Rafał Orlewski - Barwny świat rogatki

Andrzej Grabowski (ur. 1947) to człowiek i pisarz, o którym można napisać kilkutomową sagę – tak o jego książkach, jak i o życiu oraz o niezliczonych a imponujących dokonaniach, zwłaszcza na polu krzewienia literatury w jej najrozmaitszych odmianach. Bo to nie tylko prozaik i poeta, autor książek dla dzieci i dorosłych, ale też twórca kabaretów, widowisk, audycji radiowych i telewizyjnych, niezależny publicysta, wydawca i redaktor literackiego magazynu „Iskra”, przez bodaj 3 lata prezes krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, zaś od ponad 35 lat organizator wielkiej imprezy – Międzynarodowej Galicyjskiej Jesieni Literackiej, także kawaler cenionego na świecie, przyznawanego przez dzieci – Orderu Uśmiechu.

To, że był laureatem wielu konkursów literackich, dla ludzi zainteresowanych jego twórczością pisarską jest po prostu truizmem. Bo Andrzej to także obieżyświat – łatwiej byłoby wymienić, gdzie jeszcze nie był. A niosło go i do Azji, i do Australii, i po Europie. Niektóre jego książki, w tym tłumaczone na różne, nawet egzotyczne języki świata Przygody skrzata Wiercipiętka, są czytane na obu półkulach globu, trafiły też do kanonu lektur szkolnych. Zatem to już klasyka.

Tu jednak chcę zwrócić uwagę na inny aspekt. Otóż od szeregu lat Andrzej pisze i wydaje kolejne książki, w których nie tyle z uporem maniaka, raczej zasługując na podziw i uznanie, wykorzystuje w twórczości tematykę „piotrkowską”: wychowywał się i dorastał w Piotrkowie Trybunalskim, skąd już jako dorosły opuścił to miasto i osiedlił się na polskim Pogórzu. Ale choć tam rozwinął swe skrzydła twórcze, czas dzieciństwa i wczesnej młodości przeżyty w Piotrkowie i okolicach pozostał w nim niezatarty. Więcej – nabrał intensywności „raju utraconego”.

Efektem tego są wspomniane książki „piotrkowskie”, w których wszystko dzieje się albo w tym mieście, albo w jego równie urokliwych okolicach (np. rzeka Pilica, Sulejów, Przygłów, Poniatów). Zaś w Piotrkowie szczególnie preferowanym przezeń miejscem akcji jest część obrzeża miasta – niegdyś zwana Wielką Wsią, czyli tzw. rogatka. To są domy, ulice, podwórka i, rzecz jasna, mieszkańcy rogatki. Ta część miasta, zwłaszcza w latach młodości Grabowskiego, musiała mieć specyficzny klimat życia i codzienności jej mieszkańców – ludzi zwyczajnych i szarych, a przecież na swój sposób ciekawych. Tyle że dopiero pod piórem Andrzeja Grabowskiego stają się oni charakterystyczni, barwni, pełnokrwiści, choć wcale nierzadko – nietypowi i cudaczni.

To jedna z refleksji, jakie się nasuwają podczas lektury tego typu książek (czyli „piotrkowskich”), a ukazało się ich 8 (dwie następne w druku). Najnowsza z wydanych nosi tytuł Małe łajdactwa. W krótkim wstępie autor pisze, że są to opowiastki pisane dość dawno, niektóre były publikowane w prasie („Kultura”, „Akant”, „Merkuriusz”), nagradzane w konkursach (np. „Rubinowa Hortensja”). Ale – pisze dalej – powstawały one w czasach, gdy o internecie, smartfonach itp. „cudach” elektroniki nikt nie słyszał. Toteż „gdy nabrały innego kolorytu, z sentymentu do lat, w których rzeczywistość wokół nas była bardziej przewidywalna, a ludzie potrafili cieszyć się drobiazgami, postanowiłem podzielić się ich klimatem… Tego świata już nie ma, ale (…) powroty do przeszłości uczą nas pokory i dystansu do coraz bardziej pazernej i bezwzględnej rzeczywistości”.

Ta książka to 14 tekstów prozą podzielonych na trzy części: Opowiastki z rogatki, Hotelowa ballada, Opowiadania. Trochę autor przesadził, tak szufladkując: wszystkie te prozy to po prostu opowiadania. Ale istotniejsza jest ich treść i sposób narracji. Nie ma tu sensu streszczanie wszystkich opowiadań, bo taki zabieg dałby skutek równie niedobry, jak streszczanie wierszy lirycznych, tj. odarłby tę prozę z jej smakowitości. Bo jednak – przypomnijmy za Janem Parandowskim, że „pisarz to styl”. A treść tych opowiadań Andrzeja, także innych jego książek, ma tę cechę, że one nie tylko dadzą się czytać, ale też urzekają charakterystycznym dla tego autora operowaniem polszczyzną.
Czytając tę książkę to wybuchamy śmiechem, to zdumiewamy się jędrnością dialogów i sytuacyjną charakterystyką postaci, to podziwiamy bystrość obserwacji szczegółów codzienności, to jakby niepostrzeżenie wpadamy w zadumę – nawet nad tymi bohaterami i zdarzeniami, które w pierwszym odbiorze jawią się nam jako dziwaczne, sowizdrzalskie.

Już same przezwiska konkretnych osób, najczęściej śmieszne, są wyrazem „domowej” (niewykształconej), ale trafnej i adekwatnej do danej postaci charakterystyki określonych osób. Dla przykładu: Strzelipitok, Śmaja, Maniuś Karuzelnik, Cyrkowiec… Mamy też określenia powstałe na zasadzie gry słów i podobieństw fonetycznych, jak np. Fata Mrugana, Podpiwko. Taki oto Józek, na którego wołają: „Bracie Holender”, ma zwyczaj częstego wtrącania do swej wypowiedzi tych właśnie słów. Zacytujmy: – Mamy szczęście, bracie holender, że to nie słoń, bo inaczej, bracie holender, to by nas pod tlen musieli wsadzić…

Tytułu książki nie powinno się rozumieć dosłownie. Te „małe łajdactwa” nie są nawet małymi łajdactwami. To raczej wygłupy, szalone wyskoki znamionujące upust nadmiaru energii tych młodych, a czasem też metrykalnie dorosłych urwipołciów. Tezę, że bohaterowie opowiadań (płci obojga zresztą) nie są szkodliwi ani też nikogo nie krzywdzą, potwierdza choćby opowiadanie Honor, ukazujące szereg zaskakujących zdarzeń wynikłych z pojawienia się w scenerii rogatki „Amerykana” – przybysza już samym wyglądem innego niż tutejsi.

Ale gdy ów przybysz (który chciał mieć Polkę za żonę), o nazwisku John Berawsko, został „na mieście” solidnie ugoszczony bimbrem, ferajna z rogatki zataszczyła go na swoich plecach do hotelu, by tam spokojnie przyszedł do siebie. Nazajutrz pod rogatkę podjechała limuzyna, z której wysiadło dwóch obcokrajowców z wiązką kwiatów i torbą wypełnioną wiktuałami. Samochód zatrzymał się pod numerem 6, gdzie mieszkali Stępniowie. Gospodyni, czyli ta Stępniowa, kwiaty przyjęła, ale studolarówki – nie. Inni też nie chcieli „zielonego”, więc wypakowano torbę i – balowano do rana.

Opowiadanie kończy się tak: „Niby drobna sprawa, lecz wagi ogromnej, w nieustannej dbałości o rzecz najświętszą – honor”.

Czy dziś, w dobie kultu pieniądza, to zdarzenie miałoby analogiczny finał? Chciałoby się westchnąć: gdzie się podział tamten honor prostych ludzi?... W przypadające właśnie 50-lecie twórczości Andrzeja Grabowskiego, gdy w piotrkowskiej Bibliotece Miejskiej zrobiono – chyba w związku z jubileuszem 800-lecia miasta – wystawę „Piotrków w literaturze”, nie znalazło się na niej nic z twórczości tego pisarza, choćby któraś ze wspomnianych ośmiu książek o mieście młodości znanego nie tylko w Polsce twórcy. O tempora, o mores!...

 


Andrzej Grabowski, Małe łajdactwa, Wydawnictwo AD OCULOS, Rzeszów 2016, ss. 160.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież