Marysi

 
Potwierdziliśmy - nasz dom trwa lat dwadzieścia
i pięć. Wobec ludzi, wobec Boga. Kłamaliśmy.
Nasz dom nie jest oblężony przez forpoczty czasu,
aby nadżerać tkankę otwartej przestrzeni
granicą niemożności.
Języki przemijania nie wślizgują się w iluzoryczne ściany
pleśnią rozkładu w woni świerkowych bali,
słomianych powróseł i wapiennej zaprawy.

Rumiane agresty spadły z krzaków,
wypieki ziemi schłodził deszcz kapryśny.
Linię horyzontu, gdzieś za pszczyńskim lasem,
rysują beskidzkie wzgórza.
             
Smutek określa moją miłość,
przestrzeń zagęszcza smak zmierzchu.
Czy to jest akord dysonansów,
w którym wybrzmi i przebrzmi mistyka świtu?

Zawsze mierzyła ludzi meta-miarą:
ile im żaru przybyło za młodu,
ile im żółci ubyło na starość,
ile wylali – w łasce – siódmych potów.

Ludzi mierzyła matczynym spojrzeniem,
źródłem prawiedzy, słodyczy i blasku.
Liczyła blizny, zmarszczki, chore cienie
na zdrowych maskach. Ewek, Lolków, Staszków…

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org