Dariusz Pacak - Pragnienie... z tamtej strony...

"Na ziemi ojców
zboża ze sporyszem rosną
Nie wystarczy oddzielić je od plew".

Na ziemi ojców, Słowa jak kamienie
Jan Pyszko

 

Kiedy zwrócono się do mnie z prośbą o opracowanie wstępnego rysu krytycznego dotyczącego wierszy jednego z zaolziańskich współczesnych autorów, odniosłem się do tej propozycji sceptycznie.

Bowiem bardzo trudno jest dzisiaj dostrzec na Zaolziu, ogarniając pisarskie usiłowania osób poruszających się tam w obrębie semantyki języka polskiego, jakość produkcji literackiej równą osiągnięciom artystycznym innej generacji poetów wiernych tamtejszej ziemi. Upatruję tu choćby takich heroldów poezji jak Jan Pyszko czy Władysław Sikora, nie zapominając oczywiście o innych. I próżno jest zapewne doszukiwać się piękna postaw moralnych dziś, podobnego postawom wymienionych twórców.   

Błądząc opuszkami palców po stronicach zbioru Słowa jak kamienie, wśród wyrytych czarną farbą słów, wers po wersie, przymykając powieki wywołuje się z przestrzeni, wydziera z pomroki minionych lat obraz emanujący dobrocią. Ujawnia się oblicze zacnego człowieka. Gdy wspomnienie ewokuje spędzone razem chwile, po policzku spływa wstydliwie niechciana łza.

Łza dumy lśni kiedy Ojcowiznę ogarnia się ramionami szeroko a mocno… lub kiedy odgłosy, którymi dźwięczą Tercyny pochłaniają cię, a i serce pełniej śpiewać zaczyna… Hej, Górolu! Po co żeś tela świata pochodził, jak po tej strónie Olzy woda je lepszo! Aż pragnienie chce się zaspokoić, bo… „Z tamtej strony rzeki/ inna woda w studni”, (Władysław Sikora, Z tamtej strony rzeki. Tercyny). Tak było…

Dziś męczy świadomość najnowszych tendencji pisarskich kleconych na terenie Zaolzia przez grono osób usiłujących posługiwać się j. polskim.  

Odnoszę wrażenie ogromnego zagubienia się tam piszących pomiędzy archetypami j. polskiego i czeskiego, lub też rozumując w szerszej, bardzo niebezpiecznej perspektywie: ich borykania się z aksjomatem tożsamości.

Odczuwalne jest ogromne niedokształcenie – nawet u tych legitymujących się wykształceniem akademickim, bardzo niski poziom świadomości rzemiosła językowego – jeśli w ogóle o takowym można wspominać, jak i brak świadomości artystycznej. Te czynniki zdają się wpływać na tragiczną deprecjację ogólnego poziomu literackiego.

Sądzę, iż na Zaolziu ogromnym błędem jest brak silnej spójności tamtejszej polskojęzycznej diaspory literackiej z macierzą językową rozpatrywaną w obrębie dawnego, istniejącego przecież ponad 600 lat, Księstwa Cieszyńskiego. Dzieje się to ze szkodą dla twórczości w j. polskim i samych twórców, nawet jeśli dziś są oni w przeważającej części zaledwie amatorscy. Cierpią z tego powodu także i ci o już ustalonej renomie. Czemu dopuszcza się do tego procesu? Zwłaszcza teraz, kiedy żadne granice na tym terenie nie obwarowują jakiegokolwiek rodzaju wolności umysłu i ducha. Efekty są porażające!

Pojmując jak marginalną rolę na polskiej mapie literackiej odgrywa współcześnie zaolziańskie polskojęzyczne piśmiennictwo, jak tendencja spadkowa istoty polskich autochtonów na tym terenie i ich twórczości w j. ojczystym pogłębia się – co jest zresztą całkowicie zrozumiałe w ramach działalności jakby w znacznej części obcego kulturowo państwa, a całkowicie niezrozumiałe w pojęciu polskiego patrioty, odniesienie się przeze mnie do spełnienia prośby o skreślenie kilku słów recenzji graniczyło z odmową. Bo albo zarówno jako jednostka, jak i jako naród, przyswaja się często nieszczęśliwe wyroki historii, pomimo nich zna się swoje miejsce i jest się dumnym ze swego pochodzenia – a to znaczy nieustannie walczy się o nie w codziennym życiu, albo na obecnym etapie demokracji tylko z powodu własnej indolencji zboża stały się już tknięte sporyszem, zupełnie. W takiej sytuacji szkoda nawet porywać się za pióro! Tymczasem…

Pochylając się nad zawartością tomu poezji p.t. CISZA SKRZYDEŁ, którego autorem jest MAREK SŁOWIACZEK, rdzenny mieszkaniec Boconowic, targnęło mną zdumienie. Dotykam oto materiału jakości zupełnie niecharakterystycznej, obcej polskojęzycznym twórcom z regionu Zaolzia! Przygotowany i uważny czytelnik już na wstępie eksploracji zbioru dostrzeże fakt, iż na szczęście autor w swej produkcji literackiej emigrował poza najnowsze quasi poetyckie ekscesy koleżanek i kolegów po piórze… Widać, na zupełnie przeciwstawnym biegunie rodziła się jego osobowość poetycka.

Aby nie zabierać czytelnikowi jego osobniczej, własnej możliwości kreowania dróg percepcji i wynikających z nich odkryć w spotkaniu z lirycznym światem zaklętym na stronicach omawianej książki, niniejszą analizę czynię bardzo powierzchowną.

W zbiorze Cisza skrzydeł, autor sprowadza przysłowiową wielkość poezji do wartości i znaczenia chwili, do drobiazgu tworzącego codzienność. Zaprasza nas i wprowadza jednocześnie do labiryntu swego życia wewnętrznego. Obnaża przed nami z ogromną wstydliwością swoje intymności, które zdawałoby się są tajemnicą jedynie naszego życia, jedynie naszej indywidualnej egzystencji, stanowią jedynie nasze własne najskrytsze szczęście, bądź dotkliwie odczuwany przez nas tragizm, zły zbieg okoliczności. Czyni to w wysublimowany sposób, jedynie sobie charakterystyczny, oddzielny, i już rozpoznawalny dzięki zdobytemu warsztatowi słowa.

Pojemność znaczeniowa wynikająca ze spotkania się dwóch słów rodzi w dziele poety nową jakość przekazu artystycznego, która wiedzie ku stosunkowo rozległym planom pojęciowym. Te implikują do zrodzenia się jakby zaskakującego obrazu, niespodziewanego emocjonalizmu, które to czynniki w efekcie, w zwieńczeniu danego tworu poetyckiego sprowadzają czytelnika do jakże bliskich i znanych elementów z tkanki człowieczej egzystencji, drobnych w sensie globalnym choć fundamentalnych i zasadniczych dla jednostki, takich jak miłość, narodziny, śmierci, troski codzienności, niespełnione pragnienia, obawy, samotność w codziennym człowieczym życiu i umieraniu.  

Skłaniając się ku bezpośredniemu omówieniu istoty zbioru należy zwrócić uwagę na fakt, iż całość podróży w poetyckiej odsłonie kruchego świata zaolziańskiego twórcy przebiega w czterech płaszczyznach, etapach, jakby porach istnienia ludzkiej egzystencji. Dodatek w postaci ścieżki piątej jest uzupełnieniem całości, świadomie obranym w innym kanonie techniki wyrazu. Stanowi on quasi notę biograficzną autora wypełnioną mapą jego emocjonalnego wzrastania. Tym samym konstrukcja całej zawartości zbioru daje wrażenie spójnego egzystencjalnego kręgu, w którym wigilijne osuwanie się autora z areny świata pojmowane jako epilog jego życia jest jednocześnie jego krzykiem narodzin w wierszu pierwszym.

Poeta, już od pierwszego obrazu otwierającego zbiór Cisza skrzydeł dokonuje auto-wiwisekcji, którą prowadzi konsekwentnie, aż do ostatniego zdania swej literackiej wypowiedzi gruntującego jego „właściwe” narodziny. Pozostawia nas tym samym w niepewności: po której stronie przesłony sam znajduje się, i do jakiej dziedziny należy jego świat. Czy te ostateczne, wigilijne narodziny do których zmierza, a my wraz z nim, nie prowadzą do przysłowiowego otwarcia oczu i zaczerpnięcia pierwszego oddechu po drugiej stronie kurtyny odgradzającej nasze obecne wyobrażenie rzeczywistości od najwyższej realności? Czy są więc…?

Na ścieżce pierwszej oślepiony światłem, w wierszu Początek, autor ukazuje swe obawy przed życiem, które jak mniema musiały pojawić się tuż po jego biologicznym przyjściu na świat. Wyrwany „z wieczności – drży”, zmaga się z ,,koniecznością bycia otwartym na oddech” w czekającej go do rozwiązania, jak spodziewa się, życiowej ,,logicznej krzyżówce”. Tymczasem jak najdłużej chroniąc się pod kloszem dziecięctwa nie przyjmuje kanonów świata dorosłych. Dzieje się tak aż do momentu, w którym pielęgnowana bariera naiwności i bezbronności obraca się w niwecz: „zgadzam się/ na obecność sumienia”, powie w wierszu Tak. Przebudzenie kosztuje wiele, trzeba zań słono zapłacić: „garść soli/ i łza/ na samym dnie”, (Przebudzenie). Co stanowi ten szok, po którego przeżyciu nic już nie będzie błogie, beztroskie, a strach przeczuwany kiedyś po raz pierwszy okaże się stałym towarzyszem? Czyżby był nim mus bezpowrotnego pożegnania się z kimś?...

Poprzez śmierć ojca podmiot literacki wspomina doświadczenie, o którym będzie marzyć w całym późniejszym, dorosłym życiu: „dotknąłem skrzydeł ptaków”, doświadczenie swego najwcześniejszego okresu z dzieciństwa, (Grzechotka). A może jest to wrażenie przyniesione z wieczności, echo sprzed narodzin, jeszcze nie zblokowanej przez teatr ludzkich wyobrażeń duszy?

Empiria wynikająca z utraty ojca zdaje się być najpotężniejszym faktorem, o najcięższym wymiarze gatunkowym, z tych z którymi przychodzi poecie zmierzyć się. Stanowi też nieprzeciętnej mocy imperatyw ponaglający ku załatwieniu spraw nie załatwionych i tych już niemożliwych do nie załatwienia, w zdawałoby się nieskończonym dialogu ze zmarłym. Paleta czułości jest tu bardzo bogata, świadomość spóźnienia zaś porażająca. Niewypowiedziana w porę miłość, zamarła w niedosycie, rozpala ranę nie dając szansy zabliźnienia się. Zniewolenie niemożnością złamania szyfru „mądrości najwyższej” skrytej w „zatrzymanym uśmiechu” sięga, można by rzec, zenitu. I to zmaganie się z obłąkańczą niemal tęsknotą, nie pozwalającą uwierzyć w to, o czym rozum wie, a czego serce nie chce, nie może pojąć, jak autor pointuje w jednym z wierszy: „powiedz/ że to nieprawda”, nie ułatwia mu trwania, spełniania ról społecznych, kreacji poetyckiej, bowiem: „zadeptany w tłumie cierpliwie czeka na cud”, (Tata, Zrozumieć układ zdarzeń, Bezradność, Od święta).        

A jednak poeta odnajduje warunki ukojenia, co wyjawia nam krzycząc boleśnie, w wierszu Cisza skrzydeł. Oślepiany potęgą natury widzi narzędzie wyzwolenia. W majestacie gór objawia się jego duchowa iluminacja:  wartość i wielopłaszczyznowość słowa.

Jego cierpienie i ból płoną w ogniu znikającego, a być może wschodzącego słońca. Przyjmuje ciszę w obecności milczących, uwolnionych istot – ptaków. Czy odkrywa w tym sensie semantykę buddyzmu: zamknięty w pamięci – odczuwa wytęsknioną wolność, doznając porażenia wzroku – widzi, odkrywając potęgę słowa – znajduje rozwiązanie w milczeniu?

Jednocześnie rozpoznajemy zrodzenie się (?) w nim jakiejś namiastki pragnienia Ikara, odwiecznego pragnienia wolności w locie i medytacji, zbudowania dystansu względem rozedrganego, pełnego tragedii, kruchego świata ludzkich wyobrażeń. A może to właśnie odzywa się jego intencja, z którą utożsamia krainę dzieciństwa, miejsce ojca?

Niewykluczonym jest też fakt, iż doznanie wrażenia „konstelacji słów”, swoistego oświecenia, może implikować jego oddalanie się od ziemi. Lecąc na moment ku jawnym teraz poetyckim galaktykom obserwuje z wysokości niknące w otchłani ziemskie dekoracje: „otuliłem wzrok dłonią/ a ptaki/ niewzruszone/ milczą/ w górności ciszy”.

Tom Cisza skrzydeł  jest rozpostarty na biegunach dwóch rzeczywistych pragnień czarujących duchowym uzdrowieniem: wglądzie w wewnętrzną ciszę i zgłębieniu tajemnicy uwolnienia od ziemskich więzów. Cisza skrzydeł to również „wiersz klucz”, głos przewodni całego zbioru, którego wielowarstwowe przesłanie odnajdujemy niemal na każdej ze stronic. Budzi zastanowienie, czy aby nie  jest on wczesną enuncjacją mającą prowadzić autora w przyszłości do uczynienia kroku Siddharthy?

Jednocześnie, w pierwszej części utworu można też dopatrzeć się parafrazy słynnego obrazu Pietera Bruegla Starszego, Upadek Ikara. To byłoby niebezpieczne wskazanie...  

A jednak, uprzednio przygotowując nas podczas wspólnej wędrówki w ramach ścieżki czwartej (Pustka, W biegu, Absurd), poeta w wierszu zamykającym cały zbiór wraca ostatecznie do tematu osobistego wyzwolenia poprzez wzbicie się i… upadek: „odrzucić niepotrzebny balast/ podpalić orgiami/ odciąć skrzydła/ w locie”, (Ikar).   

Nie wyczerpuję szablonów tematycznych, w których zamknięte jest poetyckie tętno wierszy składających się na ten zbiór. Poza już wskazanymi do najważniejszych należą: miłość do kobiety życia – „kładę się na poduszce twych stop/ na wargach kropli nocy”, kobiety której „kształty/ widoczne przez wieczność/…/ tworzę dotykiem” (Żonie, Malarz); rodzicielstwo – kiedy „zapach dziecka/…/ stał się”, autor obiecuje „pokochać każdy kolejny dzień”, zaaferowany uczuciem do synów (Niech Ci się aniołki przyśnią); trud kreacji poetyckiej równy szalejącej burzy, podczas której podmiot gubi się i umiera wielokrotnie – ,,jestem/ obco w dotknięciu pióra” (Pokonany, Sztorm) oraz zróżnicowana układanka prób wartościowania etycznego wynikającego z obserwacji i rozważań natury egzystencjalnej – „oglądam świat/ wypełniony półprawdą” (Po drugiej stronie ulicy, Pustka, W biegu, Absurd).

Nie tylko z powodów już wspomnianych, lecz także z uwagi szczupłość miejsca, stosuję duże uproszczenia poprzestając jedynie na pobieżnej i wyrywkowej penetracji merytoryki tkanki poetyckiej tomu. Pragnąłbym zwieńczyć ją frazami,  które w mym odczuciu zdają się wyznaczać jedynie słuszny wektor we współczesnym świecie pełnym cierpienia, hipokryzji, nienawiści, maniakalnych żądz i wojen. Frazy te są antytezą śmierci i niosą zwycięstwo światłości nad ciemną stroną mocy. Lśnią niczym manifestacja najwyższej formy miłości pojmowanej poprzez aksjomat katolicyzmu jako ofiarowanie Jezusa na krzyżu, będące nie tylko synonimem odkupienia za grzechy ale i zapowiedzią istnienia innej strony rzeczywistości, a także życia wiecznego. Być może poeta utożsamia ten fakt w świecie współczesnego człowieka z jego erotyką i aktem miłosnym, upatrując w nich reminiscencję ofiarowania i zapowiedź życia, choć dziejących się dzisiaj zaledwie w obrębie księgi człowieczych dokonań. Słowa te brzmią jakoby credo autora, sięgające nieustannie rodzącego się i odnawialnego koła mandali życia, dzięki etosowi umiłowania w każdym ze światów:

„jesteś i płoniesz
w wilgoci chrzcielnicy
gorączkowo płodzisz ogrom życia
naszego”
                                                                    (Krzyż widmo)    

Strony wizualnej zbioru dopełniła z wysublimowaną zmysłowością Blanka Suszka-Szczuka, zarówno  rozbuchana w swej kresce, szalona, jak i potrafiąca oczarować subtelnością faktury i linii. Bez względu na dynamikę zawartych w przekazie plastycznym napięć jego całość ogarnięta jest jakby przesłoną niedopowiedzenia, pastelowym muśnięciem snu, wewnętrznym nastrojem spowitym kotarą mgły, jednakże absolutnie różnym od melancholii. Zaprezentowana wizualizacja doskonale nadąża za wyobraźnią poety i może być pojmowana jako spójna z nią całość, tak pod względem merytorycznym, jak i z uwagi na moc wyrazu artystycznego. Chciałoby się rzec: powstał absorbujący mariaż poezji emanującej z grafiki z obrazem zaklętym w słowie. W ogólnej konotacji: „Ut pictura poesis”, (Horacy, Listy, 5,361), i na odwrót!

W tym miejscu wypadałoby także powiedzieć, iż należy zwrócić uwagę na aspekt komunikacji z czytelnikiem. Jeżeli adresatem, do którego skierowany jest niniejszy zbiór poezji, mógłby stać się odbiorca o nie rozbudzonej wrażliwości poetyckiej, wówczas na obecnym etapie kreacji bardzo trudno byłoby o wzajemną interakcję. Jej brak zawsze dzieje się ze szkodą dla poety.

Z innego punktu widzenia, tego typu uwaga może być pojmowana jako błędna, gdyż dziedzina poezji, podobnie jak choćby szeroki obszar twórczości artystycznej zwany muzyką klasyczną, zdaje się nie być skierowaną bezpośrednio ku każdej grupie odbiorców.

Powinno się także zwrócić uwagę na jeszcze większą dokładność w semantyce językowej. Pozwoliłoby to na zbudowanie dokładniejszej formy obrazowania, a słowo nabrałoby jeszcze większej pojemności znaczeniowej. Oczywiście nie będzie to prosty zabieg, zwłaszcza przy obecnie stosowanej już oszczędnej powściągliwości w środkach ekspresji. Ascetyczny wprost umiar w korzystaniu z estetycznych kanonów obowiązujących wraz z brakiem zagęszczonej metafory to pozytywne znaki wyróżniające tych wierszy.

Konkludując należy zaznaczyć, iż stosunkowo młody wiek autora gwarantuje w przyszłości poszerzenie wachlarza aspektów przez niego dostrzegalnych, wartych przeobrażania i ukazywania ich w nowej odsłonie, w postaci poetyckiej.

Jeżeli w kolejnych etapach poetyckiej transformacji będzie dane poecie stopniowe, aczkolwiek konsekwentne przemieszczanie siły ciężkości z merytoryki własnego ,,ja” ku ekstrawersji, wówczas możemy spodziewać się nieoczekiwanych pod względem artystycznym rezultatów na drodze dążenia ku poezji tętniącej dźwiękami nie tylko tej ziemi, ale i w spotęgowany sposób lśniącej echami nie z tej ziemi.

Innymi słowy, w ostatecznym rozrachunku to stopień okiełznania ego pozwala na rozległość zakresu granic dostrzeganego świata zewnętrznego, oraz na głębokość i wielopłaszczyznowość osobistej interakcji z nim, co w rezultacie objawia się jakością produkcji poetyckiej… czego autorowi z całego serca i umysłu życzę.

Trudno jest ferować wyroki dotyczące tego co nastanie. Nie bądźmy na tyle pyszni aby odbierać bogom ich chleb i wino. Zapewne to przyszłość pokaże czy głównym celem autora jest jedynie emisja swego głosu w eter, i poszerzanie jego zakresu, czy też celem stanie się nawiązanie dialogu z czytelnikiem. A może cel okaże się czymś zupełnie innym, np. poeta zajmie się kreacją i architekturą własnych obrazów niczym malarz sztalugowy… lub stanie się samarytaninem, wędrowcem w drodze przemiany duchowej, moralnej, etycznej, gdzie jego wiersze stanowić będą pieczęcie przebytych etapów, bądź niczym drogowskazy znaczyć będą jej kierunek, wskazywać rozstaje i ślepe zaułki.

Jednocześnie łatwo jest rozeznać, z uwagi na przedłużający się czas rozwoju literackiego Marka Słowiaczka, iż przed laty, młody, dopiero starający się wkroczyć na cierniową drogę poezji autor niniejszego zbioru nie miał szczęścia w spotkaniu z mistrzem pióra. Bowiem wtenczas los nie obdarował podmiotu literackiego obecnością artysty – mentora, człowieka, którego osobowość dążyłaby do wypełnienia, który z łatwością rozeznaje w adepcie choćby zalążki kunsztu, a jednocześnie, z razu czuje odpowiedzialność za postawione przed nim cudze ludzkie życie w sztuce.

Można przypuszczać, iż obnażenie poetyckie w postaci zbioru wierszy pt. Cisza skrzydeł, obrazujące zmagania Marka Słowiaczka z inwentarzem frapującego go zakresu świata jest zapewne li tylko przyczynkiem do mającej nastąpić dalszej transformacji autora.

Należy wyrazić nadzieję, iż dany będzie poecie, poprzez owoce jego przemiany, a dzięki nim dany zostanie także i czytelnikom, wgląd w krainę wygnania. To z niej natchnieni od zawsze przynoszą nam, zwykłym śmiertelnikom, naręcza pulsujących ciszą raju gwiazd… stamtąd, gdzie wciąż jest Poezji dom – ,,Wiersz jest nad czas i nad śmierć”, (Michał Anioł Buonarroti),  abyśmy mogli jeszcze bardziej nasycić pragnieniem, tu na ziemi, amfory naszych dusz. 

Zostawiając Państwa już sam na sam z poezją żywą, zaklętą, tą świętą, warto jest przypomnieć, iż poza wszelkimi dywagacjami, ludzkimi osądami i opiniami, bez względu na indywidualne możliwości poznawcze, na subiektywizm odbiorców i krytyków, to jednak: „Autorów – sądzą ich dzieła,/ Nie – autorzy autorów!”, (Cyprian Kamil Norwid, Cenzor – krytyk).

 


Marek Słowiaczek, Cisza skrzydeł, Kongres Polaków w Republice Czeskiej, Český Těšin 2014, ss. 95.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież