Maria Zdziarska - Bonus (1)

Wychodzimy z wody - pływająca razem z częścią grupy, pilotka Magda, wydała polecenie tonem zdecydowanym na tyle, by umożliwiał realizację planu wycieczki, jednak nie zakłócił pogodnego nastroju jej uczestników. Jako wytrawny pilot miała świadomość, że zarówno stworzenie pozytywnego nastroju, jak i zintegrowanie grupy, jest dla pilota bazą do jak najmniej stresującej i dobrze wykonanej pracy. By to osiągnąć niezbędne jest wysondowanie potrzeb i oczekiwań danego zespołu.

Doświadczona pilotka wiedziała więc, że dla większości osób w tej grupie równie ważna jak chęć zwiedzania jest możliwość relaksu i wypoczynku. W końcu duża część z nich wyrwała się z ciągłego zagonienia, wiecznego kontrolowania, a co za tym idzie niedosypiania, by przez te dwa tygodnie chłonąć fascynujące, albo tylko przyjemne dla oka widoki w poczuciu relaksu i przy tym z rozmachem i beztrosko korzystać z części zarobionych w ten stresujący sposób pieniędzy.
- Przy wodospadach taka rześka woda, może jeszcze z pół godzinki pani Magdo? - oponował najaktywniejszy jak zwykle Sławek.
- Może być pół godzinki, godzinka, a nawet dwie! Jednak kolacja zamówiona na dwudziestą, a mamy jeszcze 90 minut jazdy i to przy założeniu, że nie będzie korków. Potem też jest wieczór... - zakończyła obiecująco.

Gdy jedna część ekipy jak zwykle chwilę przed odjazdem zapalała kolejnego tego dnia papierosa, druga zajęła miejsca wewnątrz autokaru i bez okazywania zniecierpliwienia, w oczekiwaniu na palaczy, leniwie spoglądała za okno. Pilotka miała powody do zadowolenia jako, że atmosfera wśród wycieczkowiczów była, jak na zespół przypadkowo dobranych prawie czterdziestu dorosłych ludzi, wręcz przyjazna.

Poza innymi czynnikami znaczący wpływ na ten stan miał perfekcyjnie opracowany program wycieczki, właściwie dawkujący oczekiwaną przez turystów porcję wrażeń.

Tego dnia w programie było zwiedzanie stanowiska archeologicznego, którego największy rozkwit przypadł na VII wiek, czyli Palenque. Pilotka posiadała oprócz rozległej, szczegółowej wiedzy na ten temat, umiejętność wprowadzania grupy w nastrój niesamowitości, wręcz metafizyczności, co skutecznie wykorzystywała zarówno podczas prezentacji piramidalnych świątyń, jak i całego spaceru po powstałym prawie dwa tysiące lat temu mieście Majów.

Gdy już wycieczkowicze poczuli się zanurzeni w pełnej tajemniczości prekolumbijskiej historii, w ciągu półtorej godziny, gdyż tyle trwała jazda autokarem, nastąpiła całkowita zmiana scenerii, bo zgodnie z programem zmierzali w stronę wodospadów Aqua Azul, które w programie były reklamowane jako „miejsce, które zachwyci każdego ze względu na zachwycające warunki przyrodnicze i widokowe”. Już po dotarciu na miejsce ujrzeli widok, który faktycznie był potwierdzeniem tej reklamy. Autokar zatrzymał się w jednak w takim miejscu, że aby dojść do widocznych z daleka wodospadów należało przejść promenadą wzdłuż której miejscowi pootwierali mnóstwo knajpek na świeżym powietrzu i bajecznie kolorowych straganów z pamiątkami, jak i  lokalnymi przegryzkami.
- I jak tu nie odchudzić portfela, skoro tubylcy w tak perfekcyjny sposób wykorzystali koniunkturę, którą zawdzięczają scenografii jaką stworzyła przyroda - z niekłamanym podziwem komentował Sławek, który swoją biznesową karierę zaczynał dwadzieścia kilka lat temu handlując czym się dało ze składanego łóżka na nadmorskich deptakach.

Po takich atrakcjach dnia przyszedł czas, w którym pozytywnie nastawiana do świata i ludzi grupa siedziała w komplecie na wyznaczonych pierwszego dnia wycieczki miejscach w autokarze.

Intensywny program dnia sprawił, że Agata poczuła się wyczerpana na tyle, by zapragnąć wyciszenia jednak wiedziała, że na spełnienie tego pragnienia nie ma co żywić dużej nadziei, jako że miejsce bezpośrednio za nią przypisane zostało już pierwszego dnia Sławkowi, który mało tego, że wyróżniał się ponadnormatywną ekspansywnością, obdarzony został mocnym, tubalnym głosem.

Poza opisanym narzędziem mowy Sławek charakteryzował się silną sportową sylwetką, która była efektem systematycznego wysiłku i litrów wylanego potu, o czym z dumą informował siedzących z przodu, z tyłu i tych obok. Inną cechą, którą go wyróżniała, była zupełnie łysa głowa o czaszce tak płaskiej, że kształtem przywodziła na myśl tłuczek kartoflany. Może te cechy nie byłyby aż tak zauważalne, gdyby każdego dnia obok niego nie zasiadała delikatna blondynka o imieniu Wioleta, która okazała się jego poślubioną sześć lat wcześniej, trzecią, żoną. Poza wyglądem kontrastującym z mężowskim, Wioletka zadziwiała grupę sposobem w jaki patrzyła na męża, w którym można było odczytać jeśli nie uwielbienie, którego niektórzy się dopatrywali, to na pewno pełną akceptację mężowskich zachowań, na czele z tymi zawłaszczającymi przestrzeń jeśli nie publiczną, czyli w tym przypadku - autokarową.

Sławek, zgodnie z przewidywaniami Agaty, zaraz po zajęciu miejsca wyraźnie poczuł się zobowiązany do przekazania grupie odczuć jakich doznawał spacerując po Palenque, które wygłosiwszy gładko przeszedł do wyjątkowo przyjaznej, według niego, dla ciała temperatury wody, lejącej się z wodospadów, pogody i wszystkiego, co przeżywał w związku z tym dniem, a co według niego było warte podzielenia się z liczącą trzydzieści dziewięć osób grupą turystów. Dla matematycznej ścisłości dodać do tej liczby należy pilotkę, a pominąć kierowcę, bo ten nie mógł być słuchaczem wynurzeń Sławka, jako że po polsku znał tylko trzy zwroty czyli; proszę, dziękuję i ku tradycyjnej radości wycieczkowiczów – k… mać.

Wszystko co w charakterystyczny dla siebie sposób werbalizował Sławek, było podszyte takim rodzajem humoru, który część słuchaczy bawi, część niegroźnie wkurza, a część wręcz rozdrażnia. Jedno pewne - był osobą, na którego manifestacyjną wręcz obecność trudno pozostać obojętnym
- No to po kielonku - ręka Sławka przecisnęła się miedzy fotelami na tyle sprawnie, że pomimo, iż jednorazowy kieliszek napełniony był prawie po brzeg, nie spadła nawet jedna kropla. Michał zawahał się czy odmówić, ale mając kilkunastodniowe doświadczenie w małej skuteczności takiego posunięcia przejął naczynie.                             
- Nie pij przed posiłkiem, bo może ci zaszkodzić – taką reakcją Agata nie zaskoczyła męża, ani siedzących na tyle blisko, by słyszeć wypowiadany przez nią komentarz.
- Daj raz fory Michałowi; to już chyba dwunasty dzień, a on ciągle trzeźwy. Trzeźwym to trzeba być w robocie, a na wyjeździe luzik. - Sławek lubował się we wtrącaniu słówek, które przejmował od swojego dwudziestoletniego syna z drugiego małżeństwa.
- To dla twojego dobra Agatka – kontynuował - inaczej Michał będzie ciągle spięty i guzik z niego będziesz miała a nie pożytek - tu zaśmiał się rubasznie kierując wzrok w stronę Wioletki.

Ta zachichotała potakująco.

W tym momencie z prawej strony wyłonił się czujny jak zwykle Andrzej.
- No widzę, że tu aperitif, to ja też nie z pustymi rękami - to mówiąc pokazał trzymaną w ręku butelkę wódki przywiezioną chyba jeszcze z Polski.

Michał poczuł się pewniej. Agata wyraźnie polubiła Andrzeja, który był typem gawędziarza, ale w odróżnieniu od Sławka wybierał małe audytoria. W Agacie Andrzej znalazł zainteresowanego i przy tym życzliwego odbiorcę opowieści o ekscytujących sytuacjach, w których uczestniczył w czasie, gdy pracował w dziale śledczym komendy stołecznej policji (najpierw sądząc z jego wieku milicji) i tych bardziej osobistych: o trudach samotnego ojcostwa po śmierci młodej żony. Przeplatał ten poważny wątek różnymi zabawnymi historyjkami z tamtych czasów, by nawiązać do dnia, w którym po kilku latach tych samotnych rodzicielskich zmagań poznał towarzyszącą mu w tym wyjeździe Olę, z którą właśnie obchodzili dziesiątą rocznicę ślubu.

Po tych opowieściach czasami Agata wieczorem nawiązywała do jakiegoś zasłyszanego w ciągu dnia wątku.
- Co ty tak wierzysz w każde jego słowo? Bond się znalazł. Takie ma gadane, że jestem pewien, iż ten niby wydział śledczy to była zwykła służba bezpieczeństwa. Gdyby był śledczym, to by niewiele mówił tylko obserwował, a ubecy byli szkoleni do takich nawijek, które miały przez stworzenie wrażenia bliskości doprowadzać do coraz większego otwierania się złowionego delikwenta - tonował zachwyty żony Michał.
- Ale on mnie o nic nie wypytuje - broniła Agata.
- Bo już teraz nie pracuje, ale pozostał mu nawyk takiej niby szczerej gadki - nie odpuszczał .
- Czy ty jesteś zazdrosny? Chyba widzisz jak urodziwą kobieta jest jego Ola - z wyraźną nutą kokieterii zakończyła wymianę zdań żona.

Nie próbował zaprzeczać; Ola była równie atrakcyjną kobietą jak Wioleta, łączyło je jeszcze to, że była również wyraźnie młodsza od męża, a różniło to, że odróżnieniu od Wiolety, która miała figurę, można by rzec, modelki, kształty Oli można było określić jako apetycznie obfite, co nijak nie odbierał jej uroku.

Jeśli wzajemne zachowanie tych par w czasie wycieczki było odwzorowaniem ich codziennych relacji, to oba związki wymykały się powszechnie przyjętym stereotypom o tym, że ludzie z taką różnicą wieku i na dodatek, gdy partnerzy wyraźnie różnią się atrakcyjnością fizyczną łączą się w pary z obopólnego wyrachowania.

Agata na równi pochłonięta czerpaniem wrażeń wynikających stricte z programu wycieczki jak i obserwacjami wycieczkowych stosunków międzyludzkich, w tym przede wszystkim damsko-męskich, niemalże każdego wieczora, gdy po turystycznie i towarzysko zakończonym dniu zostawali sami w pokoju hotelowym, relacjonowała mężowi spostrzeżenia i odczucia z każdej z tych dziedzin. Michał z właściwym sobie dystansem uczestniczył w wieczornym wyrzucaniu przez Agatę potoku słów uznając, że żona nadrabia zaległości realizowania potrzeby kobiecego werbalizowania przeżyć z całego dnia. Gdy Agata mówiła, mówiła, mówiła - mąż zazwyczaj skupiał się na swoich męskich potrzebach, a na tym wyjeździe było to przeglądanie zdjęć w aparacie i kasowanie tych, które w ogromie wypstrykanych codziennie, bez zbytniego wczuwania się w precyzyjne kadrowanie fotografowanych obiektów czy widoków uznawał za niegodne trzymania na karcie fotograficznej. Gdy żona po swoim długim monologu zadawał po raz któryś - jak podkreślała - pytanie o jego refleksje na temat omawianego przez nią wątku ten niezrażony z nostalgią w głosie odnosił się do czasów, gdy jeździli na wycieczki z analogowym Zenitem i dwiema rolkami fotograficznymi po 36 klatek każda.
- Pamiętasz jak w Wenecji płynąc po Canale  Grande, mieliśmy ostatnie dwie klatki w aparacie i  z godzinę czekaliśmy by zrobić zdjęcie, gdy choć na moment  rozproszą się chmury, zamiast tego zaczął padać deszcz co zostało uwiecznione na jednym ze zdjęć, na którym kulimy się do siebie przemoczeni w gondoli? - wspominając, podał żonie aparat, by sama zadecydowała, które dwa z trzech prawie identycznych zrobionych pod Świątynią Inskrypcji skasować.

Michał miał świadomość, że te ich wieczorne rozmowy są raczej, jak to żartobliwie określał, monologami ze słuchaczem, jednak po tylu latach małżeństwa nauczyli się akceptować taką swoistą formę komunikacji.
- Zejdę na dół zapalić. Schodzisz ze mną?
- Przecież widzisz, że już umyłam głowę i muszę coś zrobić z włosami, więc po co pytasz? Poza tym czy musisz palić, przecież miałeś rzucić? - w głosie Agaty wyczuwał lekką irytację.

Niezrażony rzucił - no to idę - i wyszedł.

Przy hotelowym basenie, jak co wieczór, zasiadła kilkunastoosobowa grupa polskich turystów. Większość sączyła drinki zamówione w hotelowym barze, co wzmacniało urlopową, przyjazną atmosferę. Michał nie zamierzał pić, ale aby nie wypaść na sknerę – Agata chyba zrozumie -zamówił drinka i dołączył do siedzących. Jak zwykle w takich momentach znalazł się ktoś kto wykorzystał, że może wreszcie być słyszalnym bo - Sławek zaległ, po zbyt intensywnym nasłonecznieniu - jak mówiła Wioletka, chociaż i tak wszyscy wiedzieli, że odsypia całodniowe drinkowanie i zabawiał grupę opowiadając dowcipy, ktoś następny analizował podobieństwa i różnice nawiązując do innych wyjazdów w inne miejsca świata, jednak równie, a może nawet bardziej prestiżowe. Do takich wyliczanek dołączali się zazwyczaj inni z siedzących, bo każdy już gdzieś był, coś widział, coś zaliczył, a jeśli nie to wolał nie wychylać się z taką nikomu do niczego nie potrzebną szczerością. W takich turystycznych klimatach upływało kilkadziesiąt minut w czasie których liczba siedzących; czasami przy basenie, innym razem w holu hotelowym, malała sukcesywnie, aż ostatni udali się do pokoi. Bywało też, że przy późno-wieczornym drinku ktoś rzucał hasło nawołujące do spenetrowania miejscowych knajpek i wtedy ci wzmocnieni właściwą liczbą drinków, albo zwyczajnie najwytrwalsi, wyruszali na poszukiwania miejsc do poznania lokalnych klimatów, a czasami i potańczenia, by następnego ranka odsypiać nieprzespaną noc w autokarze. Tym razem nikt z taką propozycją się nie wychylił, pamiętając o konieczności wyjątkowo wczesnej pobudki.

Michał wrócił do pokoju i po krótkich zabiegach higienicznych wślizgnął się do łóżka, w którym Agata już smacznie spała.

Po spokojnie przespanej nocy, mając parodniowe doświadczenie co do jakości serwowanych śniadań, zeszli na śniadanie ledwie pół godziny przed umówionym odjazdem autokaru. Jak co rano podano coś co na przylepionym na drzwiach menu nazwane było po angielsku - jajecznicą. Jajecznicę przypominało tylko kolorem, bo zarówno smak, jak i konsystencja odbiegały od przywiezionych z Polski wyobrażeń o tej potrawie. Do żółtej mazi na śladowej bazie jajek albo jakiegoś substytutu o jajecznym smaku, jednakże niewiadomego składu i pochodzenia, podano gumowate pieczywo, a do picia kawę z ekspresu zdecydowanie bardziej przezroczystą od takiej, do jakiej przywykli. Wszyscy z grupy wiedzieli, że tak serwowane śniadania wliczone w cenę pokoju były sposobem właścicieli na minimalizację kosztów. Sposób był mało marketingowy, ale przy ubogiej bazie hotelowej w niektórych rejonach Meksyku, widać ciągle się sprawdzał. Każdy z wycieczkowiczów radził sobie jak potrafił czyli albo wspomagał się produktami zakupionymi wcześniej w małych miejscowych sklepikach, albo w skrajnych sytuacjach wymuszano na pilotce dodatkowy „śniadaniowy” postój przy jakimś przydrożnym zajeździe. Najważniejsze, że nawet ta mało komfortowa sytuacja nie zaburzała pogodnej atmosfery turystów.

Jak zwykle po śniadaniu  większość grupy bez zniecierpliwienia czekała wewnątrz autokaru na moment, gdy cały pojazd się zapełni i ruszą w trasę.
- Jeździmy na wycieczki od wielu lat, ale tak zgodna ekipa nie trafiła nam się nigdy wcześniej - powiedziała do Michała Agata, zapewne świadomie, na tyle głośno, by słyszeli ją wszyscy, którzy znajdowali się już wewnątrz autokaru
- Nie zapeszaj, jeszcze wycieczka się nie skończyła - żartował Sławek, jednocześnie kierując, z nieskrywaną przyjemnością, wzrok w miejsce, w którym Wioletka ubrana w filetowe szorty siedziała na jednej z ławeczek wystawiając długie nogi na działanie promieni rannego słońca.
- Za minutę na miejscach! Przez palaczy mamy dziesięć minut opóźnienia - mówiąca to pilotka sama zachłannie wciągała dym z kończącego się  papierosa.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież