Zbigniew Szwaja - Moi wydawcy

Będzie o bardzo dla mnie ważnym wydawnictwie w Warszawie, które zapadło mi w serce swoją rzetelnością, skromnością i profesjonalizmem, ale nie dało się zapamiętać (minęło od „tamtego" czasu już prawie 15 lat), bo ukryło nazwiska swojego szefa jak i adres. Czapkuję mu jednak zamaszyście, bo naprawdę warte tego, a u mnie zapisało się w pamięci, gdyż wydało moje pierwsze erotyki tytule: „O miłości. Rozmowa z Tobą.", a okładkę ozdobił (chociaż niektórzy mówili, że zeszpecił) obrazek wspomnianego już przed chwilą Józefa Janczewskiego.

Trzecie miejsce, ale ze względu na aktywność i długotrwałość „prasowego współżycia" ze mną godną szczególnego uznania jest pamięć o Stefanie Pastuszewskim z Bydgoszczy. Moja ocena tego wydawcy, działacza i człowieka nie znajduje u mnie porównania z nikim. To wyjątkowo utalentowany i przez naturę szczególnie wyposażony w pozytywne cechy aktywista. Bezkonkurencyjny znawca wygonionych już chyba ze wszystkich atlasów Inflant, o których on wie niewątpliwie wszystko. Wydaje zapewne w związku z tym samodzielne, a rewelacyjne w treści pismo literacko - naukowe o tytule „Świat Inflant" - pozytywne kuriozum w skali przynajmniej europejskiej. Redaguje obok innej działalności kulturalnej w analogicznym duchu także skromne ale ciekawe, wcale nie zaściankowe pisemko „Podwórko z kulturą", w którym i mnie pozwolił zamieścić bodajże dwa wiersze. Nade wszystko jednak jest heroicznym wprost bo niezmienionym od początku działalności Redaktorem Naczelnym Instytutu Wydawniczego „Świadectwo" i Sekretarzem Redakcji miesięcznika kulturalnego „Akant". Wszystko to w Bydgoszczy, ale z ambicjami przynajmniej ogólnopolskimi. W sumie to Człowiek - Gigant Niewyobrażalne, żeby taki ktoś mógł być zwyczajnym urzędnikiem, nawet dyrektorem w jakiejś centrali czy choćby nauczycielem. Nic więc dziwnego, że jako zwyczajny dziadek swojego wnuka zamienił kiedyś swoje mieszkanie w otwarty dla wszystkich salon, gdzie wszystko było niezwyczajne i inne niż w normalnym, rodzinnym domu. Ale, co najważniejsze, Stefan Pastuszewski jest pasjonatem w dziedzinie polityki, a także aktywnym jej uprawiaczem. Dla niego nie było spraw prywatnych, dotyczących jedynie jego, czy jakiejś małej, siebie znającej jedynie grupy. Cokolwiek robił, o czymkolwiek nie myślał, wszystko miało wymiar ogólny, społeczny, powszechny. Wtedy dopiero wiedział, że jest u siebie, ale i wtedy właśnie działał tak, jakby był tylko u siebie. A wiadomo, że właśnie wtedy ma się nie tylko zwolenników kolo siebie. W takich warunkach Stefan żył, pracował i tworzył, no i oczywiście decydował o tym, co i jak wydaje. Nic dziwnego, że u nieżyczliwych, np. w Internecie, zyskał opinię niezrównoważonego dziwaka. Jak żaden wydawca w Polsce, „Akant" pokazywał wszystkim ilu było u niego terminatorów pisarstwa, co publikowali w tym „Akancie" itp. Po to chyba zresztą, znów jako jedyny w Polsce, wydawał 13 numerów miesięcznika w roku.

U takiego giganta i oryginała udało mi się zadebiutować w prasie jako blisko 80-letni poeta, uzyskać zezwolenie na cykliczne nawet publikowanie swoich wierszy, a w końcu zyskać miano znawcy i sympatyka bydgoskiego miesięcznika. Nic też dziwnego, że w Instytucie Wydawniczym „Świadectwo" wydano moje „Minikreacje" - zbiór małych form wierszy, jako tanią książkę, przez wiele lat reklamowaną w Internecie. Samo wydanie odbyło się w atmosferze walki o każdą fraszkę, bowiem wydawca odrzucił co drugą z mojego zgłoszenia i w sporze o wygląd książeczki. Wynikł on z braku zgody na zaproponowaną przez Instytut okładkę i po zastąpieniu jej moim własnym pomysłem. Początek znajomości cechowała zatem nieustanna kontrowersja między Nim - Wielkim i mną - starym ale z żółtym dziobem na wydawniczym rynku. Nie przeszkodziło to w szczerej a serdecznej więzi między nami, nie nazwanej nigdy konkretnym określeniem, a którą ja uważam za autentyczną przyjaźń. Potwierdza to zresztą łączność między nami -gościliśmy go w Warszawie i ja dojechałem do jego redakcji na Dworcowej, chociaż po drodze uczestniczyłem pierwszy raz w życiu w katastrofie kolejowej. Muszę tu dodać, że mimo totalnej niezgodności między nami w zakresie poezji, Stefan zamieścił w „Akancie" dziesiątki moich wierszy, kilka moich publicystycznych artykułów, m. in. i „Mój komunizm", za co i teraz nawet składam mu prawdziwie serdeczne podziękowanie. Szczególnie ujęła mnie propozycja Stefana, abym zrecenzował jego książkę.

Takich Znajomych czy Przyjaciół nie spotyka się wielu w całym życiu. Ja Stefana uważam za Kogoś, nie tylko rzadkiego, ale i szczególnie wyjątkowego. Twierdzę nawet, że to potwierdza moje szczęście w życiu.

CZY STEFAN PASTUSZEWSKI TO NAJWAŻNIEJSZY WYDAWCA W TWOIM ŻYCIU?

O.: Na szczęście nie. A to „na szczęście" wynika z tego, że dobra nigdy w życiu dosyć i poszukuje się nieustannie jego przedstawicieli. A ja autentyczne dobro spotkałem w osobie Aleksandra Nawrockiego -właściciela i redaktora naczelnego „Poezji dzisiaj"- czasopisma o bogatej tradycji, częściowo znanej mi z autopsji w minionych czasach.

Nasze poznanie się, a wtedy to tylko spotkanie, miało miejsce w szczególnym czasie, bo w trakcie wysyłki do odbiorców autentycznego dzieła pana Aleksandra - „Antologii Tysiąclecia". Aleksander Nawrocki był wtedy w swoim żywiole - otoczony dziesiątkami uczniów zaangażowanych do pakowania i ekspedycji tego wielotomowego arcydzieła. Taki aktywy i zaangażowany tkwi najczęściej w moich wspomnieniach.

Czyż można się dziwić mojej euforii, gdy zgodził się on wydać w swoim wydawnictwie „Ibis" mojej, nie tylko prawdziwie debiutanckiej książki o polskiej poezji, ale i stanowiącej niejako dokument pozwalający przypominać o moim życiu jako takim. Uzgodniliśmy tytuł - „Moje harde upodobanie". Ta euforia była autentyczna i bardzo długotrwała, a samo wydanie stało się, co zrozumiałe, ważnym akcentem mojego nadzwyczajnego święta rodzinnego - 80-lecia moich urodzin.

O lepszym i bardziej znaczącym entree, obojętne z jakiej okazji, trudno nawet marzyć, to też moja wdzięczność dla Redaktora Nawrockiego nie miała granic, a mój szacunek dla niego i jego małżonki - przeuroczej Pani Barbary, „nierozłączki" w jego różnorakich imprezach - sięgał trudno wyobrażalnych szczytów. Były one niezwykle żywotne i odnawialne, bo Aleksander Nawrocki, chociaż przede wszystkim twórca poezji i prozy oraz redaktor, to również dwoił się i troił w organizowaniu niezliczonej ilości „dni poezji" i spotkań „poetów bez granic" i w międzynarodowej wymianie pod szyldem Unesco. Osiągnął w tej dziedzinie niewątpliwie mistrzostwo, przynajmniej Europy, a także wiele nagród, odznaczeń i tytułów.

Byłem wiernym uczestnikiem tych festiwal w lokalu ZLP na Krakowskim Przedmieściu. Na liczne terenowe wypady z takich okazji, trudno mi było się decydować ze względu na mój wiek, chociaż i jeden taki mam za sobą - do Ciechanowa, gdzie w tamtejszej szkole zdecydowałem się nawet na odczytanie okolicznościowego wiersza. Mogę się też pochwalić celowym odwiedzeniem rodzinnych miejscowości Aleksandra Nawrockiego - Przasnysza czy Bartników, ale miało to zupełnie prywatny charakter i nie wiąże się ono zupełnie z opisywanymi tu wydarzeniami.

Krótko podsumowując mój kontakt z Aleksandrem Nawrockim mogę stwierdzić, że był on nacechowany moim podziwem dla niego, chociaż i z biegiem czasu także zdziwieniem dla zmiany jego wyglądu aż do podobieństwa do jakiegoś przedstawiciela Wschodu włącznie. Do odnotowania jest zapewne i fakt, że w „Poezji dzisiaj" ukazało się co nieco mojego autorstwa.

Wszystko to jednak nieważne na tle wydarzenia, dla mnie wprost nie do uwierzenia, a jednak rzeczywistego. W największej wierze o prawidłowym działaniu, nie mówiąc już o przeczystych intencjach, zebrałem w jednym niewielkim tomiku moje przeróbki nierymowanych utworów dwunastu autorów(orek) w rymowane wiersze. Nazwałem to działanie „Sanacją protezji", objaśniłem ten mój czyn jako swoistego rodzaju zabawę i rozesłałem broszurkę w tej sprawie pt. „Trzecie strzały z wigwamu" między innymi i do żyjących autorów zmienionych przeze mnie utworów. Między innymi do Aleksandra Nawrockiego, którego niezwykle uroczy hymn do Żony - starałem się jak potrafiłem najdelikatniej zamienić w rymowana poezję. Spotkałem się jednak z tego powodu z niezrozumiałą dla mnie reakcją.

Najpierw dotyczyła ona moich kolegów z krakowskiej STAL i, co „odpuściłem" sobie, traktując jednak ich stanowisko jako pretekst do zerwaniu z tym krakowskim stowarzyszeniem kontaktów koleżeńskich i służbowych. Potem zaś moja „osobista antagonistka" (niewiadomo z jakiego powodu) sopocka literatka, która od pewnego czasu opanowała „Akant" i w nim niebywale się szarogęsiła - Aria na Nagórska - powiedziała, co źle myśli o takim procederze w jej paszkwilnym felietonie i w wierszu. Przyjąłem oczywiście ten niesmaczny wybryk jako normalny stan u pani zmanierowanej już zawodowym niezadowoleniem, a znajdującej się życiowo już na „wyjściowych schodach". Milczenie kilku autorów uznałem za zrozumiałe, ale i obojętne. Największy afront spotkał mnie jednak ze strony Aleksandra Nawrockiego. Ujawniło się to w postaci generalnego nieodpowiadania na wszelkiego rodzaju próby nawiązania z nim kontaktów, nawet zawodowych, a dotyczących n. p. próby wydania u niego nowej książki. Nie wiem jeszcze jaka będzie ostateczna reakcja na te wszystkie złe objawy, jestem jednak pewien, że stała mi się krzywda, niezasłużona i dotkliwa. A to długo boli i dokucza. Dzisiaj stać mnie jedynie na akt niemocy i żalu.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież