Ludwik Filip Czech - Przesiewanie popiołu

Artur Tomaszewski  ma na swoim koncie 8 zbiorów wierszy. Od 1982 roku związany jest z Gdańskim Towarzystwem Przyjaciół Sztuki. Był laureatem kilku prestiżowych konkursów poetyckich, w tym Czerwonej Róży. Jego najnowszy tomik nosi tytuł "Sprzedawcy dymu". Tutaj każdy wiersz zasługuje na uwagę. Każdy jest skończoną, odrębną całością, historią rozpoczętą i opowiedzianą do końca. Wcześniejsze zbiory Tomaszewskiego grzeszyły nieco formalizmem, wiersze próbowały uwodzić podążając za metaforą.

W "Sprzedawcach dymu" mamy utwory najwyższej próby, surowe, rezygnujące z formalnych fajerwerków. Artystyczna świadomość autora jest już ugruntowana,  tożsamość pewna, relacje ze światem mniej konfrontacyjne. Poeta uważniejszym okiem spogląda na siebie i rzeczywistość - na wszechobecny blichtr, grę pozorów, puste deklaracje. W wierszu tytułowym, swoistym manifeście, czytamy:

sprzedawcy dymu
mówią długo i zawile
używają słów które niczego nie tłumaczą
swoje stragany rozstawiają jeszcze przed świtem
układając na nich owoce pełne urody
ale bez smaku
kiedy próbuję ich dotknąć
na moich palcach
zostawiają tylko kolejne
znaki zapytania

Ale świat nie jest herbertowską kołatką. Obok "tak, tak - nie, nie" słyszymy coraz częściej dwuznaczne "być może". Owe znaki zapytania, mnożą się, są pożywką dla podejrzanych alternatyw. Nic więc dziwnego, ze poeta nie ufa tak skrojonemu  światu. Jest dla niego szyty zbyt grubymi nićmi. Wybiera więc dystans, osobność, ucieka w prywatność. W rodzinny habitat. Ten jest hermetyczny, bezpieczny, kierują nim ustalone rytuały. Rodzinny dom, szafa pełna znoszonych ubrań, przedmioty codziennego użytku, to synonimy świętego spokoju, swojskości, azylu /"Nie potrafię rozstać się"/. To również miejsce wolne od dyktatury czasu. Tam umarli nadal żyją, przechadzają się po pokojach, odbijają w lustrach, uiszczają rachunki /"Mój ojciec"/. Akt zgonu nie wyklucza ich z kręgu obecnych. Tutaj domownicy tworzą prywatną historię, ustanawiają własne tabu. Ich gesty i emocje są czytelne. Uczucia - słusznie reglamentowane. Pewnie dlatego Tomaszewski nie lubi zwierząt /"Jestem złym człowiekiem"/. Te bowiem sankcjonują przypadkowość w ładzie. Zaproszone do rodzinnego kręgu nie przestrzegają zasad, wprowadzają zamęt, burzą harmonię. Są tym, czym nożyczki dla wstążek gorsetu . Przytoczę w całości wiersz - "Samotność":

telefonuję do domu
chociaż wiem że nikt nie odbierze
żona jest w pracy
dzieci poszły do szkoły
a teściowa ogląda swoje ulubione seriale
dzwonię tylko dlatego żeby
usłyszeć znajomy głos telefonu

Przesadą byłoby twierdzić, że Tomaszewski unika świata. Że toczy z nim wojnę. Chociaż ten bywa czasami swoistą linią frontu /"Do domu wracam"/, to jednak poeta wie, że nie jest samotną wyspą. Że musi  być jego częścią. Zniesmaczony wielkomiejskim gwarem, podejrzanymi koneksjami, dwuznacznością moralnych kodeksów - wybiera bezpieczniejszy obszar - koncentruje się na naturze. Tam instynkt i harmonia stanowią jedność, prawa są odwieczne, zasady czytelne. Leżąc w wysokiej trawie, nad brzegiem rzeki, podziwiając leniwie przepływające obłoki, staje się częścią pierwotnego porządku. Wnika w nieskalany krwioobieg - barw, dźwięków, zapachów. Nagle społeczne hierarchie stają się ułudą, świat karier- groteską, współczesne trendy- zatrutym pucharem. Te prowincjonalne podróże są dla poety nie tylko ucieczką. Są czyśćcem. Autor wyraża nadzieję, że jego azyl oprze się skutecznie walcowi cywilizacji. W "Nadziei" czytamy:

znowu jestem w S.
minął rok
a tutaj nic się nie zmieniło
te same drzewa
które codziennie tracą włosy liści
trawa przypalona słońcem
krzaki bzu które nie dają upragnionego cienia
i miejsce nad rzeką
na szczęście jeszcze nie zajęte
mam nadzieję że za rok
będzie tak samo

W utworze "Moje wiersze urosną w górę popiołu" autor podważa sens własnego pisania. Jest rozczarowany aktem twórczym, jego rezultatami. Nie ufa własnym kompetencjom. Jako praktykujący katolik wierzy w łaskę zmartwychwstania. Jako poeta porównuje swój literacki dorobek do góry popiołu. Nie wierzy w jego zmartwychwstanie po latach. Żyje więc między chrześcijańskim sacrum a literackim profanum. Taka dychotomia rodzi wewnętrzne konflikty, nie sprzyja samoocenie. Utrudnia nawet nakreślenie własnego życiorysu /"Od kilku dni próbuję napisać życiorys"/. Ale właśnie z niej bierze się uważność artysty, ciągłe podnoszenie poprzeczki, wyśrubowana skali wymagań. Bywają chwile, kiedy rozczarowany porzuca pisanie, zapada w poetycki letarg, by po chwili znowu podjąć literacki trud, na nowo uczyć się alfabetu. W wierszu o tym tytule czytamy:

ile razy
umierała we mnie poezja
usychała jak gałąź odrąbana od pnia
przestawały w niej płynąć soki metafor
piasek wypełniał wnętrzności
w chwili kiedy myślę że już nie
napiszę żadnego wiersza
biorę do ręki ołówek
i znowu zaczynam od pierwszej litery alfabetu

Tomik "Sprzedawcy dymu" jest rodzajem poetyckiego rozrachunku. Wnikliwą oceną własnych, dotychczasowych dokonań. Inne motywy zeszły tutaj na dalszy plan. Moim zdaniem - z korzyścią dla książki. Autor przekroczył kolejny próg własnej prywatności, uwiarygodnił tę publikację, wzbogacił emocjami. Ukazał się czytelnikowi w pełnym, dramatycznym wymiarze. Pozostaje czekać na kolejny jego zbiór.

Książkę polecam.

 


Artur Tomaszewski, Sprzedawcy dymu, Wydawnictwo "Bernardinum", Pelplin 2017, ss.66.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora