Ariana Nagórska - Rzeź terapeutyczna

"Mój mózg przytył dziesięć kilo i ja musiałam zrzucić tę wagę".
(z książki „Rzeź komunistów”, s.31)

Wszelką twórczość poetycką i prozatorską Ewy Klajman-Gomolińskiej z Olsztyna od lat śledzę z zapartym tchem. Jej tekstów poszukuję w bydgoskim miesięczniku „Akant”, gdzie (owszem) publikuje, ale wcale nie tak znów często. Fascynuje mnie jej niewyobrażalna wyobraźnia oraz związana z nią NIEPRZEWIDYWALNOŚĆ.

To autorka, która od fraz genialnych błyskawicznie potrafi zdryfować w grafomański bełkot, by po chwili znów kontynuować wysokie loty. Od razu zaznaczam, że niemal wszystko, co od ok. 2012 roku publikowała prozą w „Akancie”, jest lepsze od omawianej tu książki, dość nierównej artystycznie. Jest to dopiero zapowiedź dużego talentu, znacząco rozwiniętego nieco później.

Ewa Klajman-Gomolińska to mistrzyni psychologicznej wiwisekcji swych bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem różnych depresji, obsesji, fiksacji i innych aberracji. Nawet jeśli czytelnikowi ci bohaterowie wydają się nieraz nieco karykaturalni, nie jest w stanie się uśmiechnąć, bo wymowa jest jednoznacznie tragiczna lub co najmniej niepokojąca. Niewielka książka Rzeź komunistów to także proza psychologiczna, a nie np. polityczno-rozrachunkowa (jak mógłby sugerować tytuł). Jeśli mamy tu jakiś rozrachunek, to głównie z „rajskim” Zachodem, dokąd para bohaterów wyjechała za pracą. O dobrym zarobku marzył przede wszystkim partner bohaterki – Artur, nieznający żadnych języków obcych („Ja na jego miejscu, na zachód bym się nie pchała. Ale chciał, to ma”, s.6). Bohaterka traktuje wyjazd jak przygodę: „Ot, zobaczę trochę świata, zarobię szmal i co najważniejsze urzeczywistnię plany Artura o zarobkowaniu na dzikim zachodzie” (s.6). A co z tego wynikło? Książka od razu zaczyna się od opisu mdłości. Artur rzyga i ucieka, a pozornie słabsza bohaterka, powstrzymując torsje, precyzyjnie obserwuje przyczynę „dyskomfortu”. W pokoju we krwi pływają ludzkie stopy, a w sąsiednim pomieszczeniu dogorywają z kolei komuniści tych stóp pozbawieni. Początkowo nie wiadomo, skąd się tam wzięli. Dopiero dalej jest informacja, że popołudniami organizowano im zebrania w miejscu pracy bohaterów i to ich pracodawcy tak swych gości urządzili. Nie wątpię, że zwolennicy fabuł życiowo prawdopodobnych dalej by już tej książki nie czytali, bo to przecież jakieś urojenia… Też uważam, że ta część akcji dzieje się w głowie bohaterki-narratorki, ale nic na to nie poradzę, że taki „naturalizm nieprawdopodobny” lubię szczególnie. Jeśli zaś chodzi o realizm standardowy, to bohaterowie na tym Zachodzie pracują jak wielu, ale właśnie wskutek tych realiów psychika bohaterki zostaje rozwalona w drzazgi! Zanim to nastąpi, bohaterka ma pełną świadomość zagrożenia: „Praca, której specjalnie nie lubiłam, stanowiła dla mnie jednak oazę spokoju. […] Nie potrafiłam tylko (niestety) wychwycić tej granicy, za którą wyzbywałam się normalności i poczucia rzeczywistości. Tego już nigdy nie udało mi się odzyskać” (s.11). Pojawiają się coraz bardziej niepokojące (ale jakże uniwersalnie trafne) opisy współpracowników jako figurek, które: „Nic nie symbolizowały i nic nie znaczyły. […] Nie wiem, dlaczego, ale wszystkie zaplanowano na nieszczęśliwe, bardzo. Patrząc na nie, człowiek miał ochotę wypruć sobie flaki. […] Niewątpliwie tu jest spokojnie […]. Bez uczuć tych dodatnich i ujemnych. […] To straszne nie odczuwać nic, to nazywają cegłą…[…] Nie ma na to lekarstwa. I trzy razy dziennie po jednej tabletce i jednym kochanku też nic nie pomoże. […] Tylko nieliczni na tej ziemi nie są figurkami, bo tylko w nielicznych nie ma stanu cegły” (s.8-9).

Krok po kroku taki klimat i stan prowadzi do zbrodni. Bohaterka relacjonuje, jak zabiła w lesie kierowcę zatrzymanego samochodu, który miał ją zawieźć na lotnisko, bo chciała wracać do Polski. „Uśmiechałam się do niego i prowadziłam obyczajowo-kulturalną rozmowę. Kierowca […] zaczął opowiadać o swoich problemach w pracy i złych stosunkach z żoną. Kiedy przeszedł do ich pożycia łóżkowego – machinalnie chwycił mnie za kolano i rozpoczął wędrówkę ludu. […] Jego intelekt spadł do poziomu dwulatka. Wizja tego, co mam pod spódnicą przysłoniła mu w tym momencie zielone światło dla cywilizacji” (s.32-33). Takiej ofiary jako czytelniczka nie żałuję (podobnie jak i bohaterka). Klajman-Gomolińska nie jest jednak autorką kryminałów, tylko nietuzinkowej prozy psychologicznej. Dlatego też policja zatrzymuje bohaterkę za zabicie „męża” Artura w mieszkaniu, a nie urojonego być może kierowcy w lesie. Właścicielka wynajmowanego mieszkania (osoba normalna aż do obrzydzenia) też ten fakt potwierdza, wrzeszcząc:  „– Zabiłaś go, kurwo! […] Nie widzicie, to jest świr! Zamknijcie ją, bo wyrąbie nas wszystkich” (s.37). W szpitalu psychiatrycznym lekarz znów: „Niepotrzebnie ciągle  wracał do tego Artura. […] Nie znosiłam tego tematu: Zdechły Artur i jego wpływ na psychikę młodej niewiasty” (s.46).

Skażeni akademizmem recenzenci pewnie by mi zarzucili, że zamiast przynudzać o zastosowanych środkach artystycznych, streściłam fabułę i tym samym książka już ewentualnego czytelnika nie zaskoczy niczym. Ładna by to była mistrzyni wyobraźni (a za taką Ewę Klajman-Gomolińską uważam), gdyby jej wizje dało się streścić na półtorej kartki! To wszystko, co napisałam, jest jedynie wyrywkowym zasygnalizowaniem tak klimatu, jak i wątków fabularnych tej prozy. Ta autorka zaskakuje niemal każdym zdaniem, a jest do czytania 50 stron!

Książkę zamyka półstronicowy Epilog oraz dwuzdaniowe Zakończenie. Wielokrotnie męczyłam się lekturą tego Epilogu, utwierdzając się w przekonaniu, że jest on nie wiadomo o czym. Zaczyna się od słów: „Upadł blask pod ogniem spojrzeń”. Nie da się nic zrozumieć z tego tekstu, dopóki nie zauważy się kluczowego tu zabiegu pisarskiego: Blask został spersonifikowany. To nie jest zjawisko optyczne, tylko OSOBA! „Syn – potomek wielkich świetlistych”. Gdy już to pojęłam, „syn” mnie nie zmylił. Blask jako osoba to alter ego autorki, jak też wyróżniająca ją cecha. Epilog mówi o przegranej blasku, o przekleństwie wspomnień, o duszeniu się kurzem świata. Blask wkracza w smugę cienia, szykując się do śmierci…

Natomiast w dwóch zdaniach Zakończenia mogłoby się wydawać, że pobrzmiewa optymizm: „Proces wapnienia u niektórych osobników trwa ponoć dość długo. Do zobaczenia w paśmie pośrednim!”

To jednak nie optymizm, tylko realizm odlotowy. Dla przyziemnych „figurek” za wysoki pułap!

 


Ewa Klajman-Gomolińska, Rzeź komunistów, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2009, ss.50.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora