Piotr Stareńczak - "Gwiazda Ratnera" jako fabularyzowany traktat o Poznaniu

Jednym z najważniejszych ubiegłorocznych wydarzeń literackich w naszym kraju, odnotowanym co prawda, lecz nie z taką wyrazistością, na jaką zasłużył, było opublikowanie przez warszawskie wydawnictwo Noir sur Blanc tłumaczenia Gwiazdy Ratnera Dona DeLillo. To napisana w 1976 roku czwarta powieść Amerykanina. Prawie cały dorobek pisarza został przetłumaczony na język polski. Najważniejsze dzieła to: Biały szum, Libra, Mao II, Podziemia, Nazwy, Spadając, Cosmopolis (ta ostatnia powieść została zekranizowana w 2012 roku przez Davida Cronenberga).

DeLillo jest laureatem wielu prestiżowych nagród, m.in. National Book Award, Faulkner Award. W 2013 roku został pierwszym laureatem Library of Congres Prize for American Fiction. Przez Harolda Blooma zaliczony do wielkiej czwórki amerykańskich pisarzy, obok Thomasa Pynchona, Philipa Rotha, Cormaca McCarthy'ego. Jego wpływ na rodzimą literaturę jest trudny do przecenienia, dość wspomnieć, że jako źródło inspiracji wskazywali na niego David Foster Wallace, Jonathan Franzen, Bret Easton Ellis (czołowy pisarz Generacji X). DeLillo uchodzi za jednego z najbardziej innowacyjnych pisarzy, tworzących niezwykle skomplikowaną, zarówno pod względem strukturalnym, jak i fabularnym, prozę.

Gwiazda Ratnera to bez wątpienia jedna z najbardziej zdumiewających powieści w dorobku Amerykanina. Przypomina Alicję w krainie czarów Lewisa Carrolla. W obu dziełach śledzimy losy dziecka przemierzającego tajemniczy świat i spotykającego jego mieszkańców, których sposób bycia, myślenia i mówienia daleko wykracza poza to, do czego jesteśmy na co dzień przyzwyczajeni.

Głównym bohaterem Gwiazdy Ratnera jest Billy Twillig, genialny, przesadnie dojrzały czternastolatek „wzrostu siedzącego psa”, będący pierwszym laureatem Nagrody Nobla z matematyki za pracę nad kategoriami zwanymi zorgami – hermetycznej wiedzy z zakresu liczb całkowitych, którą pojmuje raptem „trzech, czterech ludzi” na świecie. Jako wybitny uczony trafia do ośrodka badawczego zbudowanego na bazie cykloidy, skupiającego ponad dwa tysiące osób (w tym 30 noblistów), którzy łączą swoje wysiłki w celu rozszyfrowania komunikatu z kosmosu (przypuszczalnie sygnał został wysłany z tytułowej Gwiazdy Ratnera, a ściślej biorąc planety w pobliżu orbity Gwiazdy).

Przed naszymi oczami paraduje galeria barwnych jak z panoptikum postaci, naukowców, których szaleńcza pasja poznania przemieniła w ekscentryków, niekiedy neurotyków, przybierających zdziwaczałe formy istnienia. Poznajemy Cyrila Kyriakosa, wykładowcę logiki wielowartościowej na uniwersytetach na czterech kontynentach, który w ośrodku badawczym jest członkiem komisji powołanej do zdefiniowania słowa „nauka” (dyskusje uczonych się przeciągają i obecnie definicja liczy około pięciuset stron) oraz przewodniczy podkomisji zajmującej się frazeologią. Poza tym spodziewa się potomstwa (jego żona Myriad „leży na oddziale położniczym na szczycie sfery armilarnej”), co skłania go do cynicznych uwag: „Nie wiem kiedy, ale wiem ile i co się urodzi. Pięcioraczki syjamskie. Złączone czerepami. Będziemy musieli turlać je do szkoły jak obręcz”. I dalej: „Po prawdzie wolałbym, żeby urodziła wisterię albo parę mitenek”. Swoim rozmówcom, m.in. Billy'emu, wyznaje, że przez całe małżeństwo pozostawał odrębnym bytem, dzięki nabyciu umiejętności mentalnego odgrodzenia się od biologicznych energii przewodzących komórki rozrodcze. Niestety, stwierdza gorzko, jego żona „ma w sobie tyle immanencji, że starczy dla dwojga”, czego skutkiem jest powracający w południe sen Cyrila o teleturnieju, którego nazwa mówi sama za siebie: „Spędzić płód”.

Spotykamy Armanda Verbene'a, jezuitę od lat próbującego przekonać establishment naukowy, „że metafizyka czerwonych mrówek to twarda dyscyplina naukowa”. Duchowny jest przekonany, że jednolite odstępy zachowywane przez mrówki, gdy po kolei wychodzą z gniazda, by wydzielać z siebie substancje układające się w określone wzory, jest odzwierciedleniem boskiej esencji w świecie fizycznym. Czerwone mrówki uczą nas również, że dążenie do teleologicznej doskonałości w tym życiu wiedzie do szczęścia w życiu przyszłym. Verbene'a dręczy obsesyjna myśl, że przecież czerwone mrówki nie potrzebują metafizyki czerwonych mrówek, podobnie jak gwiazdy nie potrzebują astronomii, a liczby teorii liczb. Pociesza go jednak świadomość, że nawet jeśli to człowiek stworzył ową metafizykę, to jest to wyłącznie zasługa samych mrówek. Wiele o jezuicie mówi jego niechęć do cykloidowego kształtu budynku ośrodka badawczego. Cykloida jako figura geometryczna jest zaprzeczeniem samodoskonalącej się aktywności wyrażonej pędem ku górze. Poza tym jest coś perwersyjnego w tym, że odwrócony do góry nogami kształt nadal sprawia przyjemność (wyraźnie mamy do czynienia z podtekstem seksualnym).

W amfiteatralnej sali spotykamy razem z Billy'm tajemniczego aborygena, który przykryty białym płótnem siedzi po turecku na niewielkim wózku służącym do transportowania towarów i wirowaniem wokół własnej osi zamierza wkroczyć w n – ty wymiar (wydostać się z czasoprzestrzeni), w którym dotrze do Gwiazdy Ratnera.

Uczestniczymy w groteskowej ceremonii z pochodniami urządzonej na cześć Shazara Lazarusa Ratnera (to jego nazwiskiem grono uczonych, w podzięce za zasługi, nazwało tytułową Gwiazdę), wybitnego fizyka uhonorowanego w młodości Noblem za wkład w swoją dziedzinę, który obecnie znajduje się w stanie wegetatywnym i podtrzymywany jest przy życiu przez skomplikowany sprzęt, zwany biomembraną („ultrasterylne środowisko membrany biomedycznej”, „ogólny system wspierający funkcje życiowe, skonstruowany na bazie izolatora pierwiastków śladowych, stosowanego do utrzymywania aseptyczności środowisk zwierząt laboratoryjnych”), będącym trzymetrowym, masywnym, przezroczystym zbiornikiem przypominającym kształtem walec na kółkach, wyposażony w najrozmaitsze urządzenia monitorujące, ozdobiony jaskrawymi nalepkami sponsorów (m. in. nazwą firmy handlującą artykułami pościelowymi), o którego funkcjonalność dbają kolorowa pielęgniarka i lekarz o niepospolitej fantazji, który nazwał swój jacht „Przezcewkowym Wycięciem Prostaty”. Pod wpływem teścia zgłębiającego mistyczne piśmiennictwo, Ratner porzucił astronomię na rzecz kabalistyki i swoją ezoteryczną wiedzę przekazuje siedzącemu okrakiem na zbiorniku Billy'emu.

I na koniec tego wyliczenia wspomnijmy Roberta Hoppera Softly'ego, szefa Akademii Matematyki Centrum Optymalizacji Struktur Ideacyjnych, mentora Billy'ego, który wysłał chłopca do ośrodka badawczego. Jest to mężczyzna postury dziecka (istnieją trzy interpretacje dotyczące źródła jego karłowatości), obsesyjnie unikający kontaktu z lustrem, łykający „wysokogatunkowy intensyfikator syntetyczny” (rodzaj halucynogenu z ostrzeżeniem na etykiecie: „Doświadczenia wglądu mogą pogłębić istniejącą psychozę”) powodujący wymioty, stale uprawiający seks z młodą, urokliwą dziennikarką zamierzającą napisać książkę o eksperymentalnym projekcie naukowym odbywającym się w ośrodku badawczym (co jest o tyle trudne, że kobieta ma problem z rozczytaniem własnych notatek). Intelektualnym ideałem Softly'ego jest synteza przeciwieństw, a kluczem do jego psychiki może być stosunek do własnych wydzielin – uczony wymiotuje z zamkniętymi oczami, by nie oglądać wydalonej materii, z podobną awersją traktuje własne nasienie, choć nie potrafi wyjaśnić dlaczego (być może chodzi o lęk przed bezpłodnością).

Tak oto wędrujemy z naszym młodym bohaterem po labiryntowych rozgałęzieniach ośrodka badawczego (labirynt to czytelny topos literatury postmodernistycznej, której DeLillo jest czołowym przedstawicielem), spotykając jego dziwnych mieszkańców.

Każda z napotkanych postaci jest egzemplarycznym uogólnieniem, medium idei i zbiorem określonych cech, dzięki którym poznajemy różne punkty widzenia. Specyfiką pisarstwa DeLillo jest dystansowanie się do własnych postaci, by z pozycji wycofanego obserwatora sterować polifoniczną narracją, stawiać diagnozy, problematyzować, szukać odpowiedzi, otwierając czytelnika na głębię rzeczywistości i psychiki ludzkiej. Dialogi zdecydowanie dominują nad fabułą (choć pojawiające się opisy są długie i szczegółowe), dlatego każdy niemal rozdział Gwiazdy Ratnera ma strukturę miniaturowej sztuki teatralnej, kiedy niewielka liczba postaci porusza się po ściśle wytyczonej przestrzeni i zażarcie debatuje. Czytelnik odnosi wrażenie, że znajduje się na konferencji naukowej, na której grono profesorów naświetla podejmowane zagadnienie z każdej możliwej strony. Miejsce akcji, czyli ośrodek badawczy zbudowany na bazie cykloidy, to gigantyczne laboratorium idei, gdzie uwzględnione zostają najbardziej niesamowite pomysły.

Czy można udzielić prostej odpowiedzi na pytanie, o czym jest Gwiazda Ratnera? Oczywiście celem bohaterów jest rozszyfrowanie przekazu z kosmosu. Ale ten fabularny wątek stanowi jedynie pretekst do snucia filozoficznych rozważań (to kolejna charakterystyczna cecha sztuki pisarskiej DeLillo). Gwiazda Ratnera to fabularyzowany traktat o poznaniu. W powieści padają pytania o granice ludzkiego poznania, o możliwość sensownego poznania rzeczywistości za pomocą abstrakcyjnych modeli naukowych, o wartość poszczególnych metod gromadzenia wiedzy oferowanych przez różne dyscypliny, i wreszcie pytanie, które spędza nam sen z powiek od czasów Kartezjusza: jaka zachodzi relacja między umysłem (językiem) a światem? To ostatnie pytanie jest pytaniem fundamentalnym, umożliwiającym dopiero głębszy namysł, i zawsze mnie zdumiewało, dlaczego na uczelniach nie stawia się go w pierwszej kolejności, a zamiast tego zapoznaje studentów z metodologią nauk, która jest wtórna wobec refleksji nad adekwatnością naszego poznania. DeLillo jawi się jako sceptyk (co widoczne jest choćby w ironicznym naśladowaniu żargonu nauki) i podziela pogląd Heisenberga oraz Bohra, że procesy przyrody nie przebiegają w niezależny od człowieka sposób. Eksperymentator staje się częścią obserwowanych procesów i swoimi pomiarami wpływa na nie. Odpowiedź przyrody zależy od pytania, które postawił jej uczony. Samo narzędzie nie wystarcza, bo nie wiemy jak obserwować. Potrzebna jest teoria, a teoria to aparatura pojęciowa, która już ukierunkowuje nasze obserwacje na wybrane aspekty badanych rzeczy.

Marzenie o poznaniu bezpośrednim jest wielką tęsknotą nauki, stąd w powieści to abstrakcyjny język symboli matematycznych staje się wzorcowym językiem, pozwalającym porozumieć się ze wszystkimi hipotetycznymi istotami zamieszkującymi wszechświat. Uczeni pracują nad stworzeniem logikonu – uniwersalnego języka opartego na logice matematycznej. Symptomatycznym przypadkiem jest Edna Lown usiłująca zredukować ludzką mowę do niemowlęcego gaworzenia, w którym forma i wyrażana treść pozostawałyby w stosunku 1 do 1. Gdyby udało się stworzyć taki protojęzyk, można by go potem przetłumaczyć na medium sygnałów radiowych i wysłać komunikat pozaziemskim cywilizacjom. To wielkie pragnienie pozostaje jednak w sferze marzeń z uwagi na językowe, kulturowe, historyczne zapośredniczenie naszego poznania (najnowsze badania z dziedziny kognitywistyki dowodzą, że selekcja danych dokonuje się już na poziomie neuronalnym).Tak charakterystyczna dla klasycznej epistemologii wiara w dokładne odwzorowywanie świata w ludzkim umyśle należy do sfery pobożnych życzeń.

Lustro, kolejny topos literatury postmodernistycznej, odgrywa zasadniczą rolę w Gwieździe Ratnera, o czym pisze obszerniej w swoim posłowiu tłumacz powieści, Robert Sudół. Sama struktura powieści ma postać lustrzaną, podobnie badany przez DeLillowskich naukowców wszechświat, a także, co jest jednym z najciekawszych zagadnień poruszonych w książce, rozwój ludzkości. Badania wykopaliskowe prowadzone przez niejakiego Maurice'a Wu dowodzą, że rozwój cywilizacji nie jest linearnym kontinuum. Nie mamy do czynienia z kumulującym się postępem, ale zaburzeniem porządku: rozwój – regres – rozwój. Ślady odnalezione przez Wu wskazują na istnienie wysokiego rozwoju cywilizacyjnego w zamierzchłej przeszłości. Potem nastąpiła tajemnicza katastrofa i wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Być może mamy tutaj do czynienia z pewną cyklicznością, gdyż nad bohaterami powieści unosi się widmo zagrożenia, zostajemy poinformowani, że sytuacja międzynarodowa staje się napięta, a ogólnoświatowa panika osiąga swoją kulminację w końcowych partiach tekstu, choć jej źródło pozostaje tajemnicą, wiemy tylko, że ma jakiś związek z zaćmieniem Słońca. Jak powiedziałem, wskazywanie na istnienie w odległej przeszłości rozwiniętej cywilizacji, której budowniczymi byli albo nasi ludzcy przodkowie, albo pozaziemska inteligencja, jest jednym z najciekawszych wątków poruszonych w książce (i zarazem najważniejszych dla konstrukcji fabularnej) w kontekście autentycznych badań archeologicznych, potwierdzających tezę DeLillo, jak np. odkrycie w Boliwii monumentalnego kompleksu świątynnego Puma Punku.

Wracając jeszcze na chwilę do motywu lustra. Na początku powieści jeden z bohaterów imieniem Byron Dyne przekonuje Billy'ego, że przestrzeń kosmiczna i wewnętrzna zakrzywiają się ku sobie. Wsłuchiwanie się we wszechświat prowadzi do samopoznania. Kosmos stanowi zwierciadlane odbicie ludzkiej jaźni. Z kolei od Ratnera Billy dowie się, że jako istoty ludzkie pochodzimy od gwiazd: „Nasz skład chemiczny, nasze atomy, to wszystko powstało w środku starych gwiazd, które eksplodowały, a ich pozostałości rozsypały się po niebie i w końcu zeszły się, w efekcie czego powstało Słońce, które znamy, i planeta, którą zamieszkujemy”. Jeżeli w naszym układzie nerwowym znajdują się atomy gwiazd, jeżeli w naszym mózgu rozbrzmiewa echo Wielkiego Wybuchu (Nassim Haramein, uhonorowany w 2009 r. prestiżową nagrodą środowiska naukowego za teorię Czarnych Dziur, wyznaczającą nowy paradygmat w fizyce kwantowej, jest  autorem inspirującej interpretacji ewolucji, łącząc ruch Układu Słonecznego z budową spiralną DNA), wówczas można się zgodzić, że lepiej poznajemy siebie dzięki fizyce, niż metafizyce. Ale jeśli zderzymy te domysły z ukazanym przeze mnie wcześniej sceptycyzmem DeLillo, wtedy trzeba się zgodzić, że jeśli kosmos stanowi dla nas zagadkę, to sami dla siebie stanowimy zagadkę stokroć większą. DeLillo jest antykartezjański, nie podziela wiary w możliwość bezpośredniego poznania samego siebie, ale wydaje się również odległy od hermeneutyki: próba dojścia do samego siebie poprzez okrężną drogę rozumienia historii i kultury także zawodzi, choćby z tego powodu, że, przez wielorakie ograniczenia poznawcze, skazani jesteśmy na  kontekstualność i selektywny dobór informacji, nasza wiedza o nas samych zawsze zatem będzie fragmentaryczna, migawkowa.

Jeśli sympatia DeLillo jest po czyjejś stronie, to zdecydowanie jest ona po stronie Billy'ego, który jest zagubiony (jak czytelnik), nie bardzo rozumie, co się dzieje dookoła, raczej trzyma się z boku, niechętnie biorąc udział w procesach badawczych.

Pomimo dystansującej ironii, chłodu sceptycyzmu i popisowej erudycyjności, DeLillo jest pisarzem o apokaliptycznej wyobraźni. Z absurdalnych sytuacji i okraszonych specyficznym humorem dialogów treść, przepojona dziwnym smutkiem, sączy nam się podskórnie, wywołując trudne do nazwania emocje. DeLillo potrafi jednocześnie wywołać w czytelniku poczucie ekscytacji i lęku, izolacji i zagrożenia. To pisarz skrajnie pesymistyczny, snujący mroczne wizje. Odrealniona, psychodeliczna narracja działa bardziej na podświadomość, czasem trudno nam zrozumieć, dlaczego dana scena zyskuje nasze upodobanie, dlaczego zapada nam w pamięć. Klimat jest wyrazisty, intensywnie paranoiczny. Zdania zagęszczone. Nietypowa estetyka sprawia, że czujemy się rozstrojeni nerwowo, jak podczas oglądania filmu Begotten, czy najbardziej surrealistycznych dzieł Davida Lyncha.

DeLillo to pisarz jedyny w swoim rodzaju. Pierwsza lektura jego książek przypomina eksplorację nowego, nieznanego terenu. W przypadku Gwiazdy Ratnera czytelnika czeka blisko pięćset gęsto zapisanych stron, domagających się benedyktyńskiej pracy interpretacyjnej. Nawet przy zachowaniu maksymalnej koncentracji, niewiele za pierwszym razem jesteśmy w stanie zrozumieć, a ponawianie lektury wcale nie ułatwia odkodowywania. Nadal będą się przed nami piętrzyły ogromne warstwy znaczeń, będziemy szczelnie opleceni wielopiętrowymi analizami i skomplikowaną symboliką. Ale proszę mi wierzyć – nic bardziej satysfakcjonującego niż podjęcie tego trudu. DeLillo dostarcza gigantycznego materiału do przemyśleń. A powszechnie wiadomo, że najciekawszy autor, to nie ten, który daje gotowe odpowiedzi, lecz zaprasza do współmyślenia.

 


Don DeLillo, Gwiazda Ratnera, tłum. R. Sudół, Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2016.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież