnął w głąb mieszkania.
– Kiedy ja panu wierzę…
– No ale chodź pan zobacz!

„Nie lubię patrzyć na gówno!” – pomyślał Doner, ale posłusznie poszedł, bo i tak nie miał szans na uwolnienie ramienia ze stalowego chwytu.
Włodarek dopadł drzwi ubikacji i otworzył je gwałtownie. Z pomieszczenia buchnął skondensowany smród. Doner wstrzymał oddech.

– Spójrz pan tylko! – zawołał triumfalnie Włodarek. – No spójrz pan tylko!

Doner nie spojrzał, smród wystarczył mu w zupełności. Widział natomiast zaczerwienioną z emocji twarz Włodarka, widział jego duże niebieskie oczy, błyszczące jakby gorączką, widział bardzo czerwone usta zazwyczaj wykrzywione dziecięcym dąsem, a teraz radośnie i triumfalnie uśmiechnięte. Włodarek nie miał jeszcze trzydziestki, mierzył dobrze ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu – przerastał Donera o półtorej głowy – i w kamizelce założonej na gołe ciało miał bary jak zawodowy atleta.

– Patrz pan! No patrz pan! – wykrzykiwał.
– Tak, widzę – bąknął Doner.

Wstrzymywanie oddechu przychodziło z trudem. Czuł, że zbiera mu się na wymioty. Włodarek zaczął wrzeszczeć, że wszystkiemu winni są „ONI”, że w takim burdelu porządnie zbudować dom to dopiero sztuka, że ten burdel „ONI” stworzyli specjalnie po to, żeby jemu, Włodarkowi, jakieś robole mogły bezczelnie srać do zapchanego kibla, że…

Smród zaczynał go dławić, a wrzask Włodarka skruszył zwykłą obojętność i napełnił duszę nieśmiałym wrzeniem. Doner pochylił się nagle, wyszarpnął Włodarkowi klamkę z dłoni i szybko zamknął drzwi.

Włodarek zamilkł.

– No co pan? – zapytał zdziwiony. Nieświadomie rozluźnił chwyt na ramieniu Donera, a ten zaraz wysunął się spod jego ręki.
– Śmierdzi strasznie, aż trudno oddychać – wyjaśnił łagodnie, jak dziecku. – A poza tym, wie pan, mnie się dzisiaj spieszy.
– Ale ja panu nie pokazałem, jak mi spieprzyli kuchnię i duży pokój!

Doner zamarkował uśmiech.

– U mnie też spieprzyli – powiedział, chyłkiem ruszając w stronę drzwi.
– No wie pan…! – zająknął się Włodarek.

A Doner ze zdziwieniem stwierdził, że udało mu się zaskoczyć i zdetonować tego arogancko głupiego typa. „Trochę stanowczości, a będziesz miał więcej spokoju!” – pomyślał. Tak! Tyle że nigdy nie udało mu się zdobyć na stanowczość w chwilach krytycznych. Widocznie zbyt przywykł do obojętności.

Nacisnął guzik wzywający windy. Ta większa była w ruchu; zjeżdżała z góry. Za okienkiem ciężkich zielonkawych drzwi zobaczył światło, a sekundę później kabina zatrzymała się z metalicznym szczęknięciem.

Kiedy wchodził do środka, zza zakrętu korytarza wybiegł Włodarek z czarną torbą przewieszoną przez ramię. Doner nacisnął guzik oznaczający parter i ustawił się pod tablicą sterowniczą. Włodarek stanął w głębi. Był trochę nadąsany.

– No, panie sąsiad, z tego wszystkiego nie mogłem się wysrać i teraz chce mi się jak nie wiem co! – oznajmił.
– Tak – bąknął Doner.

Tylko siedem pięter i gość się odczepi. Ale potem, od wtorku, Bóg wie ile lat męczącego sąsiedztwa. „A niech to cholera!” – pomyślał, ale tak naprawdę nie martwił się tym zbytnio; potrafił zrazić do siebie najbardziej towarzyskiego człowieka.

Winda stanęła na szóstym piętrze. Do kabiny z kocią zręcznością wśliznął się nieduży, równy wzrostem Donerowi, otyły brodacz w dżinsach i jasnej koszulce. Stanął naprzeciw Donera i oparł się o ścianę.

Duże, masywne drzwi zamykały się powoli i bezszelestnie, niczym właz statku kosmicznego.

Włodarek chrząknął, przestąpił z nogi na nogę, po czym z kieszeni kamizelki wyjął papierosa i zapalił. Rozszedł się ostry, gryzący dym taniego tytoniu.

„Tylko sześć pięter!” – pomyślał Doner wstrzymując oddech.

Wtedy drzwi zamknęły się z głuchym stęknięciem, światło przygasło i winda ruszyła. Po kilku sekundach Doner odwrócił głowę i zobaczył przesuwające się w górę drzwi oznaczone rzymską dwójką. „No, już zaraz!” – pomyślał.

Wtem coś zgrzytnęło przeciągle i metalicznie, a winda zahamowała nagle i zakołysała się jak dzwon. Pod Donerem ugięły się kolana, brodacz przysiadł, tylko Włodarek zdołał ustać.

„Takie numery przez komisję na pewno nie przejdą!” – pomyślał Doner.

– No i widzi pan, co za pieprzony burdel! – powiedział Włodarek z satysfakcją i zaciągnął się papierosem.
– Trzeba alarmować! Wygląda na to, że utknęliśmy tu na dobre – stwierdził brodacz.

„Zaraz ruszymy” – pomyślał Doner. Dokładnie pamiętał sensacje przeżyte podczas jazdy w górę. Jednak po chwili pojął, że teraz postój trwa znacznie dłużej.

Brodacz wcisnął guzik oznaczony napisem STOP. Światełko pod klawiszem parteru zgasło, więc brodacz wcisnął klawisz z dwójką. Nic. Przeleciał wszystkie piętra. Nic.

– Trzeba alarmować – powtórzył. – Miejmy nadzieję, że ktoś jeszcze jest na budowie, bo inaczej możemy posiedzieć tu nawet do poniedziałku.

„Godzinę temu byli” – pomyślał Doner. „A teraz…?”.

Brodacz wcisnął guzik oznaczony czerwonym napisem ALARM. Gdzieś w dole rozległ się stłumiony terkot dzwonka.

– Kurwa, jak cicho! – zawołał Włodarek.
– Właśnie! – zgodził się brodacz. Przez kilkanaście sekund rytmicznie naciskał guzik. Nasłuchiwał chwilę. Wreszcie wyjął pudełko zapałek, nadłamał jedną, wcisnął guzik i zablokował zapałką.
– Żeby się tylko dzwonek nie zepsuł! – mruknął.

Wtedy z ogłuszającym gwizdem coś przemknęło za tylną ścianą i jak pocisk rąbnęło gdzieś w dole. Winda zadygotała i podskoczyła, jakby walnęła w nią pięść olbrzyma.

Włodarek zbladł.

– Co to było? – spytał.

Chwilę później zgasło światło i kabina runęła w dół.

3.

– Co się stało? – stęknął Włodarek. Pokręcił szybko głową, jakby się czemuś bardzo dziwił. Oczy latały mu niespokojnie. Nagle uniósł drżącą dłoń, obejrzał ją ze zdumieniem, chwycił drugą dłonią, skulił się i wepchnął między uda. – Co się stało? – powtórzył.
– Winda spadła… Urwała się… – powiedział brodacz niepewnie.

Doner patrzył na Włodarka zafascynowany. Brodacz też oglądał go z zaciekawieniem. Włodarek w pewnej chwili dostrzegł te spojrzenia i zrozumiał ich wymowę, bo wyszarpnął dłonie spomiędzy ud, wyprostował się i gniewnie zmarszczył brwi. Jednak krople potu w dalszym ciągu rosiły mu twarz, a wypukłe wargi skrzywione dziecięcym dąsem wciąż drżały.

„Boi się!” – pomyślał Doner. „Boże, jak on się boi!”

Włodarek zacisnął wargi i opanował ich drżenie, po czym rozparł się niedbale, skrzywił się i chrząknął.

– Co się stało? – zapytał; wcześniej musiał nie dosłyszeć odpowiedzi brodacza. Pytanie zabrzmiało niemal nonszalancko. Pewnie mu się spodobała ta nonszalancja, bo powtórzył: – Co się, kurwa, stało?

Nagle w otoczeniu zaczęło się coś dziać; pulsujące światło wyraźnie słabło; jeszcze chwila i na dobre zgaśnie. Wtedy Doner poczuł coś na kształt zadowolenia; samotność lubi chodzić w parze z ciemnością. Jednocześnie uświadomił sobie ten oczywisty fakt, że jest zamknięty w ciasnej przestrzeni windy wraz z dwoma obcymi mężczyznami; ciemność mogła nieskończenie powiększyć tę przestrzeń.

Spojrzał w stronę wejścia i zobaczył gładki, jasnoszary, betonowy mur. Tylko w górze, pod sufitem, widać było zielonkawą wstęgę metalu przykrywającą beton.

– Co się stało? – powtórzył Włodarek po raz kolejny. Uspokoił się, widocznie zrozumiał, że bezpośrednie niebezpieczeństwo na razie mu nie grozi. Jednak wciąż ukradkiem rozglądał się po windzie. Nagle schylił się i podniósł torbę. Wtedy światło rozbłysło mocniej i zgasło.

Doner uśmiechnął się szeroko.

– Co się stało, kurwa, no! – powtórzył Włodarek. – Przecież ja muszę wiedzieć!

Być może nagły brak światła znów go przestraszył, bo jego głos zabrzmiał ciszej i bardziej głucho. A może ciemność naprawdę powiększała przestrzeń?

– Spadliśmy… – powiedział brodacz. Też mówił ciszej. – Winda urwała się i spadliśmy.
– Parszywy burdel! – wrzasnął Włodarek histerycznie. – Jak żyć w takim kraju! Wszystko spierdolone! Wszystko do dupy! Nowy blok, kurwa! I szmelc! Jak tu żyć, co?

Brodacz wymamrotał coś niezrozumiale.

„Trzeba się stąd wydostać!” – pomyślał Doner. Ostrożnie wyciągnął rękę w stronę wejścia i dotknął gładkiego chłodnego betonu. Włodarek wciąż wywrzaskiwał swoje kurwy, brodacz mamrotał gderliwie, lecz Donerowi to nie przeszkadzało; długoletni trening z Anną pozwalał skutecznie eliminować hałas.

Gładki chłodny beton. Dlaczego beton? Przecież szyb windy wyłożony jest blachą pomalowaną na zielono. A tu beton. No i ta wstęga metalu pod sufitem. Zielonkawa? Tak, oczywiście.

Już wiedział. Spadli poniżej parteru, a blacha pod sufitem była tego parteru stalowym progiem. Poczuł niemiły ucisk w okolicy żołądka. Jeśli rzeczywiście spadli aż tak nisko, to wydostanie się stąd może kosztować sporo czasu. Oczywiście będzie musiał opowiedzieć Annie. Już słyszał jej komentarz: „Tylko tobie mogło się to przytrafić! Ofiara!” Wiedział, że nawet nie wspomni o Włodarku i brodaczu, którym w końcu przytrafiło się to samo, bo Anna potraktuje to jak wypowiedzenie wojny. A przecież są jeszcze nieszczęsne płytki i urwany zlew… Niedziela! Cała długa niedziela wypełniona nieustannym jazgotem Anny. No i poniedziałkowe popołudnie. A we wtorek, kiedy odbiorą klucze…!

– Kurwa! – warknął Włodarek. – Tłukę się po ciemku jak głupi, a mam latarkę w torbie! Żeby jej tylko szlag nie trafił, no!

Latarka to światło, a więc zmniejszenie i tak już ciasnej przestrzeni. Doner prawie zażyczył sobie, żeby latarka nie działała. Ale bez światła byli bezradni jak dzieci i mogli tu siedzieć Bóg wie jak długo. Jeśli ktoś jeszcze został na budowie, musiał usłyszeć, jak spadali. Przyjdzie sprawdzić. Trzeba dać mu znać, gdzie ma szukać.

Jakaś szczególna nuta była w głosie Włodarka, trochę drżąca i napięta. Pasja? Jej zalążek czy zapowiedź?

– No? Co mamy robić, do kurwy nędzy!
– Alarm! – powiedział brodacz. – Musimy włączyć alarm.

Światło latarki szerokim kręgiem objęło tablicę sterowniczą. Zapałka jak kołek sterczała z wciśniętego guzika.

– Uszkodzony – powiedział brodacz; kiedy mówił cicho, jego głos brzmiał miękko i jakby oleiście. Chrząknął. – Pewnie zerwaliśmy przewody podczas upadku. Dlatego nie ma światła.
– Kurwa mać! – wrzasnął Włodarek. – Czego się dotkniesz, to zaraz zepsute! Wszystko zepsute zanim zacznie działać! Co za burdel! Jak można żyć w takim kraju! Pytam się jak, no?

Pytanie było retoryczne, ale Włodarek oświetlił brodacza i Donera, jakby spodziewał się odpowiedzi. Sapał. Niedawny zalążek pasji zmienił się już w autentyczną wściekłość. Na kogo? Na nikogo. Ot, sztuka dla sztuki.

Włodarek pochylił się niżej. Z boku wyglądało, jakby się sprężał do uderzenia. Morderczego uderzenia.

Doner nie chciał na to patrzyć, ale czuł, że nawet gdyby zamknął oczy i wyłączył umysł, i tak usłyszy cios, a później jęk albo wrzask brodacza, i oczami wyobraźni zobaczy wszystko, może nawet dokładniej niż w niepewnym świetle latarki. Przełamał nakaz trzymania się na uboczu.

– Alarm nie działa, ale możemy walić w ściany – powiedział szybko. – Wokół windy jest pusta przestrzeń, dźwięk potoczy się szybem i zostanie wzmocniony. Jeśli ktoś jest na terenie budowy, to powinien nas usłyszeć.

Włodarek powoli, jakby niechętnie odwrócił głowę i skierował na Donera światło latarki.

– Co? – burknął.

Doner powtórzył.

Włodarek mruknął coś pod nosem i oświetlił swoje buty. Przygiął nogę i obejrzał twardy obcas.

– Walić w ściany? A wie pan, panie sąsiad, że to niegłupie – przyznał.
– Chyba jedyne, co możemy w tej sytuacji zrobić – rzekł brodacz.
– Powinniśmy też krzyczeć – powiedział Doner. – To wzmocni hałas.
– Jasne! – przytaknął Włodarek.

Doner wyjął z kieszeni klucze i chwycił je tak, że dobry centymetr wystawały z garści. Stanął plecami do ściany i na próbę w nią stuknął. Słaby dźwięk potoczył się gdzieś w górę i po chwili wrócił zamierającym echem.

Włodarek, pochylony, bacznie obserwował Donera. Teraz szybko zdjął but i ustawił się pod tylną ścianą.

– Gotowi? – zapytał. Omiótł ich światłem latarki. Kiwnęli głowami. – No to już. Uwaga! Trzy–cztery!

Ciasna klatka kabiny eksplodowała hukiem na pewno większym niż podczas niedawnego twardego lądowania. Doner ogłuchł już w pierwszej sekundzie. Zapamiętale walił kluczami i wrzeszczał ile sił w płucach. Widział latarkę rytmicznie podskakującą w dłoni Włodarka, widział nogę brodacza zataczającą krótkie półkola i lądującą na ścianie.

Wtem zgubił klucze i walnął gołą ręką w twardy metal. Stęknął z bólu i zaprzestał wrzasków. Po chwili latarka znieruchomiała, a stopa brodacza ostrożnie opadła na podłogę. Tuż obok niej metalicznie błysnęły zgubione klucze.

Dzwon huczący w uszach powoli zaczął cichnąć; Doner w końcu usłyszał własne dyszenie. Czuł zimne, swędzące krople potu wymykające się spod pach i spływające w poprzek żeber. Podobne krople czuł na skroniach i karku. Rękawem marynarki osuszył twarz.

– Co teraz? – zapytał Włodarek.
– Trzeba czekać – powiedział Doner. Schylił się i podniósł klucze.
– Oczywiście – zgodził się brodacz.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież