Anna Błachucka - Słowo nieciekawie wygląda na zdjęciu

Kamery, aparaty fotograficzne, komórki… Całe mnóstwo pomysłów na zrobienie zdjęcia. Wszędzie i o każdej porze. Kolorowego zdjęcia. Pod koniec czerwca byłam przypadkiem na próbie pewnej bajki przygotowywanej na konkurs. Byle jaki scenariusz, prawie zerowa dbałość o słowo. Trudno mi uchwycić sens, jeszcze trudniej przekaz. Słychać, że z dykcją tu wszystko na bakier. Dobrze, że tę bajkę czytała mi mama, potem ja swoim dzieciom… Zerknęłam do tyłu. Zachwyceni rodzice fotografują, wynajęty kamerzysta filmuje.

A jest co filmować i fotografować. Kolory, kolory, kolory… Kolorowe tło, kolorowe stroje. Rodzice zaangażowani w kupowanie, zdobywanie, projektowanie, szycie, upinanie, dobieranie, ubieranie. I wyszły potem piękne kolorowe zdjęcia. Kiedy zagadnęłam jedną z pań, o czym jest ta sztuka, ta wymownie poruszyła ramionami i powiedziała, że w tym huku to trudno się zorientować o czym. Ta sama pani potem biła brawo, cykała zdjęcia i była wszystkim oczarowana.

W pamięci mam szkolne akademie. Nauczyciel do przesady ćwiczył z nami wymowę. Siadał na widowni i mówił: – Nie rozumiem co mówisz, a co dopiero słuchacz, który zetknie się z tym tekstem pierwszy raz.

Potem szkolny ubiór i skromna dekoracja. Rodzice słuchali. Czekali na ciekawy tekst, na słowo zadumy, na żart, na opowieść. Chcieli siedzieć blisko sceny, żeby usłyszeć, żeby zrozumieć…

Tu nie chodzi o to, aby zaraz Kotlarczyk i jego teoria przywrócenia słowu należnego miejsca, kunsztu recytacji, orkiestracji głosów itp. To są jeszcze dzieci. Chodzi mi o jakąś miarę. Niech się dzieci bawią, ale niech się uczą mówić i rozumieć, co mówią. Niech jedno usłyszy, co mówi drugie. Trzeba na ten czas uciszyć ryk głośników, ograniczyć iluminację, powstrzymać kolory. Niech się uczą młodzi potęgi słowa. Musimy wypracować ciszę i spokój na wypowiedzenie, zrozumienie kwestii  na scenie, w szkole, w pracy… Trzeba  uczyć szacunku do słowa.

W takich to teatralnych sceneriach, umalowani po czubek głowy, przebrani do przesady, w girlandach sztucznych kwiatów, w klasku świateł, błysku fleszy wchodzimy w ważne momenty naszego życia, przekraczamy ważne progi w huku i zgiełku. Po szumnych weselach, przygotowywanych dwa, trzy lata następuje tyleż samo wspólnego życia i – rozwód. Jakbyśmy nie pamiętali, co mówimy, jakbyśmy nie słyszeli co sobie ślubujemy nawzajem, jakbyśmy nie rozumieli, czy nie chcieli rozumieć radości, ale jednocześnie powagi tego kroku.

Po wystawnych przyjęciach komunijnych dzieci przeliczają pieniądze i chwalą się prezentami. Następuje wielka krzykliwość i wielka chwalba, zamiast skupienia i pierwszego  zamyślenia o grzechu i łasce. Tu nie chodzi o to, aby na drugi dzień dzieci były smutne, ale by dorośli razem z dziećmi próbowali chociaż  zauważyć wielką, głębszą radość wewnętrzną wynikającą ze spotkania z Bogiem. To przecież pierwsza ocena samego siebie i rozliczenie się przed Bogiem z pierwszych  przekroczeń, z pierwszych krzywd zadanych drugiemu człowiekowi, z zaniedbań względem siebie, innych i Boga.

Mnożą się  jak grzyby po deszczu "roczki" i następne rocznice, osiemnastki, spotkania po uzyskaniu kursu, dyplomu, awansu… I byłoby dobrze, gdyby oprócz dekoracji, świateł, ubioru i jedzenia było miejsce na słowo, na refleksję, na radość ze spotkania, na poskromienie złych intencji, na szukanie w sobie dobra.

"Chodzi mi o to aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…". Takie piękne życzenie Słowackiego wesprzyjmy słuchaniem i rozumieniem tekstu, dbałością o należne miejsce słowa w naszym życiu, w życiu naszych dzieci, a wtedy kolory podkreślą jego wartość, wzmocnią, a nawet  dopowiedzą brakującą literę.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież