Janusz Gryz - Okruchy

Popołudnie, tramwaj nabity do granic możliwości. Konduktor o młodej energicznej twarzy i falującą blond czupryną, dziurkuje z trzaskiem bilety komposterem. Siedzi on, obok tylnych drzwi na małym siedzeniu obitym dermą. Błyska swymi czarnymi, wesołymi oczami, i wychwytuje nimi w tłumie dziewczyny. Uśmiecha się do nich, mruga. Kiedy tramwaj zatrzymuje się przy ogromnym, wytwornie surowym, z pokrytymi grynszpanem z fantastycznymi rzygaczami budynku, wykrzykuje z chwacką zadziornością:

- Okopowa, kto może, niech się chowa!

Wesele we wsi Chrośka pod Warszawą. Jest już po oczepinach. Młoda para: ona - dorodna, ze wstążkami we włosach, z jędrnymi piersiami, rozpychającymi białą haftowaną bluzkę, - on - krzepki, mocno zbudowany blondyn, z twarzą prostą, szczerą. Chodzą wśród weselników z koszykiem. Panuje tu ogólna wesołość, gwar, śmiech. Muzykanci podcinają skocznie z kąta, pod oknem. Kiedy młodzi zatrzymują się przed rozpartym na krześle, śniadym, mocno podpitym mężczyzną, na drugim końcu stołu podnosi się jego chłopska matka.  Jest ona zawołaną tanecznicą, znającą mnóstwo rubasznych przyśpiewek i rzewnych piosenek. Kobieta ta ująwszy się pod boki, śpiewnie wykrzykuje ułożoną na poczekaniu rymowankę:

- On ma, on da, w milicji zarabia!

Młoda kobieta, dziewczyna jeszcze, której mąż za strzelanie po pijanemu  w kinie, został karnie przeniesiony do tego prowincjonalnego miasta na Pomorzu. Zostawiła swe trzymiesięczne niemowlę i przybiegła do sklepu na rogu, po mleko.  Kolejka jest długa, kobiety wydają się być szare, odziane w grube kwieciste chusty, patrzą na nią nieprzychylnie, prawie wrogo.  Nie śmie więc prosić o przepuszczenie, pokornie staje na końcu, pełna drżenia o swoje dziecko.

A w kolejce szepty, szepty i wreszcie któraś głośno i dobitnie:

- Suka!

Jest zimowy mroczny dzień, nad tym zgruchotanym wojną miastem.  Kanał portowy pokryty jest lodem, który skuł barki i przytwierdził je do kamiennych nabrzeży.  Dziewczyna owinięta grubą, wełnianą chustą, niesie w niej coś trwożnie. Idzie bokiem, opiera się wiatrowi, który wieje coraz silniej, od pustynnych zaśnieżonych równin za kanałem od strony morza.  Wchodzi do jednego z niewielu ocalałych budynków, wdrapuje się na piętro, puka. W drzwiach staje młody, wysoki mężczyzna w białym podkoszulku, oświetlony z tyłu gołą żarówką na drucie. Kobieta ma ściągniętą gniewem wychudłą twarz i czarne włosy zaczesane do tyłu. Odwija chustę, ma w niej schowane miesięczne niemowlę- dziewczynkę. Mężczyzna energicznie wyszarpuje dziecko i zawiesza je w wyciągniętych żylastych rękach nad czarną przepaścią za balustradą:

- Przyjdziesz tu jeszcze raz, to cię zrzucę ze schodów razem z tym bękartem!

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież