Lechosław Trubicki - Burza

W to lipcowe popołudnie uwijano się w firmie tak jak zwykle. Pokój, w którym pracowano, nie był duży. W starym budownictwie poniemieckim z czerwonej cegły pracowano w owym wydawnictwie, tak jak to miało miejsce kiedyś, przed wojną, chociaż były to lata osiemdziesiąte dwudziestego wieku. Kilkoro ludzi, wśród nich Tadeusz, siedziało przy biurkach pochłoniętych swoimi zajęciami.

Tego letniego dnia było ciepło i duszno, tak jak to często bywa o tej porze roku. Ludzie pracowali w milczeniu. Pogoda dawała się wszystkim we znaki. Coś, jak to się często mówi, wisiało w powietrzu. Panowała głęboka cisza, aż tu nagle zaczęło słychać zrywające się podmuchy wiatru. Wiało coraz silniej i po chwili zaczęła się ulewa, rozpętała się gwałtowna burza. Lało i wiało coraz potężniej. Strugi deszczu uderzały z łoskotem o szyby. Wydawało się, że nastąpiło oberwanie chmury.

Wtem jedna z pracowniczek, młoda dziewczyna, podeszła do okna. Stanęła zauroczona żywiołem i patrzyła z zachwytem na to, co się za szybą działo. Wszyscy inni pracownicy nie zwracali na nią specjalnej uwagi. Kiedy tak stała i patrzyła, nagle potężny podmuch wiatru uderzył w stare dwuskrzydłowe okno. Okno gwałtownie i z hukiem otworzyło się. Jeszcze moment i wiatr wyrwałby je z ram uderzając w tę kobietę. Jeden ze starszych pracowników, który miał biurko pod ścianą z drugiej strony pokoju nieopodal tego okna, zorientował się w sytuacji. Skoczył i chwycił obydwiema rękami okno za środkową ramę i próbował je zamknąć. Wiatr jednak znów uderzył ze zdwojoną siłą. Pracownik nie był w stanie utrzymać okna.

Tadeusz  w okamgnieniu zorientował się w grożącym niebezpieczeństwie i widząc, co się dzieje, błyskawicznie zerwał się znad biurka. Zaczął biec obok innych biurek  wąskim przejściem pomiędzy nimi. Wykonawszy karkołomną ewolucję, tak jakby wbiegał pod górkę, przy czym na końcu drogi wskoczył na drewniany parapet. Uderzył wewnętrzną częścią dłoni w środkową framugę, tak że metalowy bolec, który wyskoczył z zapadki w górze okna, wskoczył na swoje miejsce i udało się im obydwu zamknąć okno.

Młoda kobieta wróciła do biurka do siebie i usiadła na krześle. Nie odezwawszy się ani słowem siedziała nieruchomo jak zaklęta. Inni pracownicy również w kamiennym milczeniu zaczęli szmatami wycierać podłogę, jako że przez ulewę naleciało do tego pomieszczenia dosyć sporo wody.

Tadeusz wyszedł na korytarz i zapalił papierosa. Po chwili wrócił również do swojego biurka. Wszyscy nie odzywając się wcale zabrali się z powrotem do pracy, tak jakby w ogóle nic się nie wydarzyło.