Maria Zdziarska - Bonus (2)

Czas, gdy cała grupa siedziała wewnątrz jadącego zdecydowanie za wolno - jak oceniali turyści, autokaru, jednym upływał na leniwym śledzeniu widoków za oknem, innym na prowadzeniu niezobowiązujących rozmów, w zależności od sytuacji, ożywianych drinkowaniem w podgrupach, jeszcze innym na odsypianiu intensywnie spędzonej, poprzedzającej wyjazd, nocy. Tak było i tym razem: wakacyjnie, pogodnie, wręcz przyjaźnie.

- Dzisiaj przedostatni dzień zwiedzania. Proszę sprawdzić czy wszyscy wzięli z recepcji paszporty? - już w autokarze Magda zadawała pytanie, zresztą co rano takie samo.

Po takim poleceniu wszyscy karnie wykonywali ruch w kierunku własnych kieszeni, bądź podręcznych bagaży.

- Gdybym zawsze trafiła na tak zdyscyplinowanych i zgodnych turystów moja robota byłaby najlepszą pracą na świecie - po takiej pochwale pilotka nakreślała ramowy program bieżącego dnia.

- To samo przed chwilą mówiłam – szepnęła do męża Agata.

Autokar zmierzał zgodnie z programem do Campeche, a Magda przypomniała, że jest to przedostatni dzień wspólnej wycieczki,  co poskutkowało intensyfikacją zabiegów integracyjnych ze strony Sławka. Polegały one na otworzeniu litrowej butelki tequili i częstowaniu nią tym razem nie tylko tych siedzących najbliżej ale i tych z końca autokaru. Można było to uznać niemalże za symboliczny gest pojednania jako, że od kilku, a konkretnie od dnia zwiedzania Meridy, Sławek parokrotnie w pozornie żartobliwych komentarzach słał złośliwości w stronę wycieczkowiczów zajmujących końcowe siedzenia. Podłożem tego była sytuacja, gdy licząca sześć osób grupa siedząca w tyle autokaru usiłowała wymusić na pilotce przedłużenie o parę godzin pobytu w Meridzie, ze względu na wyrażoną przez nich potrzebę uczestnictwa we Mszy Świętej, którą w katedrze San Idelfonso miał celebrować diecezjalny biskup. Inni wycieczkowicze nie poparli pomysłu, przede wszystkim dlatego, iż pilotka wieszczyła z powodu takiej zmiany duże problemy logistyczne, więc plan był realizowany zgodnie z wcześniejszym grafikiem.

Sławkowy gest przypieczętował symboliczne przełamaniu lodów i wszystko wskazywało na to, że niezmącony nastrój będzie towarzyszył grupie już do końca wycieczki.

Stało się jednak inaczej.

* * *

Punktem zwrotnym, chociaż wtedy jeszcze nikt o tym nie wiedział, okazał się moment, gdy zadzwonił telefon należący do siedzącej obok kierowcy – Javiera - pilotki. Telefon dzwonił do niej często jako, że na bieżąco uzgadniała z niewidzialnymi osobami, współobsługującymi tę wycieczkę, czas i miejsca związane z organizacją, dzięki czemu można było już w drodze składać zamówienia na wybrane specjały z karty dań knajpy, do której zajeżdżali po kilkudziesięciu kilometrach, jak też unikać korków i wszelakich kolejek, czyli tego wszystkiego, co nie służy bezstresowemu wypoczynkowi. Tym razem rozmowa prowadzona przez Magdę była długa i ekspresyjna, a gdy ją skończyła, sama zainicjowała kilka rozmów telefonicznych po skończeniu których długo rozmawiała z kierowcą po hiszpańsku tonem, który wskazywał na podenerwowanie.

Obserwującej tę niecodzienną sytuację, grupie udzieliła się atmosfera napięcia, a przynajmniej oczekiwania na wyjaśnienia lub jakaś informację. Rozmowna zazwyczaj pilotka tym razem milczała, można by rzec - znamiennie.

Pierwszy nie wytrzymał Sławek

- Pani Magdo, co się dzieje? - dodał do imienia słowo – pani - co nadało pytaniu oficjalny charakter.

Zamiast odpowiedzi grupa usłyszała, że za chwilę będzie pół godzinny postój, w czasie którego pewne sprawy zostaną do końca - jak to nazwała - dopracowane.

- O nie, pół godziny - ja pierdolę – atmosfera niepewności sprawiła, że Sławkowi puściły nerwy, za co jednak natychmiast przeprosił i skomentował:
- No to Magda buduje napięcie jak u Hitchcocka.

Pilotka niewzruszenie milczała do chwili, gdy Javier wypatrzył stację benzynową, której przedłużeniem było miejsce parkingowe, na którym zaparkowało kilka autokarów.

Gdy po przedłużonym  prawie godzinnym postoju znowu byli w drodze Magda entuzjastycznym tonem niczym na spotkaniu grupy Amway opowiedziała o wyjątkowo korzystnej okazji, jaka trafiła się tej grupie, a której podłożem jest mały problem techniczny.

Po takim wstępie nadal nie wiadomo było czego się spodziewać. Jasne było tylko, że pilotka jest dobrze przeszkolona i potrafi, jak to zniecierpliwiona Wioletka określiła – nawijać.

- Magda, wyrzuć wreszcie o co chodzi, bo tu bez zawału się nie obejdzie - widząc zdenerwowanie żony - ponaglał Sławek.
- No więc - tu przeciągnęła ciszę - chodzi o to, że zostajemy dzień dłużej.
- Jak to, dłużej, a praca, samolot i takie tam?- nerwowo dopytywał ktoś z końca autokaru.
- Praca? To nie będzie problem. Wycieczka miała się skończyć w sobotę, a będą państwo w Warszawie w niedzielę. Zresztą powód państwa nieobecności mieści się w kategoriach zdarzeń losowych. Proszę być spokojnymi, ewentualny problem z pracą lub pracodawcą biuro podróży i jego prawnicy biorą na siebie.
- Czyli co z nami? - słychać było podobnie brzmiące pytania dobiegające z bliżej nieokreślonych miejsc pojazdu.
- Jak to co? Dostajecie państwo dodatkowy dzień pobytu, całkowicie na koszt biura z pełnym wyżywieniem- entuzjazm w jej głosie wyraźnie zwyżkował.

Wykonałam wiele telefonów, by ustalić optymalnie interesujący plan, na ten dodatkowy dzień i sprawdzić możliwości organizacyjne.

Pani Magda przeszła do wyjaśnień, iż wyjątkowa sytuacja jest spowodowana tym, że samolot, którym grupa miała wracać został, na skutek zderzenia w powietrzu z ptakiem, jest lekko uszkodzony i pomimo wykonanej już drobnej naprawy ponowne jego włączenie do ruchu powietrznego wymaga niezbędnych atestów technicznych, a to kwestia kilku dni. Dzięki temu trafił się państwu taki niespodziewany bonus.

Po takim wprowadzeniu zaczęła nakreślać pomysł na zagospodarowanie dodatkowego dnia, jednak zanim to uczyniła dodała, że oczywiście w związku z tą nieprzewidzianą sytuacją, organizatorowi wycieczki zależy na maksymalnym zadowoleniu klientów biura. Wreszcie zniecierpliwieni wycieczkowicze usłyszeli, że w grę wchodzą dwie możliwe opcje spędzenia tego czasu. Oby dwie są bardzo atrakcyjne i ona przedstawi je teraz. Poinformowała również, że postara się nakreślić je jak najbardziej szczegółowo, po czym  grupa będzie musiała wybrać wspólnie jedną.

Zanim przeszła do konkretów, znowu cierpliwość grupy została narażona, bo zamiast konkretów usłyszeli dywagacje o wysiłkach organizatorów związanych z koniecznością ponadplanowego zorganizowania tylu miejsc w jednym samolocie lecącym do Warszawy. Opowiadała o tym, ile kontaktów w tym celu musiało zostać uruchomionych, o negocjacjach z tym związanych i o rezultacie tych zabiegów, dzięki którym finalnie wyłoniły się dwie możliwości, które zaraz przedstawi. No i w końcu usłyszeli, że  jedną opcja uwzględnia  wylot z lotniska w Mexico City, druga z Cancun. W pierwszym przypadku samolot wyląduje w Warszawie w niedzielę o godzinie 18, a w drugim o godzinie 22.

Dalej było znowu o tym, że  w związku z tą niespodziewaną i nieprzewidzianą w żadnym grafiku sytuacją dla organizatorów priorytetem, gdy sprawa przylotu do Warszawy została w pewnym sensie rozwiązana, stało się postawienie na najatrakcyjniejsze zorganizowanie czasu w ciągu tego dodatkowego dnia.

Zanim przeszła do coraz bardziej przez wszystkich oczekiwanych konkretów, poczyniła kolejną dygresję, tym razem o tym, że te opcje różnią się diametralnie programami.

Takie rozbudowane wprowadzenie coraz bardziej czyniło oczekiwanie nieznośnym i pełnym napięcia, które zupełnie nie zmalało, gdy zostali zapoznani z programami połączonymi z poszczególnymi miejscami wylotów.

Usłyszeli, że  wylot z Cancun wiązałaby się z całodniowym odpoczynkiem na plaży nad Morzem Karaibskim, w formule all inclusive, natomiast wylot z lotniska w stolicy umożliwiłby zwiedzenie jednego z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych katolicyzmu jakim jest Bazylika Matki Boskiej z Guadalupe. Atutem ewentualnego wyboru drugiej opcji, według słów pilotki, miało być jednak nie tylko zwiedzanie, ale również uczestniczenie w wyjątkowych uroczystościach jako, że najbliższa sobota jest świętem, które  ściąga setki tysięcy wiernych nie tylko z Meksyku. Pilotka mówiła o tym, że tradycyjnie dzień ten jest celebrowany w sposób wyjątkowy przez duchownych najwyższej rangi i no i uczestniczących w tym pielgrzymów.

W autokarze nastał wielki gwar.

- Proszę państwa o spokój, nie skończyłam jeszcze - pilotka z trudem przedzierała się przez narastającą wrzawę.
- Teraz państwo muszą to wszystko spokojnie przemyśleć, rozważyć, przedyskutować w grupach i po zwiedzaniu Campeche, a w zasadzie po kolacji poinformować mnie, na która opcję się zdecydowaliście.
 - Zwiedzanie, zwiedzaniem, a jak się nie dogadamy? - po raz pierwszy publicznie zabrał głos pan Stanisław i grupa miała wreszcie okazję usłyszeć jego dźwięczny wschodni zaśpiew.
- Dogadacie się, w końcu poznałam na tyle ten zespół iż wiem, że państwa obycie turystyczne i kultura osobista umożliwi koncyliacyjność. Słowa- koncyliacyjność - użyła świadomie, by podkreślić przekonanie o ich bogatym słownictwie, które jest odbiciem wysokiego poziomu intelektualnego.

Niewielu z grupy jednak to słowo usłyszało, bo gwar, na skutek wymieszania dźwięków pochodzących z rozmów toczonych równocześnie w małych grupach lub parach, przerodził się w hałas.

- Mam nadzieję, że z tym Cancun zupełnie nie wypali. Na plażę  można jechać nad jakiś zalew albo do Sopotu, to chyba każdy rozumie, jak myślisz? - Agata zadała mężowi nie pozostawiające wątpliwości do jej, czyli ich wyboru, zaraz po wejściu do pokoju.

Michał w myślach wahał się, bo wyobrażenie sobie całego dnia na karaibskiej plaży z opcją all inclusive było mocno kuszące, jednak widząc zdecydowaną preferencję żony wykpił się rzuceniem niemalże w biegu:

- Nic nie myślę. Znaleźliśmy się  w grupie zupełnie przypadkowych osób, to co ja będę gdybał. Teraz wezmę prysznic - co powiedziawszy zamknął drzwi łazienki.

Schodzili na dół pięć minut przed ustalonym czasem, by na miejscu przekonać się, że tym razem zrobili to jako ostatni. Już na schodach słyszeli żywiołowe dyskusje, a gdy znaleźli się  w holu Sławek bezceremonialnie zwrócił się w ich stronę:

- Autokarowi sąsiedzi oczywiście do Cancun?
- Żartujesz chyba? - stanowczo zareagowała Agata, chociaż do końca nie była przekonana czy ze strony Sławka to była własna konkretna deklaracja czy też tylko prowokacja?
- Ja żartuję? Bądź poważna chyba na wycieczkę się jedzie bawić i odpoczywać, kto chciał się modlić mógł się zapisać się na pielgrzymkę - odpowiedź Sławka nie pozostawiała marginesu na wątpliwości.
- Nie słuchaj go Agata, na szczęście on tu nie rządzi - usłyszała za plecami głos Andrzeja i poczuła się pewniej.

Pilotka sprawdziła czy wszyscy oddali klucze na recepcji, po czym pieszo, co umożliwiła doskonała lokalizacja hotelu, ruszyli w stronę starówki, Postkolonialne Campeche ze swoją historią sięgającą czasów dużo wcześniejszych przed przybyciem na te tereny konkwistadorów miało niepowtarzalny klimat, jednak niewiele osób z grupy było skłonnych do chłonięcia atmosfery miasta. Na rynku czekał na nich miejscowy przewodnik, jednak pomimo, iż starał się przekazać informacje dotyczące historii tego miejsca w sposób ciekawy i zajmujący, nie był w stanie skupić na sobie uwagi większej części grupy. Pilotka bezskutecznie usiłowała rozładować tę niezręczną sytuację, jednak ani jej wysiłki, gdy przewodnik mówił a ona tłumaczyła, ani potem zwiedzanie miasta i nieśpieszny spacer po nim nie rozładował skłębionych emocji.

W drodze powrotnej do hotelu odczuwało się napięcie, które wzmogło się, gdy znaleźli się przy recepcji. Magda wyznaczyła spotkanie i zakomunikowała, że właśnie na nim grupa musi podjąć jednoznaczną decyzję, ponieważ tego wieczora konieczne jest dopracowanie logistyczne wybranej trasy, a co najważniejsze, potwierdzenie rezerwacji w samolocie. Podała jeszcze zupełnie bez znaczenia w zaistniałej sytuacji, informację o tym, że  wylot z lotniska w stolicy Meksyku jest możliwy ponieważ jakaś grupa sportowców, w ostatniej chwili, zmieniła plany i że będzie to samolot rejsowy brytyjskich linii, a jeśli zdecydują się na alternatywną opcję to w Cancun wyląduje tranzytem, większy niż zazwyczaj, samolot wyczarterowany przez organizatora, który według rozkładu zabiera w Hawanie grupy wypoczywające na Kubie.

Po wymienieniu jakiś informacji z recepcjonistą i dodała, że:

- Za barem, obok recepcji znajduje się sala wykorzystywana zazwyczaj na konferencje albo uroczystości i obsługa hotelu udostępni tę salę dla ich spotkania przez tak zwaną grzeczność.

Ciszę, która panowała, o zapowiedzianej godzinie w tejże sali, przerwał wchodzący jako ostatni Sławek:

- Co to jakaś stypa? Przyjechaliśmy zwiedzać, wypoczywać no i jeszcze dobrze bawić, no to wypoczynkiem i relaksem zakończymy wyjazd, chyba oczywiste? - ni to zapytał, ni to stwierdził.
- Magdy nie ma, a ty już ustaliłeś? - prawie krzyknęła Agata.

W tym momencie usłyszeli głos wezwanej jakby na ratunek przez Agatę pilotki:

- I co państwo ustalili ? Czy już mogę poczynić kroki z tym związane?
- No myślę, że oczywistym jest, iż jedziemy do Sanktuarium - zabrała głos rzadko odzywająca się wcześniej pani Stenia.
- Jak to oczywistym? - pani Beata wyraźnie zaakcentowała zdziwienie.
- Na plażę to można jechać chociażby nad nasz Bałtyk, a przecież jest mało prawdopodobne, by wielu z nas powtórzyła się okazja uczestniczenia w uroczystościach katolickich w takim miejscu - głos Agaty brzmiał stanowczo.
- Nieźle musiałaś nagrzeszyć Agatka, że tak ci pilno do kościółka - Sławek próbował swojej zazwyczaj sprawdzającej się w negocjacjach broni, czyli obracania wszystkiego w żart, celem rozmiękczenia oponenta.

Tym razem nie podziałało. Z sali odezwał się karcący głos, że sprawa jest zbyt poważna by  żartować.

- A niby dlaczego? Sławek ma rację, przyjechaliśmy z myślą o zwiedzaniu i relaksie. Kto chciał się modlić i epatować - tu Wioletka użyła zaskakująco jak na nią wyszukanego słowa - wiarą, mógł jechać chociażby na pokrywającą się prawie czasowo z naszym wyjazdem pielgrzymkę do Lourdes we Francji, która była w ofercie tego biura podróży.

W tym momencie jednocześnie zaczęło mówić tyle osób, że z plątaniny słów trudno było wyłuskać jakąkolwiek treść.

Pilotka próbowała wymóc ciszę prośbami o spokój - bezskutecznie. Niekontrolowany gwar narastał. Trwało to dobrych parę chwil. Zdesperowana Magda weszła na stół. W ten sposób znalazła się wyżej od reszty grupy, co ponownie ustawiło ją w roli przywódcy. Podziałało. Nastała pełna napięcia cisza. Wiedziała, że teraz musi mówić, mówić tak długo, aż opadną emocje.

 Nie mając chwilowo pomysłu na impuls przełamujący impas, zastosowała taktykę tzw. zagadania sytuacji.

Zaczęła o tym, że w jej pracy sytuacja z niezaplanowanym dodatkowym dniem pobytu zdarzyła się pierwszy raz. Dalej komplementowała uczestników wycieczki, jako wyjątkowo dobrany, inteligentny i dojrzały turystycznie zespół, po czym przeszła do tego, że właśnie ze względu na wyjątkowość zarówno sytuacji, jak i grupy, ona wspólnie z  organizatorami wycieczki dołożyła maksymalnych wysiłków, by znaleźć jak najatrakcyjniejszą, formę spędzenia dodatkowego dnia pobytu. Dwie najpierw z wielkim trudem znalezione, a potem zaproponowane pod dyskusję opcje są ukłonem w stosunku do tej grupy, ponieważ jedynym celem organizatorów, w tej nagłej i nietypowej sytuacji jest zadowolenie jak największej liczby wycieczkowiczów. W związku z tym organizatorzy wierzą i ona też, że demokratycznie przez grupę podjęta decyzja pozwoli miło spędzić ten dzień wszystkim uczestnikom wycieczki.

- Jeśli jednak byłby problem z wyborem, co prawie wykluczam, pozostanie zdać się na jedyne zawsze w takich sytuacjach rozstrzygające narzędzie, czyli losowanie - zakończyła wywód.
- Losować w sprawie wiary? - dało się słyszeć silny głos, należący do niezidentyfikowanego, dla siedzących z przodu autokaru uczestnika wycieczki.
- Nie w kwestii wiary, tylko kierunku w którym jutro pojedziemy. Proszę tak pryncypialnie nie stawiać sprawy. Jesteśmy na wycieczce, więc nie rozliczajmy się z pobożności – nawet nie próbując zidentyfikować właściciela głosu, pilotka, usiłowała zakończyć rozmowę zmierzającą ponownie w niebezpiecznym kierunku.
- Przerwa na papierosa i wyciszenie emocji.- zarządziła .

Część grupy skierowała się w kierunku hotelowego tarasu.  Michał  podążał za palaczami, jednak po drodze zatrzymał się w łączniku oddzielającym salę od tarasu, by sprawdzić czy ma papierosy przy sobie i przekonał się, że zostały w kieszeni innych spodni.

Jeszcze parę dni wcześniej bezrefleksyjnie poprosił by o papierosa kogoś z grupy, jednak teraz sytuacja zmieniła się na tyle, że się zawahał. Szybko rozważył odległość tarasu od zajmowanego przez nich pokoju hotelowego i to przeważyło. Wszedł na taras, na którym najgłośniejszy jak zwykle Sławek usiłował przebić się z własnymi rajcami. Wyraźnie zmęczona pilotka prosiła, by chociaż chwilowo się powstrzymał i pozwolił jej i innym spokojnie wypalić papierosa. Nie poskutkowało:

- Pani Magda się denerwuje bo wie, że moje argumenty są nie do przebicia - kontynuował.

Magda wprawiona służbowo, w powściągliwych reakcjach na zdarzające się trudne sytuacje, których powodem bywali wycieczkowicze, tym razem nie wytrzymała i zaklęła:

- Kurwa, prosiłam o chwilę spokoju - po czym ruszyła w stronę przeciwległego końca tarasu.
- Oj, ktoś tu traci nerwy, a na wycieczce powinno być milutko - Sławek nie ustępował, co poskutkowało tym, że duża część grupy również zmieniła miejsce.

Michał wrócił do Agaty. W sali również nie było spokojnie.

- I co tam mówili?- dopytywała głośnym szeptem Agata.
- Pewnie to samo co tutaj - odpowiedział wymijająco, co Agata znająca męża odebrała jako - szkoda słów.

Reszta grupy wróciła do sali.

Pilotka, bez chwili zwłoki, przejęła inicjatywę i zabrała głos.

- Z tego co dotychczas usłyszeliśmy wnioskuję, że nie pozostaje nic innego jak rozstrzygnąć problem drogą głosowania - starała się mówić stanowczym tonem.
- Skoro tak, to ja chciałabym coś powiedzieć - odezwała się siedząca przed Agatą i Michałem pani Stenia.

Pilotka wzrokiem przyzwoliła.

Pani Stenia wstała i może aby być bardziej słyszalną, a może by podkreślić oficjalny ton swojej wypowiedzi, poprosiła o mikrofon.
- Proszę mówić głośno, nie będziemy teraz instalowali nagłośnienia, to by zdecydowanie przedłużyło sprawę - zaoponowała Magda.

Niezrażona pani Stenia chcąc wymusić zupełną ciszę, ciągle stojąc wyczekująco patrzyła na siedzących. Gdy wreszcie osiągnęła skutek, silnym jak na nią głosem, z wyraźną celebracją zapytała:

- Czy nie czują państwo, że fakt, iż zupełnie niespodziewanie dostaliśmy szansę bycia w Sanktuarium Matki Boskiej z Guadelupe, jest jednoznacznym znakiem i drogowskazem od Boga i zignorowanie tego głosu naraziłoby nas na konsekwencje rzutujące na całe nasze i ziemskie i to dalsze życie?

To wygłosiwszy nie powiedziała już ani słowa więcej i usiadła.

Tak niespodziewane wystąpienie spowodowało ciszę na sali, którą zakłócił Sławek stwierdzeniem:

- Poszło grubo, ale mam nadzieję, że grupa nie da się wciągnąć w moherowe klimaty. Przypominam, jakby kto nie pamiętał, że  my wszyscy w biurze podróży wykupiliśmy wycieczkę, która w opisie oferowała  poznawanie innych kultur połączone z relaksem. Ani słowa tam o pielgrzymkach, modleniu i klęczeniu - we właściwy sobie sposób, nie powstrzymując się od ironizowania, wyraźnie starał się przejąć inicjatywę.

Cóż, musimy przejść do głosowania - przerwała pilotka, widząc, że sprawy idą w coraz mniej bezpiecznym kierunku.

- Przypominam o sumieniu! - nie ustępowała pani Stenia
- Mało konkretny argument – ripostował Sławek - A czy ktoś z państwa wziął pod uwagę fakt, że z miejsca gdzie jesteśmy do Cancun jest 480 km to cztery do pięciu godzin jazdy, czyli i tak dużo, a do stolicy 1120 km? To jak dobrze by poszło, przy meksykańskich drogach minimum dwanaście godzin samej jazdy, potem jeszcze to stanie w tłumie innych, którzy przyjechali na tę kościółkową uroczystość. Kto ma na to siły? - zakończył wywód pytaniem, które miało być zarazem racjonalnym  i decydującym argumentem.
- Im poniesiemy większy trud, tym więcej nam będzie policzone - dało się słyszeć niedawno słyszany męski głos, dobiegający z tyłu sali.
- O nie, tak nie będziemy rozmawiać. Niektórzy zdecydowanie pomylili wycieczki. Powtarzam to nie pielgrzymka z parafii - tym razem prawie krzyczał, nawet nie starając się ukryć irytacji. - A swoją drogą najbardziej modlić się chcą zawsze najwięksi grzesznicy. Widać mają za co - Sławek już nawet nie próbował być miły.
- Daj spokój - uspokajała Wioletka, trzeba głosować i sprawa się wyjaśni. A tak po prawdzie, to fakt godzenia się przez nas na głosowanie wypływa z naszej dobrej woli. Każdy wiedział jaki charakter ma ta wycieczka - po raz któryś dawała do zrozumienia, że całkowicie  zgadza się z mężem.

Nie ma co proszę państwa, głosujmy, bo już widać, że na dogadanie nie ma co liczyć - w głosie pilotki słychać było wyraźne rozdrażnienie.
Tajne czy jawne? – padło pytanie.

- Jasne, że jawne, chyba nikt nie wstydzi się swojego zdania - odezwała się Ola, która podobnie jak mąż do tej pory nie ujawniła głośno swoich preferencji.
- No dobra, pora zakończyć tę farsę, pani Magda daje hasło, a ja będę liczył głosy - nie oddawał inicjatywy Sławek.
- Kto z pań posłanek i panów posłów jest za ...- próbował żartować.
- Ja jednak bym prosiła o powagę - uciszyła pilotka, po czym zadała pytanie, które sformułowała tak, by zabrzmiało jakby przedmiotem wyboru były lotniska, z których grupa ma wylatywać, a nie sposób spędzenia  tego dodatkowego dnia.

Pomimo tego wybiegu retorycznego, ktoś z sali krzyknął, że to wybór między sacrum a profanum.

Pilotkę zaczęła ogarniać złość, na siebie, na sytuację, do której w dobrej wierze doprowadziła i którą zaczęła odbierać jako największy zawodowy błąd jaki popełniła w pracy z grupami. Jako doświadczona pilotka po raz któryś tego wieczora opanowała, choć tylko pozornie, emocje i poprosiła o podniesienie ręki.

Sławek przeszedł do liczenia, ale wyszło mu, że zarówno na pytanie o Meksico City jak i Cancun podniosło rękę po dziewiętnaście osób.

- Ty nawet liczyć nie umiesz - pokpiwał Andrzej.

 Może kogoś nie ma?- rzucił ktoś rezolutnie.

Sprawa była na tyle poważna, że pilotka wyczytywała uczestników z listy, jak z dziennika w szkole. Byli wszyscy - trzydzieści dziewięć osób.
Powtórzono głosowanie, jednak wynik się nie zmienił.

- Chyba ktoś nie podnosi ręki? - wywnioskował Michał.
- Ludzie poważna sprawa, a ktoś robi sobie jaja? - Sławek był coraz bardziej zdenerwowany.
- Ja nie podniosłem - odezwał się pan Tadeusz - A czy muszę? - dodał zaczepnie.
- No jasne, że pan musi, inaczej nie będzie większości.
- Nikt mnie nie zmusi, tym bardziej teraz gdy wyszło, że ten jeden głos byłby rozstrzygający! - mówił tonem coraz bardziej zdecydowanym.
- Mnie odpowiada jedno i drugie. Jeśli pojedziemy się do Sanktuarium, to będę się modlił, a jak do Cancun to będę leżał cały dzień na piaszczystej plaży i popijał drinki. A jakby kogoś faktycznie interesowało czego chcę, choć nie podejrzewam by tak było, to odpowiem – chcę by było tak jak jeszcze dzisiaj rano: miło, przyjaźnie, przyjemnie. Od kłótni, sporów i dąsów to ja właśnie uciekłem i do nich lada dzień wrócę. Jednak, gdy w moim własnym domu kłóci się syn z synową czasami sytuacja wymaga bym zajął jakieś stanowisko. Tu zdecydowanie nie muszę - co powiedziawszy najzwyczajniej wyszedł.

Opuszczenie sali przez Tadeusza spowodowało konsternację, która objawiła się chwilową ciszą, jednak już za mała chwilę  powrócił, nic dobrego nie rokujący, gwar.

Magda zaczynała obierać sytuację nie tylko jako coraz bardziej patową, ale taką nad którą po raz pierwszy po tylu latach pracy, nie potrafiła zapanować. Prawie błagalnym tonem, nie wiedząc nawet czy jest słyszalna powtórzyła, że musi wieczorem przekazać decyzję.

Z odsieczą przyszedł niespodziewanie Wojtek.

- Proponuję, abyśmy dali sobie czas, usiedli w czytelnie wyodrębnionych dwóch grupach i w nich postarali się poszukać argumentów umożliwiających kompromis. Po tym czasie te argumenty zaprezentują całej grupie wybrani przedstawiciele.
Wobec braku jakiegokolwiek innego pomysłu, pilotka poparła propozycję.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież