Janusz Gryz - Ostatnie spotkanie (zamiast wiersza)

Pamięci Tadka Samca

Dzwonek terkotał długo i natarczywie, falował i ćwierkał, zatykał się na chwilę, by znowu podjąć swój gorączkowy, napastliwy trel. Tak dzwonił tylko Tadek, który nawiedzał mnie po tygodniach, a czasami częściej: co dwa, trzy dni. Zawsze podchmielony czy pijany, ledwo trzymający się na nogach, chwiejący się, oparty o ścianę, z kościstymi palcami zaciśniętymi na poręczy. Nie pomyliłem się, w zgniłozielonym półmroku klatki schodowej stał Tadek z wytrzeszczonymi oczami i pianą w kącikach warg.

Jego ogorzałą, wychudłą twarz z wpadłymi policzkami i kwadratem wysuniętej stanowczo dolnej szczęki pokrywał wielodniowy przetykany srebrem zarost.

Rozchełstana, wygnieciona koszula, której jeden róg kołnierzyka, wygięty, sterczał ku górze dotykając ucha, odsłaniała żylastą, pobrużdżoną szyję pięćdziesięciolatka, który całe życie przepracował fizycznie na powietrzu.

- Witaj, przyjacielu drogi! - głośne gardłowe powitanie huknęło w korytarzu i gość niepewnie stawiając stopy w zniszczonych adidasach, przydeptując długie pijawki rozwiązanych sznurówek, wkroczył do przedpokoju. Jego czarne dresowe spodnie z kreszu, ze śladami wapna z murków i kurzem przydrożnych rowów, wisiały luźno na chudych lędźwiach. Jak w imadło chwycił moją dłoń i ściskając pociągnął w dół, poczułem kwaśny cukier taniego wina.
- Nie widać cię, nie pojawiasz się nigdzie.

Wskazałem na stół w pokoju, na parapety, podłogę i krzesła zawalone książkami. Tadek popatrzył na ten bałagan, gwałtownie odwrócił głowę i aż od tego ruchu się zatoczył.

- Obiecałeś napisać wiersz dla mnie.
- Obiecałem, to napiszę - skłamałem i zmieniłem temat - Co tam w piłce?

Przez wiele lat grałem z Tadkiem w różnych klasach rozgrywkowych, a potem w oldboyach, zjeździliśmy autobusami, prywatnymi osobówkami, nyskami, żukami całe Środkowe i Zachodnie Pomorze. Grał na środkowej pomocy, był mózgiem drużyny. Z ilu jego podań strzeliłem bramki, ile meczy wygraliśmy kierowani jego doświadczeniem… Teraz stał w przedpokoju i patrzył w swoje odbicie w lustrze. Rozwiódł się i przeprowadził do jednopokojowego mieszkania komunalnego na zapleczu dawnego domu kultury. Życie w pojedynkę pełne jest niebezpieczeństw, zwłaszcza gdy nie ma pracy, a są koledzy równie samotni jak ty. Jeśli się w porę nie opamiętasz i nie podejmiesz żmudnej, pełnej zwątpień i załamań, nieraz trwającej latami walki, polegniesz i zmienisz się we wrak człowieka. Tadek patrzył w lustro i wyglądało to tak, jakby nie mógł się rozpoznać.

- Uuuu…, kurka wodna – westchnął przeciągle, próbował przygładzić skundlone włosy, wyprostować kołnierzyk.

Zaszedłem do niego kiedyś w zimowy wieczór. Syriusz skrzył się brylantami, śnieg lśnił odbity światłem gwiazd, w mroźnym, nieruchomym powietrzu stała głęboka przedwieczna cisza. Skręciłem na podwórko i zobaczyłem nad czarną wyraźnie zarysowaną wnęką drzwi czerwoną latarenkę. Widok był dziwny, zaskakujący. Okrągłe czerwone światełko wisiało na ścianie w zakolu pokrytego poróżowiałym śniegiem podwórka ogrodzonego szlachetami nadając mu baśniowy wygląd. Wspiąłem się ostrożnie po oblodzonych schodkach. Ogarnęła mnie całkowita ciemność wypełnionego skisłym zaduchem korytarza, z podłużnej szpary nad podłogą przyciskała się złocista mozaika światła. Uderzyłem się boleśnie w kolano o róg ławki i po chwili uświadomiłem sobie, że kilka lat temu na tej ławce zadławił się wymiocinami i zmarzł wesołek o przezwisku Żenia. Żenia w chwili śmierci miał 32 lata, jeździł z nami na mecze w charakterze kibica, rozweselał nas podczas podróży wymyślanymi na poczekaniu niestworzonymi opowieściami. Wymacałem klamkę i uchwyciłem się drzwi. Pokój wypełniło żółte, przyciemnione światło, które zdawało się przygniatać nakrytą gruzełkową narzutą zapadniętą wersalkę, ławę z pękniętym blatem i siedzącym na nim gipsowym aniołkiem, meblościankę z niedomykającymi się drzwiczkami i dwa gięte krzesła. Kąt z wersalką wybrzuszał się kaflowym piecem, od którego buchało nieprawdopodobnym gorącem.

Tadek w T-shircie z napisem Nottingham Forest postawił szklanki i nalał z kartonu wino. Potem pochylamy się nad turniejową drabinką, ustalamy terminy i godzimy spotkań. Tadek wychodzi za potrzebą – ubikacja jest na zewnątrz, za szopą – a ja odsuwam szybkę w regale, gdzie leżą książki, które wziął ode mnie z mocnym zamiarem czytania. Są tu zapomniani: Kuśniewicz, Brandys, Mach, Brycht, Czycz, Stachura, Zalewski, Wojciechowski… Obok talia wytłuszczonych kart i Biblia. Czy ją czytał, czego w niej poszukiwał, co w niej znalazł?

- Masz do mnie jakąś konkretną sprawę? - zapytałem.
- Sprawę, wiadomo, że mam konkretną - odpowiada głośno i puszcza oko.
- Dobra - mówię - chodź, poszukamy.

Przeszukuję spiżarnię, lodówkę i znajduję trzy nadpite butelki wina i jedną z wódką.

- No, przyjacielu - uśmiecha się zadowolony i prosi, bym wino przelał do jednej flaszki.
- Dać szklankę?
- Nie, pociągnę z sygnałówki - przykłada butelkę do ust i pije długimi miarowymi łykami.

Chciałem poczęstować go grochówką, którą sobie właśnie ugotowałem, ale odmówił. Poszliśmy do pokoju, a on, by spotęgować rozkosz posiadania, pozorując zupełną obojętność zostawił wódkę w kuchni. Nie zabrał jej ze stołu. Byłem sam, żona wyjechała do córki do Walii i książki korzystając z okazji przeniosły się z mojego pokoju tu, gdzie było jaśniej i wygodniej. Na stole leżała mapa, do której przymocowałem listewki, aby powiesić ją na ścianie. Czytałem historię Łotwy i chciałem mieć jej mapę przed oczami. Tadek postanowił mi pomóc. Przesunął ciężki szklany przycisk z zimorodkiem i wparł swe twarde, kościste palce w Kurlandię. Jego spojrzenie zboczyło z książki.

- Czytasz po rusku? - zrumienienie odbiło się w chropowatym głosie.
- A ty znasz rosyjski? - odpowiedziałem pytaniem.
- Miałem trójkę w zawodówce.

Próbował sylabizować tytuł, ale nieużywany język umknął w niepamięć i Tadek nie rozpoznawał już niektórych liter. Rozmawialiśmy i on coraz bardziej się niecierpliwił. Wreszcie wrócił do kuchni, zabrał butelkę i wcisnął ją za gumę spodni. Odprowadziłem go do drzwi.

- Bywaj przyjacielu - ścisnął mocno moją dłoń i pociągnął w dół.

Patrzyłem przez okno jak szedł podjazdem do ulicy, jak zatrzymał się przy bramie, by poprawić butelkę i zataczając się skręcił za budynek. Ścisnęło mi się serce.

Dwa dni później, w niedzielne południe na stadionie podczas kibicowania miejscowej drużynie chwycił Tadka atak padaczki. Odwieziony do szpitala dożył tylko rana. Tak zmarł Tadek, mój przyjaciel z boiska, którego lubiłem i z którym już nigdy w tym życiu nie zagram.   

       

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież