• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Paweł M. Wiśniewski - Posiew świeżości

    Czytając WENO WEJ! Marcina Tomczaka uderzyła mnie w nim autentyczność opisywanego obrazu. Po przejrzeniu noty biograficznej, znajdującej się na końcu książki, stwierdziłem, iż jest on jak najbardziej prawdopodobny, gdyż autor mówi o własnych przeżyciach. Silne więzi łączące go ze wsią służą jako kanwa tomu poezji, będącego jednocześnie swego rodzaju pamiętnikiem dni sielskich i dni katorżniczej pracy w polu i w gospodarstwie. Pamiętnikiem i to w znaczeniu większym niż kilka kartek zapisanych spostrzeżeniami z otaczającego świata.

    Tomczak w swej twórczości, a przynajmniej w debiutanckiej książce poetyckiej, posługuję się prostymi środkami wyrazu, nieskomplikowanymi dla czytelnika. Język utworów nie jest zagmatwany zbędną ilością porównań, parafraz, hiperboli, wielo znaczeń. Przy tworzeniu kolejnych strof wiersza, tudzież kolejnych wierszy, Przemawia zwykłym narzeczem, niemalże domowym, żywcem wzięty z wiejskiego trybu życia. Wręcz cudowne przestępowanie wersów jeden po drugim, konsolidujących się z całością tekstu, czyni go spójną jednością, nie podzieloną na wiersze, lecz jednolitą opowieścią.

    Liryczne "ja" udokumentowane w WENO WEJ! jako bohater występujący w pierwszej osobie liczny pojedynczej: "ja", "trzymałem", "brałem", "uciekałem", jest osobą wierzącą. Wiarę w Boga wynosi z domu rodzinnego, a główną nauczycielką jest Matka. Podmiot uważa się za niegodnego obcowania ze Stwórcą: "nie moją rzeczą/ było Go znać" (ZASIEW). Innym jednak razem wspomina, że: "w wiejskich kościołach wspinaliśmy się/ po szczeblach mistycznej drabiny" (SIANOKOSY). Wiara, Bóg, przejawiający się w wierszach Tomczaka nie są przytłaczające, raczej stanowią, z jednej strony dodatek do historii, a z drugiej, mają za zadanie pokazania czegoś innego, co jest ważniejsze od dość dzisiaj popularnych laickich ideologii.
    Zrozumienie, że wyrosło się z gleby "z tej samej gliny/ którą dziadek łatał piekarnik" (MYŚL UJARZMIONA), pociąga za sobą nieoczekiwane skutki. Stanie się przyczynkiem do uzmysłowienia sobie, kim tak naprawdę się jest i kim tak naprawdę zawsze się było, od kołyski, od źdźbła trawy. Że miejsce na ziemi, miejsce, które narody anglojęzyczne nazywają home, jest tutaj, nigdzie indziej, naznaczone mozołem pracy i sielskością odpoczynku. Nie zmąconym przez rozkazy szefów korporacji, wampirycznie wyzyskujących pracowników sezonowych.

    Rozpatrując tomik pod względem pamiętnikarskim warto również zwrócić uwagę na motyw gumy do żucia. W przeszłości, jak sugeruję autor: "w nasze omurszone gęby trafiało niemal wszystko/ gumy do żucia w grubej panierce z piasku" (RECYKLING). Potem, gdy bohater podrósł jego stosunek do kleistej, ciągnącej się substancji uległ diametralnej zmianie: "a ja z obrzydzeniem cofam rękę/ gdy przypadkowo wymacam gumę/ kulturalnie przyklejoną pod blatem" (RECYKLING). Niniejsza scena jest nie tylko rzeczywistym przejściem z dzieciństwa w dorosłość, bo to co kiedyś wydawało nam się fajne i pozbawione paskudnej otoczni, dzisiaj budzi w nas wyłącznie niesmak i odrazę, ale także zamknięciem za sobą drzwi, do których nie będzie się miało już wstępu nigdy później, no chyba, że w postaci szaro – czarno - białych fotografii, pocztówek, czy wierszy pisanych zawsze w dzień weny.

    A propos weny. Tak właśnie został nazwany tomik, uzupełniony o słowo wej. Dlaczego? Myślę, że wzięło się to z prostej przyczyny. Otóż wena, jak u każdego poety nie jest rzeczą jasną. Czasami przychodzi od razu, nie potrzeba długo zastanawiać się co pasuję do ułożonego wcześniej ciągu liter i znaków przystankowych, choć akurat w przypadku tego zbioru jest ich niewiele, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, iż nie ma ich wcale. Wracają jednak do weny. Bywa i tak, że całymi godzinami ślęczymy nad szkicem i wlepiwszy oczy w kartkę papieru nie potrafimy odnaleźć prawidłowych słów, wyrażających uczucia, myśli, zmartwienia i obawy. Wena jest niezwykle kapryśną kochanką, z którą jeśli ktoś wda się już w romans nie zdoła przestać, bo i pokusa jest zbyt duża, i alternatywa wydaję się mało przyjemna.

    Niejako dopełnieniem WENO WEJ!, i zarazem ostatecznym rozwiązaniem, jest śmierć, pokazana na parę różnych sposobów. Śmierć nie jest sprawiedliwa: "to nie wiadomo kiedy śmierć człowieka zastanie" (ŚMIERĆ). Raz zabiera bez ostrzeżenia jak mężczyznę w kościele, który ledwo zdążył się wyspowiadać, a kostucha wyciągnęła po niego rękę. Jest też nieczuła, pozwalając na cierpienie długotrwałe, zarówno dla samej osoby cierpiącej jak i dla jej najbliższych: "i nawet świata nie widzi" piszę autor o starszej kobiecie, po amputacji obydwu nóg. Umieranie nie jest wyłącznie kwestią ciała, pomalutku rozkładającego się na czynniki pierwsze, obumierającego fazowo, cyklicznie, niestandardowo, widowiskowo. W cytowanym wierszu autor "umiera na wiersze", co można by odczytywać jako asumpt do wegetacyjności poetyckiego zajęcia, bądź realniej, do mało znaczeniowości poezji.  


    Marcin Tomczak, WENO WEJ!, Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2016.