Lesław Czapliński - Do kuli ostatniej

W czołówce filmu Konrada Łęckiego „Wyklęty” lektor, niczym w napisach końcowych „Wspaniałości Ambersonów” Orsona Wellesa, odczytuje na głos listę wspierających jego powstanie. Poza tym zostaje on ujęty w ramy czasowe. Otwiera go rozgrywający się w 1920 roku prolog, wskrzeszający sielską wizję dworku, przed którym rodzina żegna męża i ojca (syn okaże się potem tytułowym bohaterem), który udaje się na wojnę z bolszewikami, którzy po z górą dwóch dekadach powrócą w osobach enkawudzistów, doradców polskich ubeków.

Wyjeżdżający lekceważy jednocześnie stojącą z czapkami w rękach służbę i włościan. Nie zdziwi zatem, że w dalszym ciągu opowieści lud odwróci się od „pańskich” leśnych ludzi niczym od szlacheckich powstańców styczniowych, bo walczą o Polskę, która nie była ich ojczyzną (kręcone prawdopodobnie w skansenie wiejskie sceny z prymitywnymi chatami).

Zamyka natomiast współczesny epilog o publicystycznym zacięciu, przywołujący szydercze podejście dzisiejszych przeciwników politycznych do sprawy rehabilitacji powojennego podziemia niepodległościowego (wystąpienie w telewizji posłanki, wyraźnie stylizowanej na pewną charakterystyczną pod względem wyglądu i sposobu mówienia polityczkę lewicy), czemu przeciwstawione zostaje pośmiertne odznaczenie bohatera filmu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wręczającego je synowi, granemu przez Macieja Rayzachera, znanego opozycjonisty z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Przy okazji jeszcze raz zaznaczę swoją wątpliwość co do mniej lub bardziej nieudolnego odtwarzania poprzez charakteryzację współczesnych postaci, znanych z mediów, zamiast włączenia – wzorem na przykład Andrzeja Wajdy – odpowiedniego, dokumentalnego materiału archiwalnego.

Historia głównego bohatera przedstawiona zostaje w formie retrospekcji, kiedy jako ostatni bojownik tegoż podziemia, jest coraz bardziej osaczony i ścigany niczym dzikie zwierzę, a zarazem osamotniony, poruszając się w obojętnym czy nieprzyjaznym otoczeniu, mający przeciwko sobie wszystko, nawet klimat i pogodę, w czym przypomina do pewnego stopnia bohatera filmu Carola Reeda „Niepotrzebni mogą odejść”. A także futurospekcji, gdy jeden z ubeków stanie po latach przed sądem, oskarżony o stosowanie przemocy, a którego zeznania podważy dalsza akcja filmu, ukazując wydarzenia z przeszłości z jego udziałem.

Autor „Wyklętego” dokonuje przy tym ahistorycznej projekcji wewnętrznych podziałów w bezpiece, przyjmując za klucz tytuł sławnego eseju Witolda Jedlickiego z paryskiej „Kultury” z lat sześćdziesiątych, a odnoszący się do dekady go poprzedzającej, czyli „Żydów i chamów”, kiedy nie nazwany z nazwiska minister, pociągając przy tym z gwinta wódkę, zapytuje o obecność zawezwanych na naradę „chamów” właśnie, a więc polskich ubeków (później nazywanych partyzantami z kręgu Mieczysława Moczara), a tamci, czekając nań, zastanawiają się z kolei, co takiego znowu gotują im „icki”? Paradoksalnie jednak wspomniany minister z twarzy i sposobu bycia kojarzyć się może raczej ze sposobem przedstawiania w poprzednim ustroju hitlerowskich, gestapowskich oprawców. W dalszym ciągu powróci jeszcze wątek niewdzięcznego Żyda Baumana (czyżby przypadkowa zbieżność nazwisk?), uratowanego przez bohatera z getta, a obecnie usiłującego podstępem zwabić go i pojmać.

Role są bowiem z góry rozdane i zadane. Z jednej strony mamy herosów bez skazy, z drugiej wyłącznie maniakalnych sadystów, bez umiaru chlejących samogon (podczas spotkania z przemierzającymi kraj, niczym pruskie wojska przedrozbiorową Rzeczpospolitą w „Diable” Andrzeja Żuławskiego, na własną rękę enkawudzistami), a z polszczyzny znających i wykorzystujących wyłącznie wulgaryzmy. Na dodatek często filmowanych przy okazji oddawania moczu czy zgoła w sytuacjach defekacyjnych.

Gdy nie ma starcia racji, nawet gdy druga strona ustępuje głównej, czego domagał się Arystoteles, to nie mamy wtedy do czynienia z tragedią, lecz jedynie z krwawą jatką. A epatowanie okrucieństwem okazuje się obsceniczne, by nie rzec pornograficzne – mamy zresztą drastyczną scenę gwałtu ubeków na żonie bohatera– swą schematycznością stanowiąc swoisty krwawy balet, choć nie zawsze starannie odtworzony w zakresie realistycznych detali, na który złoży się nawet, niczym w „Wołyniu”, odrąbywanie dłoni podstępnie ujętemu dowódcy oddziału. Torturowanie i zadawanie cierpienia wydać się może niemalże sposobem komunikacji ze strony ubeków, a zabijanie wręcz działaniem rutynowym. W rezultacie zamiast wzruszać, z czasem film raczej czyni nieczułym na nagromadzenie obrazów sianego gwałtu i terroru.

Dopiero wprowadzenie wątku erotycznego, rozwijającego się na przekór nieprzyjaznym okolicznościom, uczłowiecza świat przedstawiony w „Wyklętym”. A zatem film przezwycięża dotychczasowy schematyzm, gdy obraz ówczesnej rzeczywistości staje się bardziej złożony i zniuansowany wraz z pojawieniem się pewnych wątpliwości co do celowości dalszej walki, ukazaniem i własnej brutalności (wykonanie wyroku na domniemanym donosicielu, granym przez Piotra Cyrwusa) oraz dającymi znać o sobie, wspomnianymi na początku antagonizmami klasowymi (rolnik przeganiający bohatera z własnego pola, gdy ten wygrzebywał ziemniaki), choć nie do końca wiadomo czy w pełni zamierzonymi?

Powiew sztuki wnoszą starzy aktorzy: Olgierd Łukaszewicz jako wątpiący w zbrojny opór dawny komendant (czyżby pierwowzorem był generał Fieldorf?), Leszek Teleszyński jako lekarz z ziemiańskiego środowiska, na co wskazuje wyposażenie jego mieszkanie, udzielający pomocy bohaterowi, kiedy natyka się nań, przejeżdża samochodem przez las. Przede wszystkim jednak Ignacy Gogolewski jako wspomniany już sądzony ubek. Wypowie on znamienne słowa, że „kto wtedy nie żył, tego nie zrozumie”. Aktorzy ci wiedzą bowiem, że ich zadaniem jest obrona granych postaci i dbanie o ich wiarygodność, a nie manifestowanie własnej oceny obywatelskiej, co należy już do reżysera i to najlepiej poprzez odpowiednie rozegranie wydarzeń, pozostawiające ostateczne konkluzje widzowi.

Reszta aktorów, mieszając porządki, poprzez swoją grę ocenia i potępia odtwarzane postacie, nadając im jednoznacznie psychopatyczne i prymitywne rysy.

Szkoda, że filmu tego nie nakręcił Ryszard Bugajski, z jednej strony specjalizujący się w przywoływaniu realiów i dylematów z tamtych lat i wynikających z tego konsekwencji („Przesłuchanie”, „Generał Nil”, „Zaćma”), z drugiej potrafiący w należyty sposób wyważyć wymowę faktów, a także zadbać o bardziej złożony psychologicznie wizerunek postaci.

 


„Wyklęty”.
Scen. i reż. Konrad Łęcki.
Zdj. Karol Łakomiec.
Muz. Szymon Szewczyk.
2016.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora