Zuzanna Cywińska - Slamowa sytuacja

Poznań, Klub Dragon, literuFKA, slam poetycki. Zaczęło się w lutym, trwało do połowy kwietnia. Codwutygodniowe zgromadzenia czwartkowe trwające przez trzy miesiące zostały zorganizowane przez Fundację Kultury Akademickiej. Kultury. Wybrałam się na dwie takie imprezy. Zawsze przed kulturalną walką na poezję swój występ mieli zapraszani przez FKA znani poeci lub prozaicy z życia wzięci.

Pierwsza w programie była Julia Szychowiak. Nie znałam jej twórczości wcześniej, więc spotkanie autorskie pozytywnie mnie zaskoczyło. Poezja Julii była oparta na rozmowach przeprowadzonych przez nią z jej ojcem - dialogi z humorem. Następnie odbył się wysoce artystyczny slam poetycki - pojedynek między wierszopisarzami, który miał zabarwienie czysto estetyczne. Prawdziwa uczta dla duszy! Poeci in spe recytujący prawie aktorsko swe wiersze dawali pokaz nietuzinkowych umiejętności. Popisowym numerem niemal każdego performera było nagromadzenie rymów świętokrzyskich w przejmująco poważnych i życiowych ąuasi-dziełach literackich. Zasada była taka, jak w swoistym pojedynku: każda para artystów walczyła między sobą na wiersze, a publiczność podnosząc białe karteczki decydowała, który twórca ma przejść do kolejnego etapu. Tak więc każdy występ nagradzany gromkimi brawami kończył się głosowaniem na tego, którego wiersz bardziej urzekał formą i przekazem jakże głębokim i prawdziwym. Ten wieczór czwartkowy skończył się sukcesem dla jednego z najlepszych zgromadzonych tam wierszopisarzy, któremu uroczyście wręczono banknot o nominale całych stu złotych. Wygranego poetę lud docenił za swoistą grę rymów najwyższej jakości: ABAB. Niestety nie miałam możliwości uczestniczyć w tym radosnym zdarzeniu osobiście, bo wyszłam z Dragona zawczasu z grupką znajomych i browarem w dłoni.

Na miesiąc dałam sobie spokój z braniem udziału w tego rodzaju kulturalnych zdarzeniach, ale postanowiłam wrócić. Wrócić, może z nadzieją, że nie jest tak, jak myślę, że jest. Trzydziestego marca ponownie odwiedziłam ten klub, tym razem z kolegą ze specki artystyczno-literackiej, który odważył się przynieść swoje wypieszczone wiersze, hermetyczne może dla tych, co w zachwycie wzdychają do bogów poezji świętokrzyskiej. Przed kultowym już poezjopojedynkiem występował szanowany poeta Maciej Robert. Tłumów nie było, z tyłu zaciemnione miejsce z fortepianem stało puste. Jednak w momencie, gdy popis znanego twórcy zmierzał ku końcowi, w bocznych drzwiach pojawiła się żulia z dzielni ubrana w dresowe bluzy i spodnie. Pokój zaczął się zaludniać. Poeta opuścił salę przy skąpych brawach. Teraz miało się zacząć prawdziwe zdarzenie artystyczno-literackie.

Zasady pojedynku takie, jak poprzednio. Pierwszy występował kolega P. ze specki, a jako że chodził na zajęcia ze sztuki pisania poezji, wiedział, how it's done. Jednak jego wiersze niesztampowe, z drugim dnem, ironiczne, z dużą dozą dystansu do siebie i odbiorców okazały się niewłaściwe na ten rodzaj slamu poetyckiego. Skonfrontowanie zbyt hermetycznych (dla widowni tak obeznanej w sztuce i poezji) wierszy P. z poezją konkurenta nasyconą patosem i wulgaryzmami (bo tylko to widocznie może szokować) skutkowało wymachiwaniem kilkunastoma białymi karteczkami na chwałę wierszopisarstwa P. Występowali kolejni, bardziej zrozumiali dla ogółu, mówiący językiem młodopolszczyzny, chwytający za serce, burzący zasady dobrego smaku za pomocą wtrąceń z łaciny kuchennej. W pewnym momencie wkroczył na scenę tak zwany król dzielnicy, przybyły na uroczystość z zastępem kołtunerii, która zgromadziła się w zaciemnionej części sali, przy i na biednym fortepianie. Grupa dwudziestukilku osobników o szemranym/podejrzanym wyrazie twarzy wpatrzona była teraz w występującego. Z jego ust sypały się potoczyste przekleństwa zrymowane ABAB z innymi wulgaryzmami, a żywy język hultajstwa zdawał się przemawiać do większości zgromadzonych. Król ulicy zdobył zaskakująco dużą liczbę białych karteczek. Oprócz całej głosującej na swojego wodza hordy dzielnicowej, prowadzący walkę też brali udział w wyrokowaniu. Zagłosowali na poetę z dzielni.

Faktem tym byłam zaskoczona, tak samo jak poezjowystąpieniami. Więcej niż zaskoczona: zdegustowana, zawiedziona może. Myślałam, że przychodząc na slam poetycki, będę mogła doświadczyć poezji nie daleko gorszej od tej ze środowiska akademickiego. Powinnam jednak wziąć pod uwagę istotną dość kwestię. Nie znajdowałam się w tamtym momencie na zajęciach z pisania poezji. Byłam na powszechnym odczytywaniu wierszy tworzonych przez ludzi z ekonomii, politechniki, ulicy. Spośród wszystkich tych wystąpień zdarzyło się kilkoro twórców z umiejętnością pisania. Okazuje się ponadto, że prowadzący, którzy zapraszali też poetów i pisarzy uznanych, nie mieli żadnego smaku estetycznego ani umiejętności rozgraniczania, bo dzielnicowy król podobał im się w równiej mierze, co szanowany twórca z wydanymi zbiorami wierszy.

Te pojedynki nadal się odbywają, chętnych i docenianych za młodopolski język jest wielu. Z talentem - niewielu. Ci, co przedstawiają rzeczywistość w sposób niecodzienny, z dystansem i ironią, są jeszcze ciągle zaliczani do grona wierszopisarzy zbyt hermetycznych. Co zrobić z takimi slamami? Gdzie są pojedynki ludzi umiejących pisać poezję naprawdę? Nie znalazłam jeszcze takiego miejsca. Przynajmniej nie w Poznaniu.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież