Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Kalina Izabela Zioła - Randka z poetą

    Zrobiło się zimno. Marta ciaśniej zawiązała wokół szyi różowy szalik i przyspieszyła kroku.
     – Nie mogę się spóźnić- pomyślała w panice.

    Cotygodniowe spotkania Koła Młodych Literatów były najważniejszymi wydarzeniami w jej szarym życiu. Sama próbowała pisać wiersze i uwielbiała wieczory, podczas których  poeci czytali swoje utwory i później dyskutowali o nich z młodzieżą. Siedemnastoletnia Marta zawsze brała udział w dyskusjach, chciała jak najwięcej dowiedzieć się o poezji i jej twórcach.

    Zdyszana wpadła do szatni Pałacu Kultury, zostawiła kurtkę i pobiegła na pierwsze piętro.

    Z ulgą stwierdziła, że spotkanie jeszcze się nie rozpoczęło. Usiadła cichutko i właśnie wtedy go zobaczyła. Był piękny. Długie ciemne włosy spadały mu na gładkie czoło, oczy płonęły dziwnym blaskiem a uśmiech sprawiał, że jej serce biło szybciej niż zwykle. Nie wiedziała, kim jest ten młody mężczyzna, ale poczuła, że z kimś takim mogłaby spędzić całe życie.

    W tym momencie prowadzący przedstawił pierwszego gościa, Adama Orskiego. Poeta, wysoki, ciemny, o ponurym i jakby nieobecnym spojrzeniu zaczął czytać swoje wiersze. Były dziwne, nie bardzo zrozumiałe, pełne cienia, śmierci i przemocy. Większość młodzieży była nimi zachwycona, Marta zdecydowanie nie. Zresztą i tak nie słuchała dzisiaj zbyt uważnie, zajęta myślami o zauważonym wcześniej nieznajomym.
    Nagle przedstawiono drugiego twórcę, Marka Słowaka. To był on! Nie tylko wyglądał jak wyjęty z obrazu Michała Anioła, ale jeszcze był poetą! Marta słuchała z zapartym tchem pięknych wierszy, które czytał. Nie mogła oderwać od niego wzroku.

    Podczas przerwy podeszła z programem w ręce, by poprosić Słowaka o autograf.

    On spojrzał na nią z uśmiechem i napisał „Zapraszam! Marek Słowak”
    – Na co zapraszasz?- spytała speszona dziewczyna.
    – Na spotkanie po spotkaniu. Idziemy wszyscy do Orskiego na winko i dalsze czytanie wierszy.

    Marta słyszała, że często po oficjalnych spotkaniach niektórzy wybrańcy kontynuowali literacki wieczór w czyimś mieszkaniu, ale nigdy jeszcze nie została na taką imprezę zaproszona. Dopiero dzisiaj, i to jeszcze przez kogo!

    Oczywiście skwapliwie przyjęła zaproszenie, żeby się przypadkiem nie rozmyślił.

    Teraz nie było już ważne, kto czytał wiersze i jakie one były. Marta nie słyszała ani jednego słowa. Myślami była przy Marku. Pójdą razem na imprezę, zaprosił przecież właśnie ją! Nie mogła się skupić, nawet nie zauważyła, że dyskusja się zakończył, tym razem bez jej udziału. Wszyscy zaczęli wstawać i przepychać się w stronę szatni.

    Marta szybko założyła kurtkę (żałowała bardzo, że nie ubrała się w coś bardziej wystrzałowego zamiast dżinsów i zwykłego sweterka) i odszukała w tłumie Marka Słowaka. Otaczała go grupka ludzi, wszyscy szykowali się do wspólnego wyjścia. Podekscytowana Marta dołączyła do nich. Poszli niedaleko, na Wiosenną, gdzie mieszkał Orski. Porozsiadali się na kanapach, fotelach i na podłodze, gdzie kto chciał i gdzie znalazł miejsce. Marcie udało się usiąść na kanapie, obok Marka. Gospodarz wyjął wino, zapalił świece i rozpoczął się magiczny wieczór.

    Młodzi poeci czytali wiersze, których nie prezentowali w Pałacu Kultury, pili wino i palili skręty, które podawano sobie z rąk do rąk. Marta nigdy nie palia papierosów, nie smakowały jej, nie chciała więc również skręta. Wino owszem, wypiła, było słodkie i rozgrzewające. Po chwili ktoś włączył radio, popłynęła muzyka. Jedna z dziewczyn, Aśka, zaczęła tańczyć na stole, wypuszczając słodkawy papierosowy dym w twarze otaczających ją ludzi.

    Zaczęło robić się jakoś dziwnie. Marta poczuła się trochę nieswojo, ale obecność Marka przesłaniała wszystko inne. Zaczęli rozmawiać, popijając wino i słuchając muzyki. Przed nimi na stole paliła się długa świeca. Wpatrzona w jej płomień dziewczyna zapomniała o całym świecie. Był przecież Marek, który od czasu do czasu dotykał jej dłoni, który patrzył na nią jasnymi, pełnymi ognia oczami i szeptał, że jest taka interesująca. Nie zwracała uwagi na innych, nie obchodziło jej nawet to, że Adam wyjął z szafy strzykawkę i robił sobie zastrzyk, proponując tę przyjemność również innym. Ona siedziała, słuchała swojego wymarzonego poety i była szczęśliwa.

    W pewnej chwili Marek pochylił się i lekko dotknął jej ust swymi wargami. Ten delikatny pocałunek rozpalił wyobraźnię Marty, chciała więcej, chciała jeszcze...

    A Marek wstał, oświadczając jej, że musi już iść.
    – Dlaczego już? Zostań jeszcze trochę – poprosiła rozczarowana.
    – Niestety, obowiązki. Naprawdę muszę iść.
    – A obiecałeś mi przecież pokazać jeszcze inne swoje wiersze. Może spotkamy się jutro i je przyniesiesz?
    – Jutro nie mogę. Ale możemy zobaczyć się w piątek po południu. Wypijemy jakąś kawkę i pogadamy. Będę w Pół Czarnej o piątej. Cześć! - I wyszedł.

    W mieszkaniu Orskiego zrobiło się nagle zimno i nieprzyjemnie. Oczy otaczających ją młodych ludzi, lekko zamglone i niezbyt przytomne, zaczęły ją przerażać. Szybko pożegnała się i pobiegła do domu.

    Wieczorem nie mogła zasnąć. Marzyła o czekającym ją piątkowym spotkaniu. Wyobrażała sobie różne warianty tej randki (bo przecież była to randka, zaprosił ją na kawę!). Myślała o tym, jak się ubierze, jak uczesze, by nie wyglądać już na taką smarkulę  Dzisiaj ją zaprosił, pomimo że była w nieciekawych ciuchach i zwykłym warkoczyku, a gdy zobaczy ją w rozpuszczonych blond włosach, miniówce i butach na obcasie, oniemieje.
    – Tak długo jeszcze do piątku – myślała - całe cztery dni.

    Nie spała prawie do rana, podniecona i szczęśliwa. Na drugi dzień podzieliła się nowiną z przyjaciółką.
    – Nie masz pojęcia, jaki on jest – mówiła z przejęciem - Wygląda jak  Lord Byron, jak Apollo! A jaki jest inteligentny!. Jakie pisze wiersze! Jaki.. i tak dalej. Buzia jej się nie zamykała. Musiała wyrzucić z siebie rozpierające ją emocje.

    Przyjaciółka słuchała, równie przejęta jak Marta. No bo przecież randka z poetą to nie byle co. Która z ich klasy mogłaby pochwalić się czymś podobnym? Z pewnością żadna.

    Cztery dni minęły na burzliwych dyskusjach i planowaniu. W czym iść? Jak się uczesać? Co powiedzieć na początku, by wydać się bardzo mądrą?

    Wreszcie nadszedł wyczekiwany tęsknie piątek. Marta, elegancka i jakby doroślejsza (to zasługa tuszu i pomadki oraz pożyczonej od mamy różowej bluzki) weszła do kawiarni. Przyszła trochę wcześniej, żeby się czasami nie spóźnić. Siedziała splatając palce i czekając na swojego poetę.

    Gdy podeszła kelnerka, zamówiła herbatę, by się czymś zająć. Mijały minuty. Było już pięć po piątej, dziesięć... Nagle otworzyły się drzwi i wszedł Marek. Marcie zabrakło tchu.  Zarumieniona pomachała ręką, przywołując go do swojego stolika.

    Młody mężczyzna zbliżył się, a za nim szła jakaś jasnowłosa dziewczyna. Marta jednak widziała tylko swojego poetę.
    – Cześć, mała. – rzucił – Wybacz, że się troszkę spóźniłem, ale zatrzymały mnie bardzo ważne sprawy.- Tu uśmiechnął się swym olśniewającym uśmiechem i obrócił do stojącej za nim dziewczyny.
    – Poznaj Basię, moją narzeczoną. Właśnie dzisiaj zgodziła się zostać moją żoną! –uradowany przytulił do siebie drobną blondyneczkę – I właśnie dlatego się spóźniłem. Właściwie chciałem wcale nie przyjść, ale obiecałem ci swoje wiersze - wyjął z kieszeni kilkanaście stron maszynopisu.

    Marta bez słowa wpatrywała się w Marka.
    – Co on mówi - myślała - To nie może być prawdą! Przecież pocałował mnie. I umówił się ze mną na kawę. I obiecał...
    – Właściwie niczego oprócz wierszy nie obiecywał - przyznała uczciwie.

    Podała Basi rękę i zamieniła z nią kilka nic nie znaczących słów. Pogratulowała obojgu zaręczyn i życzyła im szczęścia, choć pod powiekami czuła napływające łzy.
    – Wiesz, nie mamy teraz czasu, musimy jakimś winkiem uczcić dzisiejszy dzień - usłyszała tylko i zobaczyła, że Marek objąwszy ramieniem dziewczyną kieruje się spiesznie ku wyjściu.

    Marta była jak ogłuszona. Siedziała, z pustą głową i zimnymi jak lód dłońmi.

    Powoli wypiła herbatę, by się choć trochę rozgrzać, by rozpuścić twardy, zamrożony węzeł w żołądku. Potem wstała i ciężko powłócząc nogami opuściła kawiarnię.

    Na stoliku, obok pustej szklanki, został plik zadrukowanych kartek.