Janusz Gryz - Stara kobieta

"Pomiędzy twoją pieśnią wczorajszą
a dzisiejszą
jest całe moje życie…".
(J. Iwaszkiewicz, Do słowika)

I

Stara kobieta o białej, płaskiej twarzy okolonej srebrzystą przędzą rzadkich starczych włosów siedzi w fotelu przed dużym oknem wychodzącym na boczną, ale gwarną, ruchliwą ulicę. Ulica od świateł skrzyżowania z główną biegnie w kierunku hali targowej, ogromnej blaszanej budowli o wypukłym karbowanym dachu, dalej wpadając w nadbrzeżny bulwar wiodący do portu.

Miasto żyje swoim gorączkowym, pospiesznym życiem. Ludzie bezustannie tłoczą się na chodnikach, spiesząc się  gdzieś, mkną samochody, turkocą kolejki, z redy dobiega czasami przenikliwe, urywane wycie okrętowych syren, a kiedy dzień niepostrzeżenie chyli się ku wieczorowi i na zachodzie jaśnieje już złociste niebo, rozlega się nad tłumna ulicą basowe dudnienie kościelnych dzwonów.

A ona tkwi w kokonie odizolowanego od świata pokoju, w ciszy gęstej od wspomnień, wśród twarzy zacierających się w świadomości wypełnionej miękką watą zapomnienia. W drżącej ręce trzyma lupę i wodzi nią po linijkach gazety, w spopielałych źrenicach porażonych kartką ledwo tli się życie.

Jest pochmurny, bezśnieżny styczniowy dzień, z plusową temperaturą, lepka mgła nasącza wilgocią powietrze, mewy szybują obok czarnych spętanych gałęzi rosnących wzdłuż chodnika więzów skrzecząc zgrzytliwie, z pełnym wydaje się złości obojętnym okrucieństwem. Sine matowe światło napełnia pokój szarością, w której wszystkie kolory pozbawione radosnej, ożywczej siły są stłumione i wyblakłe, dlatego też pokój ten jest zimny i smutny. Jej oczy łzawią, od czasu do czasu unosi do twarzy małą wyschniętą garstkę i zwitkiem chusteczki wyciera je z tą drżącą starannością, do której przyzwyczaiły ją długie lata samotności, kiedy to z każdym rokiem opór czasu wzrasta, a jego gęstniejąca sieć krępuje ruchy zmieniając je. Dawniej zręczne i szybkie, w powolne i drżące, skupione i skierowane na siebie.

Ma tylko siebie, gdyż jej odległe małżeństwo, kilkuletnie i zakończone rozwodem, nie dało owoców. Mąż, który ją zostawił dla dużo młodszej, hożej czarnowłosej śpiewaczki operowej, był kapitanem żeglugi wielkiej. Często zabierał ją w dalekie wschodnioazjatyckie rejsy, skąd przywoziła najróżniejsze pamiątki-wyroby rzemiosła artystycznego. Za jej plecami na zasnutych pajęczyną cieni ścianach wisiały martwo wpatrzone pustookie murzyńskie maski, malachitowe parasolki z wymalowanymi gałązkami kwitnących różowo magnolii, rozpostarte pawiookie wachlarze, składane przeciwsłoneczne kapelusze z opiętych kwiecistym płótnem bambusowych giętych deszczułek, ryby z balsy o zastygłych ogonach. Tuż obok białej framugi drzwi otwierających się na kwadratowy przedpokój o śliskiej lustrzanej posadzce stała serwantka pełna porcelanowych bibelotów, figurek z kości słoniowej, chińskich potworków, kryształów, zastawy do herbaty, złotych łyżeczek z emaliowanymi herbami hanzeatyckich miast. Do bocznej ściany przymocowana była malutka klatka, w której siedział zamknięty kolorowy laotański ptaszek wystrugany z drewna. Jeśli potrącić klatkę ptaszek żalił się, rozdzierające ciszę tęsknym, tropikalnym trelem tak niemiarodajnie egzotycznym w tym smutnym mieszkaniu, gdzie za ścianą złościły się wrzaskliwe mewy.

II

Po rozstaniu oddała się w dwójnasób pracy zawodowej i podróżom – tym bliższym po Europie. Skrzętnie wypełniała każdą minutą uporządkowaną, ochronną aktywnością, poświęceniem tak dobrze widzianym przez przełożonych. Była energiczna, mocno wklejona w życie, tak nierozerwalnie z nim związana, tak wypełniona planowaniem bliższej i dalszej przyszłości, że nie zauważała upływu czasu. Wydawało się jej - zresztą nie wydawało, w ogóle sobie tego jasno nie uświadamiała - że zawsze będzie biec po czystych, podmiecionych ulicach do pracy, witać się w hollu z portierem, który z szacunkiem pochylał przed nią swoją posrebrzaną głowę, wbiegać po pokrytych czerwonym dywanem schodkach i w tchnącym świeżymi konwaliami dużym, czystym gabinecie zasiadać przy zdobionym złoceniami biurku. Na jego środku stała trójkolorowa flaga wetknięta w marmurową podstawkę, na której wygrawerowane były trzy słowa: liberté, égalité, fraternité oraz małe alabastrowe popiersie Woltera dłuta Hendena. Tyle nieodwołalnych spraw czekało na załatwienie, na tyle listów trzeba było odpisać, tyle terminów uzgodnić – czyż nie jest szczęśliwym człowiekiem, któremu nie starcza dnia na wszystkie zajęcia?

Zmieniali się dyrektorzy przysyłani z Francji, najczęściej z Paryża. Byli coraz młodsi, coraz mniej dystyngowani, coraz bardziej ceniący urodę życia, a zwłaszcza urodę kobiet. Ich zainteresowanie sprawami Towarzystwa zdawało się ograniczać do godzin urzędowania, kierowali placówką bez tego zapału, bez tego poczucia misji charakterystycznego dla pierwszych lat. Rozluźnieniu uległa dyscyplina, osłabł nadzór, spóźnienia były na porządku dziennym, urywano się z pracy, by załatwiać prywatne sprawy, robić zakupy, plotkować w kawiarniach.  Nastąpiła kolejna zmiana – dyrektorem został czterdziestoletni mężczyzna, tym razem nie z Paryża, ale z Lyonu. Był przystojny i szarmancki, elegancki, nieco na pokaz, z tą fircykowatą elegancją don Juana z przedmieścia, z podkrążonymi czarnymi oczami, z jakimś wyrazem znużenia w smagłej gładko wygolonej twarzy. Odziany na zmianę w szary, bądź kremowy garnitur, z pieniącym się pod brodą fularem, skrzypiąc włoskimi butami wsiadał do żółtego kabrioletu i znikał nic nikomu nie mówiąc na kilka dni lub na tydzień. Wracał z tych wycieczek znużony, z roztargnieniem słuchał sprawozdań, wydawał niedorzeczne dyspozycje i znów gdzieś przepadał. Jego decyzje personalne wywoływały niepokój wśród starszych stażem pracowników, czuli coraz większą niepewność, coraz większy lęk przed zwolnieniem. Oto w krótkim czasie przyjęto dwie młode panny bez dobrej znajomości języka, o nikłych kwalifikacjach, ale za to z piersiami jak bliźniacze wieże Eiffla.

Ale ona nie przydawała temu wszystkiemu zbyt dużego znaczenia, chodziła cierpliwie własną drogą w kieracie surowych zasad, które nadawały sens jej życiu, które jakże różniły ją od innych. Podśmiewano się z jej rzeczowej powagi, z drobiazgowej sumienności, która zmuszała ją wieczorem wrócić do biura, aby przestawić umieszczony nie na tej półce skoroszyt, wykonać konieczny telefon, o którym sobie dopiero przypomniała.

Pewnego dnia jedna z tych panien zasiadła przy jej biurku, a ją zesłano na poddasze, do małego pokoiku z zakurzonym oknem wychodzącym na wąską studnię podwórka, ze śmietnikiem pełnym bezpańskich kotów pośrodku. Ta niewdzięczność oburzyła nawet tych, którzy się z niej podśmiewali, a ona tylko zacisnęła zęby i postanowiła przeczekać wierząc, że los się odwróci. Ale los nie miał się odwrócić.

Przyjechała do niej w lecie siedemnastoletnia siostrzenica, uczennica szkoły pielęgniarskiej, szarooka, rozkwitła w swej młodej, powabnie zarysowanej kobiecości, poruszająca się z tym bezwolnym, drażniącym zmysłowością wstydliwym wdziękiem, który wywołuje zamęt, odwraca głowy mężczyzn. Każda dziewczyna ma w młodości tylko jedno szczęśliwe lato i wydawało się, że dla niej ono właśnie nadeszło. Odwiedziła ją któregoś dnia w pracy akurat wtedy, gdy w pokoiku był dyrektor. Spojrzał na dziewczynę przelotnie i zaraz wyszedł. Poczekał na korytarzu, schowany we wnęce i kiedy zbiegała ze schodów patrzył, drżąc z naturalnego podniecenia, na jej smukłą kibić, na owinięte miękkim kwiecistym materiałem letniej sukienki pośladki, pełne biodra i uda, ładnie zaokrąglone łydki i bez chwili wahania ruszył za nią. Na ulicy ujął ją za łokieć i zaprosił do kawiarni, a ona chętnie się zgodziła pochlebiona tym zainteresowaniem przełożonego cioci, elegancko ubranego, pełnego kurtuazji Valmonta. Pojechali do centrum, a potem pospacerowali po molo. Po spacerze zamiast, jak obiecał odwieźć ją do domu, wywiózł za miasto, zatrzymał samochód na polnej drodze, między żółtymi ścianami dojrzałego żyta i próbował zgwałcić.

Nazajutrz po tym zdarzeniu złożyła wypowiedzenie. Przyjaciółka zatrudniona w kuratorium załatwiła jej pracę w miejskiej bibliotece. Półtora miesiąca później zmarł jej były mąż. Podczas spaceru po parku z dogami poczuł się słabo, usiadł na ławce, nagle odchylił głowę na oparcie, zamknął oczy…

Jego żona, której kariera rozwijała się świetnie, w swoim artystycznym życiorysie miała już występ w La Scali, wystawiła zmarłemu okazały pomnik na wzniesieniu, tuż przy głównej alei i szybko sprzedawszy dom, wyjechała do Stanów.

Pomnik ocieniał stary modrzew, którego iglaste gałęzie wisiały tuż nad umieszczoną na grobowej płycie żeliwną kotwicą. Mąż nie miał żadnych krewnych, nikogo, kto mógłby zaopiekować się grobem. Cała jego rodzina zginęła podczas bombardowania Warszawy w sierpniu 1944 roku. I ona przezwyciężając ból, który jej zadał i który wciąż i wciąż przeszywał  jej serce, odziana w żałobną czerń zaczęła odwiedzać jego grób, siadała na ławce, słuchała jak wiatr podzwania porcelanowym wiankiem zawieszonym na kotwicy, patrzyła na fotografie beztrosko uśmiechniętego młodego mężczyzny o smolistych, kędzierzawych włosach, ciemnych lśniących oczach, umieszczonym w medalionie na płycie i ze strachem stwierdziła, że go nie rozpoznaje. Była osobą wierzącą tą szczątkową wiarą, która dopływała do niej resztkami sił z dzieciństwa, ze szkolnej katechezy, z regularnego uczestnictwa wraz z rodzicami we Mszach, z bożonarodzeniowych świat. W gimnazjalnej młodości niemałą rolę w nadwyrężeniu owej wiary odegrała lektura w tajemnicy przed rodzicami „Nieba w płomieniach” Parandowskiego.

Przesycona kulturą francuską, ideami rewolucji, do kościoła chodziła rzadko, nie znajdywała w sobie potrzeby modlenia się. I tylko czasami wydawało się jej, że jeśli miałaby się modlić to o Królestwo Niebieskie. Ale zaraz ogarniały ją wątpliwości, piętrzyły się pytania: Czy miała do niego prawo, czy na nie zasłużyła, za co miałaby być w nim nagrodzona?

III

Po przejściu na emeryturę z natury aktywna, nie znosząca bezczynności, pełna niewyczerpanej energii, rzuciła się w wir różnorakich zajęć. Chodziła na posiedzenia rady miasta, aby bronić terenów zielonych przed zaborczością kupców i deweloperów, rozrastających się instytucji, które domagały się wciąż nowych biurowców, walczyła o schronisko dla zwierząt, któremu nagle odcięto drastycznie dotację, o obniżkę ciągle podnoszonych cen biletów komunikacji miejskiej, o ławki na promenadzie, o zmianę godzin otwarcia nocnych lokali w centrum. Radni dobrze zapamiętali tę kobietę o czynnym usposobieniu, jej lśniące czarne włosy, szczere spojrzenie, czysty dźwięk głosu, upiętą pod szyję broszkę z kameą z granatu, narzutę z purpurowego aksamitu obszytą sobolami. Pełnym pasji społecznikowskim zaangażowaniem, tak dziś już rzadkim, zjednała sobie wśród nich grono zwolenników.

Gimnastykowała się co rano, wykonywała cykl ćwiczeń skonstruowany wspólnie z synem przyjaciółki - nauczycielem wychowania fizycznego, ćwiczeń, które miały jej zapewnić zgrabną sylwetkę, sprawność i wytrzymałość, zachować organizm w dobrej kondycji do jak najpóźniejszego wieku. Wstąpiła do klubu turystyki pieszej i nie rzadziej niż raz w miesiącu, najczęściej dwa, trzy razy, z grupą rześkich emerytów wędrowała po otaczających miasto zalesionych wzgórzach wielokilometrowymi ścieżkami wśród zielonych gąszczy. Na polanach oparta o pień słuchała śpiewu ptaków, patrzyła, jak tam w zbłękitnianej przestrzeni nad nieruchomymi wierzchołkami drzew płyną białe, gnane wiatrem, chmury. Popadała w zadumę, w ten dziwny stan duszy, w to błogie kojące uczucie cichego szczęścia, które wywołuje w człowieku przyroda, gorący suchy zapach zrudziałej trawy, nieumilkła senna muzyka ukrytych w niej świerszczy i ptaszków, monotonne szemranie strumyka.

Zdarzyło się, że kiedyś wyszli z lasu na zalaną słońcem zbiegającą w szeroką łąkę z kopkami siana. Na skraju łąki stał zrujnowany dom z załamanymi krokwiami, z wyrwanymi oknami, otoczony zdziczałym sadem. Nad przewróconym płotem na rozwidlonej żerdzi, może dawnym oczepie, wisiał wysuszony wroni strzęp – kilka sztywnych szarych piór przyczepionych do szkieletu. Gdzież zza domu, z zarastających jego ściany łopianów i pokrzyw wybiegł lis i potruchtał z wyprostowanym poziomo ogonem w dół łąki. Usiadł przy najbliższej kopce i przyglądał się intruzom, gromadzie kolorowo ubranych ludzi, którzy zanurzeni w sięgającej im do ramion trawie zrywali jabłka. Potem wolno poszedł do zarośniętego leszczyną parowu, z którego wytryskało światło.

Kobiety napełniały jabłkami plecaki – na kompot, szarlotkę – a ona przedzierając się przez zarośla wyszła za dom i tam natknęła się na rozłożystą karłowatą jabłoń tak zdumiewająco podobną do tej, która rosła za bramą wjazdową w ich przedwojennym majątku, że aż cicho krzyknęła. Takie same trzy grube, pokryte popękaną korą konary, bezpieczne bo niewysoko wyrastające z pochylonego pnia tworzyły liściastą altanę, samotnię doskonale nadającą się do tego, by w jej ukryciu, z dala od codziennego rdestu, szkolnych obowiązków, wścibskich oczu oddawać się dziewczęcym marzeniom. Czyż to w jej ramionach, w zapachu jej kwiatów, w brzęczeniu pszczół, w przesianej przez liście kryształowo-złocistej sieci słońca zachłysnęła się poezją Leśmiana, Staffa i Tuwima. Czyż to nie z jabłonki wychylona ciekawie patrzyła na młodego, szczupłego mężczyznę w lśniących botfortach, w długim brązowym frenczu, ze szpicrutą w ręce, wskakującego do bryczki i siadającego na koźle obok jej ojca. Był to bratanek - sąsiad, zaprzyjaźnionego z ojcem otyłego, łysego geometry mieszkającego w ładnym nowym domu przy linii kolejowej. Bratanek studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim i przyjechał do stryja na kilka dni, aby odetchnąć, zebrać siły do końcowych egzaminów czekających go za miesiąc. Dzisiaj podczas przejażdżki okulał mu w przycince koń. Nie wiedząc co robić, przywiązał go do drzewa i przyszedł prosić o pomoc. W tej długiej chwili, gdy bryczka wolno mijała bramę i wyjeżdżała w aleję chciwie wpatrywała się w jego bladą o uderzającej delikatności twarz okoloną zaczesanymi do tyłu ciemnymi prostymi włosami. Mówił coś do ojca, czego nie mogła dosłyszeć wskutek drewnianego stukotu kopyt, skrzypienia bryczki, szelestu toczących się po piasku kół i tylko widziała drżącą rękę, drżące szczupłe palce, którymi poprawiał co chwilkę owiniętą wokół szyi, zupełnie nie pasującą do stroju jasnoniebieską jedwabną chustkę. Aż zakryła, przycisnęła dłonią usta, aby zdławić śmiech na widok tej chustki. A potem szybko, z gwałtownie bijącym sercem, gdy tylko bryczka zniknęła za dalekim zakrętem alei, pobiegła do swojego pokoju, rzuciła się na łóżko i bez słów wykrzyczała w poduszkę to, co przeczuwała, a czego nie była w stanie wypowiedzieć.

IV

Poczuła głód i przypomniała sobie, że sąsiadka przynosiła jej wczoraj pierogi. Wstała z fotelu, spojrzała na wiszący nad wersalką przestrzelony przez bandę w jedną z okupacyjnych nocy obraz Kędzierskiego „Dziewczyna z dzbanem” i ruszyła do kuchni. Uchwyciła dłonią wąską framugę drzwi i ostrożnie umieściwszy stopę w miękkim pantoflu na prostokątnej frotowej szmatce przeniosła na nią cały ciężar ciała. Noga raptownie pojechała do przodu, bezsilna ręka ześlizgnęła się po gładkiej desce i kobieta upadła uderzając skronią o krawędź stojącej komody.

Leży na podłodze z zamkniętymi oczami, czując potworny, przeszywający głowę ból i słucha jak radośnie i jednocześnie smutnie szczebioce ptaszek, którego klatkę potrąciła. I nagle w tym żałosnym trelu słyszy tamto dalekie kląskanie dobiegające z zamierzchłej przeszłości, która wydaje się nie mieć dna. W gasnącej, zapadającej się w wieczorną noc wyobraźni lśni tęczowo w ułamku chwili obraz tak nieprawdopodobny jak zwiedzie.

Widzi siebie szesnastoletnią jak stoi w samej tylko nocnej koszuli w pokoju jadalnym oparta o framugę uchylonego okna wychodzącego na podwórze i drżąc czeka, wypatruje przyjazdu koncypienta adwokackiego, w którym się potajemnie kocha.

Jest wczesny majowy ranek, dwór jeszcze śpi, słodko-drzewami, kwiatami, trawami – pachnie lekki chłodek wschodu. Na rosistej, połyskującej srebrzyście trawie widoczne są ciemne smugi zostawione przez koła wysłanej na stację bryczki. Za ogrodem, nad dalekimi gąszczami, które schodzą ku leśnym parowom trwa świetlista wiosenna pustka, prześwieca w niej różowiejącym zwierciadłem staw, a w nim od czasu do czasu kumka żaba. A bliżej w krzakach bzu obok starej wozowni z otwartymi wrotami, z rosnącym wzdłuż niej tarcicowych ścian łopianem i pokrzywą zadręczają się, rozdzierają od boleśnie rozkosznych pieśni, z tęsknoty za niewymownym szczęściem serca słowików.
I zapadając w nicość uśmiechała się błogo, z omdlewającym poczuciem tamtego szczęścia.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież